Wybory prezydenckie w USA to temat, który “od zawsze” znajduje się na ustach całego świata. Nie tylko dlatego, że Stany Zjednoczone to światowa potęga. Wybór prezydenta USA rzutuje na stosunki polityczne wszystkich państw, a wynik wyborów często jest nieprzewidywalny.

Jeszcze na początku roku Donald Trump był niemal pewnym zwycięzcą, jednak Demokraci się otrząsnęli i wyłowili kandydata, który okazał się silnym przeciwnikiem dla urzędującego prezydenta. Joe Biden może pomóc Demokratom odzyskać władzę albo przyczynić się do jej utraty na kolejne cztery lata.

Koronawirus zabił głównie gospodarkę

Bez względu na to, kto zwycięży w wyborach w USA – Donald Trump czy Joe Biden – jedno jest pewne, każdy z nich będzie się musiał zmierzyć z największym problemem Ameryki, czyli jak pomóc milionom osób, które straciły pracę z powodu pandemii koronawirusa. Zwycięzca wyścigu o Biały Dom stanie naprzeciwko ogromnej rzeszy Amerykanów z sektora MŚP, którzy będą walczyć o powrót do pracy z powodu kryzysu zdrowotnego, jakiego nie było tam od ponad 100 lat. Zabezpieczenie przyszłości dla ogromnej, rosnącej klasy osób o niższych i średnich dochodach jest najważniejszym wyzwaniem, przed jakim stanie administracja nowego prezydenta. Przed pandemią Donald Trump miał znaczną przewagę nad rywalami. Wskaźniki gospodarcze Stanów Zjednoczonych były na świetnym poziomie, a sam prezydent mógł pochwalić się wieloma zrealizowanymi obietnicami. Koronawirus znacząco wpłynął jednak na obecne notowania Trumpa. Jak informuje „The Guardian”, gospodarka Stanów Zjednoczonych skurczyła się w drugim kwartale 2020 roku o prawie 33 proc. – to najgorszy kwartał dla amerykańskiego PKB od czasów drugiej wojny światowej.

Obaj kandydaci zapewniają, że mają pomysł, jak ożywiać gospodarkę Stanów Zjednoczonych w czasie pandemii. Co proponuje Donald Trump? Większość postulatów pokrywa się z dotychczasową polityką urzędującego prezydenta. Główne punkty to: ponad 10 mln miejsc pracy w ciągu 10 miesięcy, obniżanie podatków, deregulacja prawa, przeniesienie produkcji z Chin do USA, wsparcie przemysłu paliw kopalnych m.in. poprzez zwiększenie eksportu (np. do Europy Środkowej, w tym do Polski) przy równoczesnym wsparciu amerykańskiego runku biopaliw), wsparcie amerykańskich technologii m.in. przez ich eksport do Europy.

Reszta to polityka walki z pandemią, którą Trump rozpoczął już w marcu, podpisując pakiet stymulacyjny dla amerykańskiej gospodarki o wartości 2 bilionów dolarów. Wcześniej pakiet został uchwalony przez Kongres. W związku z pandemią prezydent zastosował również wobec General Motors ustawę o produkcji obronnej.

Kandydat Demokratów Joe Biden przedstawił program, w którym widocznie widać wpływ „Zielonego Nowego Ładu” – dekret odwracający „wszystkie szkody Trumpa” już w pierwszym dniu urzędowania. „Historyczna inwestycja w czystą energię i innowacje”, która ma opiewać na 400 mld dolarów. Biden zamierza wprowadzić „agresywne ograniczenia zanieczyszczenia metanem”, rygorystyczne normy zużycia paliwa, by doprowadzić do zeroemisyjności transportu i ochrony obszarów naturalnych przede wszystkim przed wydobyciem ropy i gazu. Zapowiada też doprowadzenie do uchwalenia pakietu ustaw prowadzących do neutralności USA pod kątem emisji gazów cieplarnianych, co ma nastąpić najpóźniej w 2050 roku, przyspieszenie wdrażania czystej technologii w gospodarce, które ma polegać na „zmniejszeniu śladu węglowego” o 50 proc. w 2035 roku, modernizację i elektryfikację, utworzenie 500 tys. punktów ładowania samochodów elektrycznych do końca 2030 roku i zerową emisję netto branży rolniczej. Dużo w programie Demokratów mowy o tzw. sprawiedliwości środowiskowej, która jest teraz na tapecie wszystkich lewicowych środowisk, a która ma polegać na tym, że każda ustawa dotycząca ochrony klimatu będzie badana pod kątem wpływu na „społeczności kolorowe, ziemie plemienne i społeczności o niskich dochodach”…

Oprócz tego Joe Biden przedstawił propozycję reformy fiskalnej „Made in America”, która ma polegać na uldze podatkowej dla firm wspierających rodzimy biznes oraz dodatkowy podatek dla firm produkujących za granicą.

Wiceprezydenci

Kandydaci na wiceprezydentów są bardziej zróżnicowani niż ci walczący o miejsce w Białym Domu. Trumpa „wspiera” 61-letni Mike Pence, obecne wiceprezydent i były gubernator Indiany, uznawany za polityka bardziej stonowanego i cieszący się sporym poparciem wyborców ewangelickich. Kamala Harris ma 55 lat i od 2017 r. jest senatorem Partii Demokratycznej, a wcześniej była prokuratorem generalnym Kalifornii. Urodziła się w rodzinie imigrantów z Jamajki i Indii. W tym roku bez sukcesu ubiegała się o prezydencką nominację Demokratów. Kamala cieszy się również poparciem środowisk LGBT w USA i równie czynnie brała udział w Paradach Równości w Stanach. Możliwa zastępczyni Bidena ma skrajnie lewicowe poglądy i nie ukrywa, że jest zwolenniczką aborcji. Zresztą do dziś ciągnie się za nią sprawa z 2015 r., kiedy to organizacja Planned Parenthood została oskarżona przez Centrum Postępu Medycznego o handel organami pobranymi od dzieci abortowanych. Proceder został uwieczniony za pomocą nagrań ukrytą kamerą. Kamala Harris, która pełniła wówczas funkcję prokuratora generalnego Kalifornii, skupiła się wtedy na działalności Centrum Postępu Medycznego, szukając czegokolwiek, co mogłoby zaszkodzić przeciwnikom Planned Parenthood.

Ich różnice pokazała również debata kandydatów na wiceprezydenta. Kandydatka Demokratów dała się poznać jako bardzo dynamiczna, ale mało konkretna, podczas gdy Pence był stonowany i bardzo merytoryczny. Harris chętnie krytykuje Biały Dom w sprawie walki z pandemią, nazywając ją „wielką porażkę”. Wiceprezydent Mike Pence nie pozostaje dłużny, ostrzegając przed lewicowym programem Demokratów, m.in. w dziedzinie gospodarki i ochrony klimatu.

Kamala Harris  nie popiera również nominacji sędzi Amy Coney Barret, argumentując że może doprowadzić to do delegalizacji aborcji. Mike Pence z kolei powtarza, że nie wstydzi się tego, że popiera prawo do życia, a podobne zdanie ma Prezydent USA. To głównie Harris jest pod lupą Amerykanów, gdyż to ona ma większe szanse na zastąpienie głowy państwa. Biden mimo zaledwie kilku lat różnicy z Trumpem (77 do 74) jest uznawany za chorowitego i niedołężnego.

Polityka zagraniczna

Jedyną pewną rzeczą są stosunki  USA i Chin – ktokolwiek wygra wybory 3 listopada, kwestia zatargów, problemów i wyzwań w stosunkach z Chinami pozostanie. A co z Europą? Wielka Brytania na pewno zrobiłaby ukłon w stronę Trumpa, co pomoże jej w sprawie Brexitu. Biden ostrzegł już bowiem, że Zjednoczone Królestwo nie będzie mogło liczyć na umowę o wolnym handlu z USA, jeśli podczas Brexitu nie będzie respektować tzw. Porozumienia wielkopiątkowego, które kończyło konflikt w Irlandii Północnej. Biden odniósł się w ten sposób do planów brytyjskiego rządu o przyjęciu ustawy o rynku wewnętrznym, która mogłaby oznaczać powrót twardej granicy z Irlandią Północną.

Niemcy z kolei obwiniają Trumpa o wycofywanie wojsk amerykańskich z ich kraju oraz oskarżanie ich o współpracę na korzyść Rosji w sprawach energii. Stanowisko Rosji prawdopodobnie wyraża większe poparcie dla Bidena (sam Władimir Putin stwierdził ostatnio, że bliżej mu do Demokratów), licząc, że podejmie on skromniejsze działania przeciwko agresywnej polityce Putina.

Polskiemu rządowi natomiast zdecydowania bliżej do Trumpa. Przez cztery ostatnie lata mieliśmy z USA naprawdę dobre stosunki polityczno-gospodarcze. Wystarczy przypomnieć zniesienie wiz, ostatnie plany budowy elektrowni jądrowej, czy ingerencja w blokowanie projektu Nord Stream 2.  Poza tym Trump zyskał w oczach naszych obywateli podczas wizyty w Polsce w 2017 r., gdy wygłosił płomienną mowę, w której wspominał, że Ameryka kocha Polskę.

Trochę inaczej wygląda to z perspektywy Joe Bidena, który porównał ostatnio Polskę i Węgry do Białorusi. To budzi obawę, że przy przegranej Trumpa nasze stosunki z USA mogą osłabnąć. Nie można jednak powiedzieć, że Polska całkowicie straci możliwość współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Obu kandydatów łączą z całą pewnością dwie rzeczy: w USA istnieje ponadpartyjny konsensus co do zablokowania powstania Nord Stream 2. Zarówno Demokraci jak i Republikanie sprzeciwiają się dokończeniu tego gazociągu, widząc w nim ogromne zagrożenie ze strony Rosji. Obie strony sporu politycznego dostrzegają też problem amerykańskich interesów w Europie. Więcej gazu z Rosji oznacza mniejsze zapotrzebowanie na skroplony gaz LNG importowany ze Stanów Zjednoczonych. Druga kwestia to sprawa Trójmorza – inicjatywy polityczno-gospodarczej zaproponowanej przez Polskę i łączącej szereg państw Europy Środkowo-Wschodniej znajdujących się nad trzema morzami: Bałtykiem, Czarnym i Adriatykiem. Można więc przypuszczać, że bez względu na to, kto będzie w Stanach Zjednoczonych rządził w 2021 r., Polska może liczyć na wsparcie w tych dwóch aspektach.

Zwycięzca weźmie wszystko

Na ostatniej prostej sondaże większe szanse dają Bidenowi, ale eksperci nie skreślają Trumpa, gdyż w 2016 r. biznesmen z Nowego Jorku tracił w badaniach kilka procent do Hillary Clinton, by ostatecznie pokonać kandydatkę Demokratów. Należy jednak zwrócić uwagę na pewną różnicę między Bidenem 2020, a Clinton 2016. Przewaga Bidena jest znacznie większa niż wówczas Clinton. Różne sondażownie dają dziś kandydatowi Partii Demokratycznej od 12 do 16 pkt. proc. w sondażach więcej niż Donaldowi Trumpowi.

Jak przypomina „The Idependent”, nawet dwa badania poparcia, który w przeciwieństwie do wielu innych trafnie przewidziały wygraną Donalda Trumpa w wyborach 2016 r., obecnie prognozują jego porażkę. Oczywiście sondaże potrafią się mylić, o czym przekonaliśmy się w 2015 r. w Polsce, kiedy przed drugą turą wszystkie sondaże jednoznacznie wskazywały na wygraną Bronisława Komorowskiego, a zwyciężył Andrzej Duda.

Niezaprzeczalne jednak jest, że żaden prezydent USA nie otrzymał reelekcji podczas kryzysu w kraju. Czy Donald Trump wyłamie się z tego schematu?