Problem największych firm, które zatrzymały działanie z powodu cen gazu, to tylko czubek góry lodowej. Dramat wynikający z cen energii dotyka już dziesiątków tysięcy mniejszych przedsiębiorców. Jeśli bylibyśmy gospodarczymi heglistami, musielibyśmy uznać, że tak być musiało, że wyjścia nie było i wpływu na to wszystko nie mieliśmy. Ale to nieprawda – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Pod koniec wakacji zaczynamy widzieć, jak przyspiesza dramat polskiej gospodarki. Zaczęło się od wstrzymania produkcji nawozów przez Anwil i Azoty, potem podobne działania podjęła produkująca ceramikę firma Cerrad. Carlsberg Polska zatrzymał produkcję, ponieważ zakłady azotowe – wcześniej wspomniane – przestały dostarczać dwutlenek węgla, niezbędny w procesie technologicznym. W momencie, kiedy piszę ten tekst, alarm podnoszą producenci żywności, ponieważ dwutlenek węgla to również suchy lód, konieczny w produkcji żywności podlegającej chłodzeniu. Zapasy są raptem kilkudniowe. Tu wchodzi już w grę bezpieczeństwo żywnościowe państwa.

Mowa oczywiście tylko o największych firmach, które zatrzymały działanie z powodu cen gazu. A przecież to czubek góry lodowej. Duzi mają największą siłę przebicia i tam zwolnienia sięgają kilkuset osób w jednym zakładzie. Ale dramat wynikający z cen energii dotyka już dziesiątków tysięcy mniejszych przedsiębiorców. Gaz to tylko jeden element. W tym samym czasie ceny prądu na Towarowej Giełdzie Energii w kontraktach rocznych przebijają wszelkie możliwe i wyobrażalne poziomy, sięgając ponad 2100 zł za megawatogodzinę, podczas gdy średnia stawka takich kontraktów w ubiegłym roku wynosiła około 380 zł. To wywraca całkowicie modele biznesowe. Mnóstwo przedsięwzięć staje się nieopłacalnych. Przedsiębiorcy, szykując swoje plany nawet już po okresie lockdownów (bo te wcześniejsze w dużej części się zdezaktualizowały), brali oczywiście pod uwagę rosnące ceny energii czy inflację – to zawsze włącza się do solidnego biznesplanu. Nie brali jednak pod uwagę – i nie sposób mieć do nich pretensji – wzrostu cen nośników energii o blisko 1000 procent w ciągu roku. Tego nie udźwignie żaden plan biznesowy i nikt nie zakłada takiego marginesu wzrostu obciążeń.

Jeśli skojarzymy to z niedawnymi danymi makroekonomicznymi, pokazującymi drastyczny spadek tempa wzrostu PKB, pojawia się obraz po prostu dramatyczny. Polska gospodarka za moment znajdzie się w recesji technicznej (dwa następujące po sobie kwartały spadku wielkości PKB), a potem być może w recesji realnej, jeśli średniorocznie PKB zanotuje spadek, a bezrobocie wzrośnie o około 1,5 punktu, co również wydaje się bardzo możliwe i mieści się w ramach prognozy NBP z lipca.

Jeśli bylibyśmy gospodarczymi heglistami, musielibyśmy uznać, że tak być musiało, że wyjścia nie było i wpływu na to wszystko nie mieliśmy. Ale to nieprawda. Można wskazać co najmniej kilka punktów, gdzie dało się zadziałać inaczej i złagodzić problemy. Można było na przykład z dużym wyprzedzeniem zakontraktować Baltic Pipe pod korek i uczynić to jeszcze grubo przed wybuchem wojny. Dzisiaj nasza sytuacja byłaby dużo lepsza. Z kolei wiedząc, że takimi kontraktami jeszcze nie dysponujemy, można było podjąć inną decyzję dotyczącą opłacania kontraktu gazowego z Rosją aż do czasu jego wygaśnięcia. To raptem kilka miesięcy, ale te kilka miesięcy zwiększałoby pole naszego manewru i dawało przez jakiś jeszcze czas dopływ tańszego surowca. Można było wreszcie już dawno temu zadziałać w sprawie wymiksowania się Polski z systemu EU ETS i tu postawić sprawę na ostrzu noża. To kwestia znacznie dla Polski ważniejsza niż tak mocno przez rząd forsowana sprawa organizacji wymiaru sprawiedliwości. Można było oczywiście nie forsować obciążającego dla przedsiębiorców Polskiego Ładu.

Tego wszystkie nie zrobiono, Polska poszła całkowicie inną drogą, jak się dzisiaj okazuje – będąc do tego mocno nieprzygotowana. Zapłacimy za to dramatem dziesiątków, jeśli nie setek tysięcy przedsiębiorców. Ich firmy przestaną działać, ludzie zostaną zwolnieni, firmy i pracownicy przestaną płacić podatki, więc spadną wpływy do budżetu, wzrośnie bezrobocie, zmniejszy się podaż towarów i usług, co wykreuje impuls inflacyjny (mniejsza podaż to wyższe ceny); zwiększy się koszt obsługi długu, a tym pójdzie dalsza deprecjacja złotówki, a z tego wyniknie dalszy wzrost cen. Być może jednocześnie, wskutek spowolnienia gospodarczego, powstanie impuls skierowany w przeciwną stronę, ale to słaba pociecha. Przypomina to trochę sytuację, gdy pożar powstrzymuje się przeciwogniem, jakąś część lasu, owszem, ratując, ale ostatecznie tracąc ogromną jego połać. Możliwy jest jednak także scenariusz stagflacji, w którym nie następuje ani wygaszenie inflacji, ani nie odradza się wzrost gospodarczy.

Małym pocieszeniem jest, że kryzys uderzy praktycznie we wszystkich w Europie, bo nas ma obchodzić przede wszystkim Polska – jakkolwiek nie jesteśmy ekonomiczną autarkią. Natomiast gra będzie się toczyć o to, komu wystarczy zasobów, żeby ten trudny czas przetrwać. Nie mówimy zaś najpewniej o paru miesiącach, czyli najbliższej zimie, lecz bardzo możliwe, że o kilku latach. Polska z rosnącym błyskawicznie długiem publicznym, coraz większą grupą wyborców uzależnionych od państwa, fatalnymi przepisami podatkowymi i słabą polityką energetyczną nie jest tu bynajmniej na pozycji lidera. Pytanie, jakie u progu recesji powinniśmy sobie zadawać, brzmi: czy aby nie grozi nam, że gdy światowe okoliczności zaczną się stabilizować, wyjdziemy z tych problemów tak potłuczeni, że już na tym nowym otwarciu nie skorzystamy?

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułCzy doczekamy się Mariana Rejewskiego na banknotach? Anglicy Turinga już mają
Następny artykułRosja straciła na Ukrainie sprzęt warty 16,5 miliarda dolarów