Obecna sytuacja w świecie i rosnące napięcia w relacjach chińsko-amerykańskich skłaniają wielu do określania jej mianem nowej zimnej wojny. Ale czy tak rzeczywiście jest? Czy rywalizacja chińsko-amerykańska przypomina konfrontację USA ze Związkiem Sowieckim? Czy może to tylko subiektywne spojrzenie amerykańskie, a nie stan rzeczywisty?

Aktywny od jakiegoś czasu na polu publicystycznym niemiecki kanclerz Olaf Scholz, lider skądinąd najsilniejszego europejskiego państwa o globalnych aspiracjach, tym razem na łamach prestiżowego magazynu o tematyce międzynarodowej „Foreign Affairs” (wcześniej publikował na portalu Politico i we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”) określił obecną sytuację międzynarodową jako „Zeitenewende” (punkt zwrotny). Warto przyjrzeć się, jak nasz zachodni sąsiad widzi świat i czym jego spojrzenie różni się od amerykańskiego.

Scholz: Nie zgadzam się na świat dwóch bloków

Co pisze niemiecki kanclerz na temat obecnego ładu międzynarodowego? W artykule „The Global Zeitenwende” („Światowy punkt zwrotny”) oprócz ukazania rosnącej, aktywnej roli Niemiec w świecie i zwiększania wsparcia dla Ukrainy, ostrzega przed nową zimną wojną „przez dzielenie świata na bloki”. „Oznacza to dołożenie wszelkich starań, aby budować nowe partnerstwa, pragmatycznie i bez ideologicznych zaślepek” – podkreśla. Scholz widzi świat jako wielobiegunowy, a główne zagrożenie dla niego widzi w Rosji, której pokonanie wymaga silniejszej jedności europejskiej i transatlantyckiej. Niemcom zależy na tym – jak podkreśla – „aby stać się gwarantem bezpieczeństwa europejskiego, jakiego oczekują od nas nasi sojusznicy, budowniczym mostów w ramach Unii Europejskiej i orędownikiem wielostronnych rozwiązań globalnych problemów”.

„Wielu uważa, że stoimy u zarania nowej ery dwubiegunowości w porządku międzynarodowym. Widzą zbliżającą się nową zimną wojnę, w której przeciwnikami są Stany Zjednoczone i Chiny. Nie podzielam tego poglądu. Uważam raczej, że jesteśmy obecnie świadkami końca niezwykłego okresu globalizacji i historycznej zmiany, przyspieszonej, ale nie wywołanej przez wstrząsy zewnętrzne, takie jak pandemia COVID-19 i wojna Rosji na Ukrainie” – pisze Scholz. Odnosi się także bezpośrednio do Chin. Rozwój tego kraju nie usprawiedliwia – jego zdaniem – izolacji Pekinu ani ograniczania współpracy z nim, ale jednocześnie rosnąca potęga Chin nie usprawiedliwia ich roszczeń do hegemonii w Azji i poza nią.

W Polsce dominuje narracja zimnowojenna

Co skłania do takich rozważań kanclerza i wielu komentatorów? Z pewnością kwestia określania obecnej sytuacji międzynarodowej jako stanu zimnej wojny, co często pojawia się w debacie publicznej. To także kwestia odpowiedzi na pytanie, czy obecny układ światowy, w którym jednak jest wielu znaczących graczy, można nazwać stanem zimnej wojny?

Skąd w ogóle wziął się ten termin? Zimną wojną nazwano stan stosunków międzynarodowych w latach 1947-1990, czyli konfrontację dwóch bloków państw – bloku kapitalistycznego pod przywództwem USA i komunistycznego pod przywództwem ZSRR. Pomiędzy nimi istniała grupa państw tzw. niezaangażowanych (w praktyce jedne były niezaangażowane mniej, inne więcej, a jeszcze inne były „niezaangażowane” po różnych stronach w różnym czasie). Pytanie więc, jak określić obecny stan, w którym dwa dominujące mocarstwa – USA i Chiny rywalizują na arenie międzynarodowej w niemal każdym obszarze, a wiele światowych decyzji jest wypadkową tej rywalizacji, ale istnieją jeszcze inni znaczący światowi gracze, a wpływ świata pozaeuropejskiego w ostatnich 30 latach wzrósł znacząco.

Scholz – podobnie jak np. Francuzi i wiele innych krajów świata pozaeuropejskiego (Chiny, Indie, Brazylia czy Turcja) – widzi świat jako wielobiegunowy. Tymczasem w Polsce sytuacja wydaje się być dużo bardziej klarowna i wpisuje się w optykę amerykańską, która dzieli świat na obszar demokratyczny i autorytarny. My widzimy go raczej w barwach czarno-białych, w kategoriach przyjaciel-wróg. Postrzegamy politykę, jako walkę dobra ze złem. Polityka międzynarodowa (ale także krajowa) to dla Polaków sfera trwałych sojuszy (NATO, relacje z USA, Unia Europejska) i koalicji, co wynika w dużej mierze z położenia geopolitycznego, a często dziejowej misji, jak było historycznie.

Ma to swoje odbicie w polityce krajowej, a może nawet z niej wynika. Większa część polskiego społeczeństwa identyfikuje się z jednym z politycznych „plemion” – jedni z PiS, drudzy z PO, co służy jedynie tym dwóm aparatom partyjnym, które wykorzystują polskie – emocjonalne i personalne, a nie merytoryczne czy projektowe – podejście Polaków do polityki i gospodarki. Głos osób i środowiska o niezależnym sposobie myślenia, będących pomiędzy „plemionami”, jest mniej słyszalny w partyjnym zgiełku medialnym i słabiej wpływa na na polską debatę publiczną. Dlatego wizja zimnowojennych bloków, którą kreują Amerykanie zamiast polityki sieci i relacji, jest bliższa polskiemu sposobowi myślenia i ułatwia nam ocenę świata.

W tym obszarze polskie i amerykańskie spojrzenia się spotykają. Polacy politykę międzynarodową, a także coraz bardziej krajową, postrzegają podobnie jak Amerykanie (choć tam mimo wszystko rozumienie interesu narodowego jest wciąż bardziej ponadpartyjne). Dla Amerykanów jako globalnego, dominującego mocarstwa, wizja moralnej wyższości jest jednak wyrazem realnej polityki i realizowania własnych interesów imperialnych. Nam pozostaje spełnianie roli amerykańskiej szpicy w polityce z Rosją, co niesie ze sobą realne korzyści geopolityczne (choć także zagrożenia), ale może prowadzić do ograniczenia podmiotowości.

Amerykańska wizja i strategia polityczna jest tak naprawdę budową otoczki do rywalizacji strategicznej z Chinami, a chwilowo z Rosją (Chiny są przez Amerykanów uważane za większe strategiczne zagrożenie niż Rosja). Strategia amerykańska jest – jakby nie patrzeć – skuteczna, szczególnie w podejściu do Rosji. Udało się Amerykanom zjednoczyć Zachód i wzmocnić swoją pozycję lidera. Pytanie jest, czy wizja amerykańska odpowiada polskim interesom. Wydaje się, że w dużym obszarze i w obecnej sytuacji zagrożenia rosyjskiego – tak. Wynika to jednak raczej ze zwiększania zaangażowania amerykańskiego i opóźnienia w opuszczeniu przez nich Europy. W dłuższej perspektywie może ujawnić raczej słabości niezależności polskiej polityki, a nie jej siłę i podmiotowość. Na mocnej blokowości, w przeciwieństwie do np. Niemiec, nie mamy po prostu wiele do stracenia, ponieważ nasze relacje ze światem pozeuropejskim są niestety dość ograniczone. Bezpieczniej czujemy się pod amerykańskim parasolem.

Podział na demokracje i autokracje kluczowy?

Podział świata na demokracje i autokracje, kreowany przez Stany Zjednoczone jest faktem, ale czy determinuje on politykę międzynarodową? Gdzie umieścić w takim razie demokratyczne Indie, cenzurujące media i flirtujące z Rosją, czy autorytarną Turcję będącą członkiem NATO? Gdzie umieścić Niemcy będące częścią Zachodu, a których głównym partnerem gospodarczym są Chiny? Oś podziału świata wskazywana przez Amerykanów nie jest na rękę w Europie nie tylko Niemcom, ale i Francji, które to kraje, czemu nikt nie zaprzeczy, częścią Zachodu są. Nie widzą one świata jako areny zimnej wojny między demokracjami i autokracjami ogłoszonej przez prezydenta Bidena podczas jego wizyty w Warszawie w tym roku i czego wyrazem są kolejne amerykańskie strategie bezpieczeństwa czy polityki kosmicznej, wskazujące na Rosję, a w szczególności Chiny jako na zagrożenie dla amerykańskiego bezpieczeństwa.

Kraje takie jak Francja czy Niemcy mają silne gospodarki z mocnym międzynarodowym biznesem, obecnym na całym świecie. Dla nich, a w szczególności dla Niemiec, ograniczanie relacji ze wschodnimi autokracjami oznacza zmniejszenie ich międzynarodowego statusu. Dotyczy to także podejścia do konfliktu ukraińskiego. Niedawno Macron mówił o konieczności zapewnienia interesów bezpieczeństwa Rosji w kontekście przyszłego traktatu pokojowego z Ukrainą.

Scholz, podobnie jak Macron, widzi świat jako wielobiegunowy z różnymi graczami posiadającymi własne interesy i ostrzega, jak wcześniej wspomniałem, przed rywalizacją bloków i przed nową zimną wojną. Słowa te są jak wyjęte z ust Xi Jinpingowi, który stosuje tę samą retorykę, podobnie jak większość krajów azjatyckich z wyjątkiem Japonii i Australii posiadających najsilniejsze więzy wojskowe z USA. Nie zmienia to faktu, że Chińczycy stosują swoją politykę „imperialną”. Nie ma ona jednak wiele wspólnego z tworzeniem własnego bloku sojuszników, których realnie nie mają. To raczej polityka zachęcania innych krajów do neutralności w rywalizacji z USA (bo to, że rywalizacja ma miejsce jest bezsporne, pytanie brzmi, co ją spowodowało i kształtuje), a także rozbudowa relacji gospodarczych sprzyjająca uzależnieniu. Azja raczej w stanie zimnej wojny się nie widzi. Oprócz Rosji, której amerykańska retoryka zimnej wojny nawet służy. Rosyjska propaganda wracając do porównań z historii upodmiotawia w niej rolę Rosji, która jak kiedyś, dzielnie walczy z całym Zachodem.

Macron mówi Scholzem

Scholzem mówi też Marcon, który skrytykował niedawno Australię za zakup od USA i Wielkiej Brytanii, kosztem zamówienia francuskiego, okrętów o napędzie atomowym wart wiele miliardów dolarów. Okręty mają zwiększyć bezpieczeństwo Australii wobec Chin. Macron podkreślał, że francuska oferta była mniej „rywalizacyjna” wobec Chin, bo okręty od niego nie miały napędu atomowego. Z kolei niedawno podczas wizyty w USA francuski prezydent mocno skrytykował prezydenta Bidena za przyjęcie programu wsparcia amerykańskiego przemysłu w ramach Inflation Reduction Act, który gwarantuje m.in amerykańskim producentom samochodów elektrycznych dotacje z pieniędzy amerykańskich podatników. Macron zarzucił Bidenowi, że nie konsultował tych rozwiązań z europejskim sojusznikami. Podobnie jak Scholz ostrzega także przez konfrontacją w ramach bloków.

Tymczasem Amerykanie w ostatnich miesiącach zaostrzają wojnę chipową z Chinami. Nakładają na nie ograniczenia motywując to wykorzystywaniem przez ten kraj technologii do celów militarnych. Zakazali amerykańskim firmom eksportu do Chin technologii do produkcji najnowocześniejszych chipów, wcześniej wprowadziły też zakaz inwestycji w Chinach przez amerykańskie firmy w tym sektorze, a niedawno nałożyły ograniczenia importowe na kilkadziesiąt chińskich firm branży technologicznych zajmujących się chipami i sztuczną inteligencją. Naciskają na sojuszników, w szczególności na Tajwan, Holandię, Japonię i Koreę o przyłączenie się do ograniczeń. Już od czasów administracji Trumpa, który rozpoczął wojnę handlową z Państwem Środka, na czarne listy w Ameryce trafiają dziesiątki chińskich firm z sektorów technologicznych, oskarżanych o współpracę z chińskim rządem. Ostatnie ograniczania mocno uderzą w chiński przemysł chipowy, który niezwykle szybko się rozwija, mimo że ma kilka lat zapóźnień w stosunku do Tajwanu i USA. W odpowiedzi Chiny zapowiedziały uruchomienie programu krajowego rozwoju przemysłu chipowego wartego 140 miliardów dolarów.

Amerykanie postrzegają Chiny jako swojego głównego konkurenta światowego, ale także za zagrożenie dla amerykańskiego bezpieczeństwa (które łączą ze światowym). Stany Zjednoczone już w czasach Trumpa doszły do wniosku, że globalizacja w obecnym kształcie im nie służy, więc Chiny trzeba teraz powstrzymać. Chinom z kolei zależy na stopniowej modyfikacji światowego ładu, w którym niekwestionowanie dominującą rolę odgrywają Stany Zjednoczone, na zapewnieniu sobie pełnej samowystarczalności i uzależnianiu od siebie świata – czyli na stworzeniu układu, w którym nie warto być przeciwnikiem Chin. Państwo to w ciągu ostatnich 10 lat stało się bardziej asertywne. Czy mamy więc zimną wojnę?

Słabość polskiej debaty

Polityka zagraniczna to przede wszystkim realizacja interesów politycznych i gospodarczych, co oznacza, że w różnych kwestiach należy zawierać różne sojusze z różnymi partnerami w różnych sprawach, czego wyrazem jest polityka w ramach Unii Europejskiej. Relacje np. Polski z Niemcami w zależności od obszarów tematycznych mogą mieć kilkanaście różnych odmian szarości. W jednej kwestii jesteśmy parterami, w innej przeciwnikami. Podobnie w polityce światowej. Złożoność relacji międzynarodowych jest jednak trudna do zobrazowania i pokazania w tak spolaryzowanej, spersonalizowanej i dwubiegunowej polskiej debacie publicznej, np. w kontekście relacji Polski z Niemcami, USA czy Chinami. Pytanie – dlaczego tak jest? Czy wynika to ze słabości debaty publicznej w Polsce, niedojrzałości polskiego społeczeństwa i niskiej jakości klasy politycznej? Naszego położenia geopolitycznego, co w całości determinuje naszą politykę? A może z braku globalnych ambicji Polski i słabości naszego międzynarodowego biznesu?

A może to jednak dobrze, że nasza polityka postrzegana jest jako oparta na wartościach, w pełni przewidywalna i z jasno wykrystalizowaną misją, dzięki czemu zyskujemy pewien szacunek na świecie? Może także, zwyczajnie, nam się to po prostu opłaca: uzupełniamy deficyt w myśleniu strategicznym, realnym i biznesowym w polityce, myśleniem w kategoriach moralnych – dobra i zła, co przynosi nam wymierne korzyści?

Poprzedni artykułCzy Wielka Rezygnacja dotrze do Polski?
Następny artykułRosną długi w e-handlu i u kurierów