Ogłoszone właśnie przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE) „zagrożenie na rynku mocy” to na razie tylko sygnał dla operatorów sieci, czyli elektrowni, że mają dostarczyć zakontraktowaną moc. Oznacza to jednak, że w polskiej energetyce robi się niebezpiecznie i coraz realniejsze są dłuższe przerwy w dostawach prądu. Czy także gazu?

Fot. Pixabay

Gdy brakuje mocy uruchomiane są wyłączone elektrownie, które pozostają w tzw. rezerwie zimnej. Zwiększa się do maksimum moce pracujących już bloków (uruchamiając tzw. rezerwę wirującą). Mobilizowana jest też moc z elektrowni wodnych szczytowo-pompowych.

Te działania mają charakter doraźny. Chcąc całkowicie oddalić zagrożenie, potrzebne są rozwiązania systemowe. Nie tylko gospodarstwa domowe muszą mieć zapewnione nieprzerwane dostawy prądu. Prąd niezbędny jest do prowadzenia działalności setkom tysięcy firm, nie tylko tych „energochłonnych”. Dłuższe przerwy w dostawach energii sparaliżują handel detaliczny. Towary ulegną odmrożeniu i będą nadawać się tylko do wyrzucenia. Nie zadziałają kasy ani terminale. Blackout dotknie też restauracje, kawiarnie, hotele, pralnie i wiele innych placówek usługowych. Nie będą wykonywać swojej pracy firmy sprzątające. Stacje paliw zostaną zamknięte. Systemy bankomatów będą się zawieszać, uniemożliwiając wypłatę gotówki.

Przykłady paraliżujących gospodarkę skutków uderzenia blackoutu (po polsku: zaciemnienia) można mnożyć. Nawet jedno z najbogatszych państw Unii – Niemcy – wydało ostatnio ostrzeżenie przed „zaciemnieniem”, zaś Federalny Urząd Ochrony Cywilnej i Pomocy Ofiarom Katastrof (BBK) apelując o robienie zapasów opublikował listę produktów żywnościowych, które obywatele powinni zgromadzić na zimę.

Węgiel zostanie z nami na dłużej

Bez większego rozgłosu przeszedł Raport SGH i Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Szkoda, bo zawarto w nim ciekawe opracowania. Jedno z bardziej interesujących dotyczy prognozy rozwoju polskiej energetyki, wszak jednego z największych rynków naszego regionu. Autorzy artykułu „Sektor energetyczny w dobie szoków cenowych i wojny hybrydowej” piszą wprost, że w Polsce „konieczne będzie utrzymanie części mocy węglowych dłużej niż przewidywano”. Konieczne to jest tym bardziej, że po rosyjskim ataku na Ukrainę, embargu i retorsjach Moskwy, zaleca się ograniczanie zużycia gazu. Rozszyfrować to, co napisano, można także tak: należy szybko zwiększyć wydobycie węgla, a być może też uruchomić zamknięte (nadające się jeszcze do uruchomienia) kopalnie. Sami naukowcy jednak dostrzegają, że utrzymanie mocy węglowych „może okazać się trudne w sytuacji wysokich cen uprawnień do emisji CO2 oraz innych regulacji podnoszących koszty instalacyjne w ramach tzw. nowych standardów BAT/BREF”.

To oznacza, że ewentualne zabiegi o zwiększenie wydobycia i dostaw „czarnego złota” znajdą się na kursie kolizyjnym z zieloną polityką UE. Władze tej struktury nie dały dotąd żadnego sygnału, że w tej wyjątkowej sytuacji, w jakiej znalazły się kraje europejskie, zamierzają zawiesić uporczywe i wbrew wszystkiemu nadal wywierane naciski na osiąganie tzw. neutralności klimatycznej. Czyli na zamykanie kopalń, ograniczanie zużycia gazu oraz blokowanie rozwoju energetyki jądrowej (Europejski Zielony Ład i jego „akcelerator” Fit for 55 nadal obowiązują!).

Naukowcy z SGH piszą też, że obecna sytuacja na rynku energetycznym może wymusić konieczność stworzenia nowych mechanizmów pomocowych lub usprawnienia istniejących form wsparcia. Niestety nie precyzują, o jakie wsparcie może tu chodzić.

Gazu też może zabraknąć?

Jak zaznaczono w artykule niektóre państwa, takie jak USA czy Kanada, dość szybko wprowadziły zakazy importowe z Rosji na surowce energetyczne. Zauważono też jednak, że „część państw unijnych nie przyjęła tego typu regulacji, mimo stanowiska Parlamentu Europejskiego wzywającego do takiego działania”.

Według autorów raportu brak jasnego komunikatu ze strony wszystkich państw UE powoduje zwiększone ryzyko dla całego sektora, skracając jednocześnie czas na ewentualne dostosowania przed zimą 2022/2023. Niemniej – jak piszą: „Polska jako największy rynek energetyczny Europy Środkowo-Wschodniej poprzez, jak się wydaje, właściwą ocenę ryzyk geostrategicznych uzyskała znaczącą przewagę strategiczną dzięki rozwojowi infrastruktury dywersyfikującej kierunki importu gazu nad członkami tzw. starej UE, a przede wszystkim Niemiec. Może to przynieść znaczący wzrost znaczenia Polski w regionie i zapewnić bezpieczeństwo energetyczne części państw EŚW” – napisali naukowcy z SGH. Niemniej kilka linijek dalej wzywają oni do wprowadzenia mechanizmów zarządzania „umożliwiających maksymalizację wykorzystania obecnej infrastruktury gazowej”. Oznacza to nie tylko konieczność silniejszej integracji elektroenergetycznych sieci przesyłowych, by zmniejszyć zapotrzebowanie na import gazu. Oznacza także – jak twierdzą – „konieczność dokonania interwencji publicznej” i – uwaga – „wyłączenia na czas jednego roku części instrumentów rynkowych”!

„Należy opracować plany optymalnego wykorzystania podaży surowca – skierowania go tam, gdzie brakuje efektywnych kosztowo alternatyw” – napisali uczeni z SGH. Ich zdaniem „konieczne jest lepsze zarządzaniem popytem (oszczędności, zmiana paliwa) oraz wdrożenie na jak największą skalę odnawialnych źródeł energii oraz nowych technologii (przede wszystkim magazynowania energii elektrycznej i jej konwersji na wodór) oraz działań efektywnościowych, które pomogą zredukować zużycie gazu w energetyce i ciepłownictwie”.

A jeśli nie uda się tego zrobić, to co? Grozi nam także zawał na rynku gazu, bo „bezemisyjnym źródłom” nie uda się jednak zbilansować deficytu na rynku energii?

Poprzedni artykułNajwiększe amerykańskie banki będą wspierać rząd ws. relacji z Chinami
Następny artykułCoś się psuje w relacjach USA – Wielka Brytania? Rozbieżności i punkty wspólne