Na blogu WEI opublikowano ciekawy tekst autorstwa Andrzeja Krajewskiego pod tytułem „Sklejanie rozbitego lustra”. Artykuł ten dotyczy nośnego obecnie tematu, jakim jest wpływ masowych mediów na demokratyczny system prawny, w tym propozycji pewnej kontroli publikowanych treści. Na wstępie zaznaczam, że uważam tę wypowiedź za generalnie koherentną i dobrze napisaną, a część ze zgłaszanych postulatów za godne uwagi. Niemniej, moim zdaniem, Autor powiela jednak pewne utarte „klisze” i w związku z tym warto wejść w merytoryczną polemikę.

Zacznę od tego, że w sieci odnaleźć możemy znany i zabawny mem. Po jednej stronie przedstawia on ogromny but uciskający zmęczonych ludzi alegorycznie trzymających na swoich barkach opresyjny system. Całość zaprezentowano w szarych i depresyjnych barwach, a opisano jako „socialism”. Polakom takie sceny znane są aż za dobrze, ponieważ podobnie wyglądała rzeczywistość na zdjęciach blokowisk sprzed 1990 roku. Po drugiej stronie obrazka znajduje się dokładnie ten sam but i równie smutni ludzie przez niego uciskani, ale wszystko przedstawione jest już w kolorowych barwach, dopełnionych jeszcze wizerunkiem spadającego z nieba klauna. Ten rysunek opisano już jako „social democracy”. Z uczciwości intelektualnej dodajmy, że żart ten ma swoją lewicową odmianę, na której szary, smutny obrazek opisany jest jako stosujący ucisk „capitalism”.

Mam wrażenie, że Autor oraz osoby wyrażające podobne do niego poglądy popadają właśnie w pułapkę myślenia, którą ilustruje ten pozornie niemądry mem. Chodzi o to, że cenzura Internetu nadal jest zwykłą cenzurą. Cenzura opakowana w ładną nazwę i włożona w ręce ludzi z doktoratem nadal nią pozostaje. Co więcej, popełniany jest tutaj jeszcze inny błąd, a mianowicie myślenia ahistorycznego. Osoby te traktują pewne zjawiska, odnoszące się do nowego narzędzia, jakim jest Internet i media społecznościowe, w taki sposób, jakby co do swej istoty nie istniały one już wcześniej.

Odnotować można choćby często powtarzaną mądrość ludową, zgodnie z którą Internet spowodował rzekomo rozpropagowanie poglądów antyszczepionkowych. Przecież to zupełny absurd, ponieważ takie ruchy powstały i wydawały swoje pamfelty właściwie równie szybko, jak pojawiła się technologia szczepień. Omawiana kwestia jest zresztą dobrym przykład tego, że konsensus nie zawsze jest tak oczywisty, jakby się wydawało, a próba ośmieszenia pewnych poglądów i traktowania ich jako ekstremalne jest w istocie przejawem nieakceptowalnego konformizmu i uniformizmu. Dotyczy to właśnie skomplikowanej etycznie kwestii przymusowości zabiegów medycznych w realiach liberalnej demokracji i nowoczesnych praw pacjenta. Trudno również zaakceptować przekonanie, jakoby przesiąknięcie codziennego życia ekstremizmami było charakterystyczne dla współczesnej epoki cyfrowej. Do palenia czarownic ani członkostwa w Ku Klux Klanie nie nawoływano w mediach społecznościowych. Doktor Goebbels mógł wyłącznie pomarzyć o dostępie do tak zacnego narzędzia propagandowego, jakim są cyfrowe wynalazki wprost z Doliny Krzemowej. Co więcej, przez prawie 50 lat Polacy byli wręcz przesiąknięci kłamliwą propagandą realnego socjalizmu i to bez większego udziału komputerów. W ogóle na przełomie XIX i XX w. dochodziło do śmiertelnych walk ulicznych pomiędzy wyznawcami różnych nowych ideologii albo pomiędzy nimi a oficjalną władzą. Rewolucyjna gilotyna nie ma nic wspólnego z Internetem. Przykłady takie można mnożyć.

Gdy sięgniemy do nieco bliższej historii, Autor nie wspomina za wiele o roli tradycyjnych mediów, które przecież z konieczności musiałyby być alternatywą dla tych masowych i elektronicznych. Pomińmy już tutaj kwestie skandali obyczajowych i pracowniczych, jakie wybuchają niekiedy w redakcjach głównego nurtu i stawiają pod znakiem zapytania charakter niektórych dziennikarzy w kontekście ich prób pouczania czytelników i słuchaczy o tym co dobre, a co złe. Istotniejsze jest to, że przecież media publiczne w Polsce chyba nigdy nie były obiektywne i nie mogą się doczekać ani realnej apolityczności, ani sensownej regulacji prawnej. I nie jest to wyłączna wina nieco przaśnego i propagandowego charakteru linii programowej telewizji publicznej, w powszechnym odbiorze podporządkowanej interesom aktualnie rządzącej partii. Podobne zarzuty zgłaszano przecież choćby wobec mediów zawłaszczonych politycznie przez dawniej rządzący obóz lewicy postkomunistycznej.

Zgłaszając postulat daleko idącej kontroli mediów cyfrowych, najpierw musimy więc wyraźnie poczynić pewne założenie, które u Andrzeja Krajewskiego jest tylko dorozumiane. Mianowicie prawne i przymusowe rozwiązanie określonej kwestii rodzi jednocześnie konieczność politycznego jej załatwienia. Przepisy prawa bowiem w naszym kraju ustanawiają politycy, w ramach upartyjnionego systemu rządowego i parlamentarnego. Naiwnością jest więc sądzić, że wprawdzie nie potrafili oni rozwiązać problemu obiektywizmu i jakości mediów tradycyjnych, a nagle bezpiecznym i bezstronnym okaże się powierzenie im zadania rozwiązania podobnego zagadnienia, ale już w mediach społecznościowych.

Andrzej Krajewski oczekuje także zaprowadzenia cyfrowych porządków, w ramach których „(…) reguły funkcjonowania w nich jednostek oraz organizacji przestaną odbiegać od tych obowiązujących w świecie realnym”. Zupełnie niezrozumiałe dla mnie jest przekonanie, jakoby w wirtualnym świecie nie były już dziś prawnie zakazane czyny, które są karalne w rzeczywistości codziennej. Nie wolno na przykład negować Holocaustu, oszukiwać ludzi na portalach aukcyjnych, umawiać się na randki z małoletnimi albo pośredniczyć w handlu ludźmi, ani kogoś wulgarnie obrażać lub grozić mu śmiercią. Zawsze można też drugą osobę pozwać przed sąd cywilny, jeśli nas zniesławi lub znieważy w Internecie. W mojej ocenie istnieje zatem ryzyko, że to, co postuluje Autor (ale także spora część dziennikarzy, naukowców i innych przedstawicieli elit), to tak naprawdę chęć zabronienia w Internecie tego, co nie jest na razie zabronione w świecie rzeczywistym. Chodzi więc na przykład o posiadanie i głoszenie niecodziennych, kontrowersyjnych albo niewygodnych dla władzy poglądów albo publikowanie określonych treści pod pseudonimem. Mogę przecież w trakcie imprezy w prywatnym mieszkaniu powiedzieć znajomym, że powątpiewam w skuteczność szczepionek czy maseczek, albo że moim zdaniem śmiertelność COVID-19 nie różni się zasadniczo od spotykanej historycznie śmiertelności grypy. W liberalnej demokracji generalnie nie powinno to być zakazane, nawet jeśli część z tych twierdzeń rozmija się z prawdą. Postulatorom zmian przeszkadza więc najwyraźniej praktyczna realizacja rudymentarnych zasad naszego systemu prawno-politycznego, sprowadzającego się do przyznania jednostkom szerokiego zakresu swobody ekspresji, wolność myśli, a także w ogóle indywidualistycznego i zorientowanego pro libertate – a nie kolektywistycznego i pro securitate – charakteru naszych uprawnień. Ci, którzy chcą rygorów, być może powinni najpierw przyznać, że są zawiedzeni egalitarną demokracją, liberalizmem, indywidualizmem, pluralizmem i różnymi ich konsekwencjami, a bardziej podobają im się niektóre rozwiązania kolektywistyczne i zorientowane na efektywność, a stosowane na przykład w Singapurze.

Autor streszcza swoje poglądy w sformułowaniu „(…) wolność słowa tak, ale nie dla ekstremistów oraz siewców fake newsów”. Jednak kto miałby oceniać, co jest normą, a co ekstremum? Co jest prawdą, a co fałszem? Jeśli to ma być domena prawa karnego, to czy o zasadności moich poglądów – na przykład na aborcję, szczepienia albo wojnę na Ukrainie – ma rozstrzygać aspirant w lokalnej komendzie powiatowej? Czy moje przekonania ma weryfikować Zbigniew Ziobro albo zależny od niego prokurator? A może Autor chce włożyć taką władzę w ręce dwudziestokilkuletnich absolwentów socjologii i dziennikarstwa, pracujących dla tzw. redakcji fact-checkerskich lub portali społecznościowych? Na marginesie zauważmy, że to, co jest ekstremizmem z punktu widzenia konserwatywnego katolika (np. aborcja na życzenie), jest normą dla progresywisty. To, co polskiemu lekarzowi może wydawać się ekstremalne (np. prawna dobrowolność szczepień dzieci), właściwie powinno być zupełnie zwyczajne dla lekarza-Szweda. Być może replika na moje zarzuty będzie taka: włóżmy więc tę władzę w ręce naukowców. Tego jednak nie wolno robić, co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, nauka powinna zasadniczo przedstawiać nam wyniki eksperymentów i fakty naukowe, ale bez ich wartościowania. Po drugie, przyznanie naukowcom takiej de facto politycznej roli jeszcze bardziej podważy przekonanie o ich (rzekomo możliwej do osiągnięcia) bezstronności. Ostatecznie może to oznaczać stworzenie technokratycznego, a nie demokratycznego systemu prawnego i będzie oznaczało niemal rewolucję, przeprowadzoną bez ani jednego wystrzału, ani zmiany choćby jednego przepisu Konstytucji.

\Z technokratycznym ujmowaniem opisanych tu zagadnień mam zresztą następujący problem: 1) twierdzi się, że wszystkie polityki powinny być projektowane przy użyciu wiedzy eksperckiej, a 2) jednocześnie twierdzi się, że osoby nie posiadające wiedzy eksperckiej nie mogą krytykować ekspertów ani wyrażać swoich poglądów odnośnie do zagadnień, które wymagają wiedzy specjalnej. Wniosek może być tylko jeden. De facto oznacza to ukryty zakaz krytyki i zgłaszania postulatów w ramach wszelkich polityk społecznych, ponieważ wszystkie powinny mieć charakter ekspercki, a ekspertów nie wolno krytykować i nie można swobodnie prezentować poglądów na tematy, które wymagają wiedzy eksperckiej. Oznacza to tak naprawdę ukryty postulat zamilknięcia obywateli w sprawach ważkich, ponieważ dzisiaj wszystko jest wyspecjalizowane, począwszy od medycyny, prawa i urbanistyki, przez wiedzę o polityce, społeczeństwie i sprawach międzynarodowych, a skończywszy na etyce i religioznawstwie.

Ciekawy jest też argument Andrzeja Krajewskiego, że „Polaryzacji towarzyszy redukowanie, niegdyś wysokiego w krajach Zachodu, zaufania do: sądów, policji, instytucji naukowych, mediów tradycyjnych. Ekstremiści stale je podkopują, wpływając na sposób postrzegania świata przez umiarkowaną, acz bierną, mniej agresywną i daleką od fanatyzmu większość. Najchętniej zaś podkopują zaufanie do rządzących”. Weźmy choćby przykład podkopywania zaufania do sądów i rządu. Dzisiaj te dwa oficjalne obozy władzy, a więc sądownicza z jednej strony i wykonawcza oraz ustawodawcza z drugiej, same stały się wojującymi ze sobą ekstremami, co u obserwujących to obywateli może wywołać poczucie zażenowania. Polscy sędziowie walczą przed zagranicznymi instytucjami i na ulicach z legalną władzą, a legalna władza różnymi innymi metodami walczy z krnąbrnymi sędziami. Nie potrzeba do tego żadnych niewykształconych ekstremistów, populistów i libertarian, Elona Muska, Donalda Trumpa ani rosyjskich szpiegów.

Autor pisze też o ekstremistach, że „W realnym świecie, gdy państwo demokratyczne dobrze funkcjonuje, takie jednostki wegetują na marginesie życia społecznego. Wydostają się z niego jedynie w momentach głębokiego kryzysu. Natomiast świat mediów społecznościowych funkcjonuje tak, jakby nieustannie wstrząsały nim kryzysowe spazmy”. W mojej ocenie ten pogląd jest co najmniej niekompletny. To w relacjach głównego nurtu rzeczywistość ujmowana jest jako wieczna katastrofa (terrorystyczna, klimatyczna, zdrowotna, gospodarcza itd.), co wpycha ludzi w skrajne emocje, poczucie beznadziei i utraty panowania nad własnym losem. Dobrze ten sposób myślenia wyraża, mimo wszystko dwuznaczna, maksyma „Można panikować”, stanowiąca jednocześnie tytuł nowego filmu w reżyserii Jonathan L. Ramseya. Osoby o technokratycznie zorientowanych poglądach notorycznie domagają się radykalnych interwencji i odwrócenia wolnościowych tendencji po to, aby walczyć z kolejnymi kryzysami oraz zagrożeniami, podbudowanymi często naukową nomenklaturą. Wywołuje to realne konsekwencje, takie jak na przykład niechęć do posiadania potomstwa z uwagi na przerażenie kryzysem klimatycznym albo długotrwałe zamknięcie szkół, na okres prawie roczny, z uwagi na strach przed wirusem, co nie ma najprawdopodobniej ani historycznego precedensu, ani nie trwało tak długo w krajach Europy Zachodniej.

Na koniec chciałbym napisać, że konflikt pomiędzy technokracją a populizmem, wolnością i bezpieczeństwem, różnymi partykularnymi interesami oraz debata dotycząca roli nauki w społeczeństwie, to nic nowego. Tę ostatnią kontrowersyjnie, ale nie bez słuszności, zaatakowali przecież już postmoderniści w erze przedinternetowej. Obecnie istnieje zaledwie nowe, masowe narzędzie katalizowania odwiecznych sporów. Pamiętajmy zarazem o niesłychanie ważnej rzeczy. Zgodnie z art. 54 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, zaś cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Nie zróbmy więc z wyjątków reguły.

Michał Góra

Poprzedni artykułPrzy rosnących kosztach transportu słaby złoty dożyna nasz import
Następny artykułPolski ekosystem nie przygotował nas na odbudowę Donbasu