Spodziewanie się w Polsce stagflacji nie jest już czarnowidztwem, a co najwyżej zdolnością do wybiegnięcia myślą kilka miesięcy naprzód. Brak jest jednak wśród rządzących pomysłów na to, w jaki sposób sobie z nią poradzić. Opozycja zresztą jest tutaj nie lepsza, choć mogłaby być.

Zaczyna się od drobiazgów. Małych przedskoczków większych problemów. Tak było w Wenezueli. W 2009 roku Hugo Chavez namawiał jej mieszkańców do zaprzestania śpiewania pod prysznicem i ograniczenia czasu mycia się do najwyżej trzech minut. Śmieszne, ot, taki newsik, który prowadzący może odczytać w porannym radiu gdzieś między czerwonym a zielonym światłem. Tyle że ten szczegół był heroldem nadchodzących turbulencji, a później też i katastrofy.

Wielka łaska, oczywiście odpowiednio odtrąbiona, a polegająca na przyzwoleniu na zbieranie w lesie chrustu, to też taki drobiazg, niegroźna zapowiedź tego, co będzie. Żeby było jeszcze bardziej ponuro, zbieranie chrustu wcale nie zostało jakoś wyjątkowo zderegulowane, przepraszam za tak duże słowo do opisania tak błahej czynności. Chętny na chrust musi zgłosić się do leśniczego, ten wskazuje miejsce zbierania, później jeszcze ocenia, ile ten chrust powinien być warty. Pewnie jego praca jest cenniejsza niż zebrana wiązka. Praca wiceministra klimatu i środowiska Edwarda Siarki, który to niejako lansuje swoim nazwiskiem program już prześmiewczo nazwany „Chrust+” również mogłaby, mówiąc oględnie, być lepiej spożytkowana. Ale z uwagi na rosnące ceny, ciągnione przez inflację społeczne niezadowolenie i potrzebę wymyślania niekiedy kampowych metod walki z nim, została spożytkowana właśnie tak.

Polska to kraj zmierzający w kierunku stagflacji i takie śmieszno-straszne wiadomości, jak ta o chruście, to tylko zapowiedzi. Nasz turbulentny kurs można wywnioskować z dwóch wskaźników. Odczyt inflacji zna chyba każdy, a nawet jeśli nie, to potrafi powiedzieć, co o ile zdrożało i w jak krótkim czasie. Inflacja idzie w górę. Za to Purchasing Managers Index, PMI w Polsce idzie za to w dół. Co to znaczy? Że menedżerowie polskiego przemysłu są bardziej ostrożni, kupują mniej, bo spodziewają się, że sprzedadzą mniej – więc nie będzie sensu więcej produkować. PMI według majowego odczytu to 48,5 pkt. W kwietniu było to 52,4. Wartość poniżej 50 pkt jest uważana za sygnał zwiastujący recesję. Pojawiają się więc swoiste ruchome piaski gospodarki. Pułapka, z której trudno się wydobyć. Ceny rosną i będą rosnąć, produkcja zaś spadnie. Wraz z nią zatrudnienie, nastroje konsumenckie i w pewnym momencie naprawdę bardzo trudno będzie zrzucać całą winę na Putina – choć oczywiście zawsze znajdą się tacy, którzy przypiszą mu całość naszych problemów. Część z nich to efekt wojny za miedzą. Ale nie wszystkie. Polska polityka, tak fiskalna, jak i monetarna, były fatalne także przed lutym 2022 roku.

Polska to oczywiście nie Wenezuela i jakiekolwiek porównanie nas do tego kraju może być wyłącznie publicystyczne, na zasadzie pewnego skojarzenia nielicznych przystających do siebie elementów. Nasza gospodarka nie jest monokulturą opartą na ropie i jesteśmy w Unii Europejskiej, co też wiele zmienia. Ale grecki scenariusz jest jak najbardziej prawdopodobny. Kilka lat balangi z plusem w tytule może nas kosztować dekadę albo i dwie srogiego kaca.

Zastanawiam się tylko nad tym, kto to posprząta i czy w przestrzeni politycznej w ogóle są ludzie, którzy mają świadomość nadchodzącego zderzenia z rzeczywistością (dla łatwiejszego rachunku pomijam polityczne życie okołoprogowe). Kongres programowy Platformy Obywatelskiej nie był, będę tu bardzo delikatny, krynicą mądrości ekonomicznej, z której można czerpać dobre pomysły. Ich pomysły są bowiem równie złe jak te realizowane przez Prawo i Sprawiedliwość. Zamrożenie rat kredytów hipotecznych i podniesienie zarobków w sektorze publicznym o 20 proc. to oczywiste odpowiedzi na bytowe problemy Polaków i ich lęki. Ale nie ich rozwiązanie, jedynie czasowe uśmierzenie. Na obronę opozycji warto jednak napisać, że musi grać na takim boisku, jakie przygotowała koalicja rządząca, a tam akurat murawa przekrzykiwania się na populizm to wspólny mianownik.

Można by jednak inaczej. Skoro polityka to między innymi zdolność do rozgrywania przeciwko sobie grup w społeczeństwie (nie tylko, definicji polityki można podać więcej), to należy zidentyfikować tych, którzy płacą na dzisiejszy nieporządek rzeczy i mają go dość. Domyślnie jest i będzie to klasa średnia, na tyle liczna, aby zarabiać na finansowe transfery, na tyle rozmyta w badaniach fokusowych prowadzonych przez partie polityczne, aby nie być braną pod uwagę. Niesłusznie. Ci ludzie są, tylko trudno ich zebrać w jednym miejscu, jako wyborców jednej listy. A dlaczego? Bo trudno zidentyfikować zwolenników bardziej oszczędnego programu socjalnego i ludzi, którzy poradzą sobie w życiu bez pięciuset złotych więcej co miesiąc, kiedy takiego programu nikt nie proponuje. A nie proponuje, bo przecież łatwiej być populistą niż politykiem i próbować wygrać na interesach i emocjach tych, którzy dokładają się do cudzego życia już drugą kadencję. Opozycji, w moim odczuciu, brakuje więc nie tyle wiedzy, ile przede wszystkim odwagi. Kompetencje zawsze można nadgonić, z cechami charakteru jest już trudniej.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułWedług analizy eksperta Instytutu Misesa – czeka nas teraz deflacja
Następny artykułBank Światowy wieszczy kryzys. Radzi, jak uniknąć najgorszego