Europejski Zielony Ład przyniesie rewolucję na unijnym rynku rolnym. To pewne. Zmiany wprowadzane stopniowo przez wspólnotowych polityków w większym lub mniejszym stopniu dotkną wszystkie państwa członkowskie. Jednym z krajów najbardziej poszkodowanych w wyniku nowych przepisów będzie Polska. I to w czasie, kiedy komisarzem do spraw rolnictwa jest Polak – Janusz Wojciechowski.

powszechny spis rolny analiza danych - grafika wpisu
fot. _Alicja_/Pixabay

Rolnicze skrzydło Europejskiego Zielonego Ładu zakłada ograniczenie stosowania środków ochrony roślin oraz znacznie niższe, niż dotychczas, dopuszczalne limity użycia nawozów. Obligatoryjnie aż 1/4 gruntów rolnych będzie musiała zostać przeznaczona pod produkcję ekologiczną – według unijnych, rzecz jasna, standardów. Dodatkowo – choć tu o konkretnych liczbach wciąż się rozmawia – aż 1/10 areału będzie musiała zostać cyklicznie wyłączona z użytkowania. Ergo – ziemia, którą rolnicy mogliby wykorzystać, będzie stać odłogiem. Wszystko po to, aby ziściło się zielone marzenie Komisji Europejskiej o skokowym rozwoju sektora produkcji ekologicznej w Unii Europejskiej. Co to oznacza dla naszego kraju?

Jak wynika z badań Najwyższej Izby Kontroli w latach 2014-2019 liczba producentów ekologicznych w Polsce spadła z 25,5 tys. do ok. 20,5 tys. To zauważalny spadek wynoszący niemal 1/5. W tym samym czasie nad Wisłą znacznie zmniejszyła się także powierzchnia upraw ekologicznych – tu spadek wyniósł aż 1/4, bo areał zmniejszył się z 650 tys. ha do zaledwie 485 tys. ha.

Rolnictwu ekologicznemu nie pomaga nawet wzrost liczby przetwórni odbierających surowce „eko”, ponieważ korzystają one głównie z towarów pochodzących z importu, który jeszcze w roku 2014 wynosił 4,5 mln ton, a w roku 2019 już 14,5 mln ton.

Wśród gospodarstw prowadzących produkcję stricte ekologiczną najwięcej jest tych małych. Aż 1/4 z nich swoją powierzchnię zamyka w przedziale 5-10 ha. Są to zatem gospodarstwa niskotowarowe, w dodatku umiejscowione na obszarach o stosunkowo niskim poziomie rolniczego zaawansowania technologicznego, czyli na Podlasiu i w woj. warmińsko-mazurskim.

Tendencja, którą obserwujemy w Polsce, jest zupełnie odwrotna do tego, co dzieje się na zachód od Odry i aż do wielkiego oceanu. Od roku 2012 do dziś powierzchnia upraw ekologicznych w Unii Europejskiej zwiększyła się o około 25 proc. W tym samym czasie w Polsce – przypomnijmy – areał tego typu skurczył się o tę samą wartość. Podczas gdy w naszym kraju ekologiczne grunty rolne stanowią około 3,4 proc. ogółu, średnia unijna wynosi 7 proc.

Konsekwencje zielonej rewolucji

Konsekwencją wymuszenia szybkiego rozwoju sektora ekologicznego w Polsce będzie zwiększenie przepaści, która wciąż dzieli polskie i zachodnioeuropejskie rolnictwo. Trudno oczekiwać od małych producentów rolnych gigantycznych nakładów finansowych przeznaczanych na reorganizację gospodarstw. Tacy rolnicy od lat starali się „awansować” do grona średniej wielkości producentów rolnych. To samo tyczy się też właśnie średnich, którzy przecież wciąż aspirują do rangi „dużych”, czyli – umownie – gospodarujących na ponad 50 ha.

Dobrze ułożone polskie rolnictwo zostanie zatem, rękami polskiego komisarza Janusza Wojciechowskiego, zmuszone do porzucenia obecnych konstrukcji biznesowych, które zapewniają zbyt produktów dostarczanych przez gospodarstwa. Ci rolnicy nie będą mogli już dostarczać takich ilości pszenicy, żyta, jęczmienia, jabłek, wiśni czy truskawek do swoich kontrahentów. Nie będą mogli, ponieważ skala produkcji, do której zostali przyzwyczajeni, zostanie drastycznie obniżona. Mniej środków ochrony roślin oznacza więcej szkodników i chorób – a zatem niższe zbiory, mniej nawozów oznacza słabsze warunki rozwoju – a zatem niższe zbiory, wyłączenie 1/10 gruntów z użytkowania – to niższe zbiory, przeznaczenie 25 proc. gruntów pod uprawy ekologiczne oznacza ograniczenie skali – a zatem też niższe zbiory.

Polscy rolnicy zostaną siłą wtłoczeni w unijny sen o potędze, w którym wcale nie chcą grać pierwszych skrzypiec. Postępująca „skansenizacja” rodzimych gospodarstw doprowadzi najpierw do ich zubożenia i pozbawienia środków na rozwój i inwestycje, a później – do ich bankructw. Nawet mitycznych produktów „eko” nie będzie gdzie sprzedać. Dlaczego?

Kulawa spółdzielczość rolna

Mali producenci rolni nie budują wysokich – i rekordowych co roku – wskaźników eksportu polskiego rolnictwa. Czynią to większe przedsiębiorstwa rolne. To fakt, nie opinia. Jeśli Komisja Europejska tak bardzo postawić chce – w zasadzie wyłącznie – na małe gospodarstwa rolne, musi zadać sobie pytanie jak sprawić, aby ta produkcja była opłacalna. Polska wciąż jest marnym rynkiem zbytu produktów ekologicznych, ponieważ zwyczajnie są one niewspółmiernie drogie względem zasobności portfela przeciętnego Kowalskiego. Ograniczanie roli dużych gospodarstw wiązać się musi z planem załatania pewnej eksportowej dziury. Jak to zrobić? Przy pomocy spółdzielczości rolnej.

Problem polega na tym, że (Janusz Wojciechowski przecież musi zdawać sobie z tego sprawę) w Polsce spółdzielczość rolna nie funkcjonuje. Zaledwie kilkanaście procent gospodarstw działa w naszym kraju w formule zorganizowanej, a tylko ona pozwala na zebranie dużych partii produktów, które zniwelują koszty transportu i pomogą wynegocjować bardziej korzystne ceny w handlu zagranicznym. Polska eksportuje dziś żywność o wartości około 34 mld euro. Tymczasem same tylko spółdzielnie we Francji notują przychody rzędu 85 mld euro, w Danii 30 mld euro, a w Holandii 25 mld euro. Sytuacja jest tam jednak zupełnie inna niż w Polsce. Duńskie spółdzielnie są bowiem właścicielami ponad 90 proc. tamtejszego rynku trzody chlewnej (podobnie zresztą jest we Francji), a holenderskie spółdzielnie w swoim ręku dzierżą kapitał 90 proc. rynku mleczarskiego i przetwórstwa owoców miękkich. W Polsce zrzeszonych w spółdzielniach jest około 15 proc. gospodarstw – na Zachodzie średnio ponad 90 proc. Zabija nas rozdrobienie, którego naprawy nie ma w planach.

Europejskie spółdzielnie rolne zjedzą małych polskich rolników i jedynym odpowiedzialnym za ten stan rzeczy będzie Janusz Wojciechowski.

Ale przecież hodowla…

Sektor hodowli zwierząt jest perłą w koronie polskiego rolnictwa. Tu także dominują gospodarstwa duże. Nasz kraj jest potężnym graczem na rynkach mięsa drobiowego, jaj, wołowiny, mleka, skór zwierząt futerkowych i wieprzowiny. Dziś wszystkie te sektory są jednak na cenzurowanym. Każdy z nich atakowany jest przez antyhodowlane organizacje, czemu Komisja Europejska zdaje się przyklaskiwać. Jak bowiem inaczej nazwać przyjęcie rezolucji w sprawie inicjatywy Koniec Epoki Klatkowej, pomysł dodatkowego opodatkowania mięsa, plany likwidacji hodowli zwierząt futerkowych czy debatę nad wyłączaniem sektorów mięsnych z programu promocji żywności? Jak wreszcie – zerkając na polskie poletko – rozumieć indolencję rządu w walce z ASF? Z ptasią grypą? Walkę z ubojem rytualnym czy hodowlami norek?

Wizja rozwoju polskiego rolnictwa jest żadna. Polska niechybnie stanie się rolniczym skansenem i gigantycznym koszem, do którego trafiać będzie tsunami produktów z importu – zarówno z zachodniej części kontynentu jak i z państw trzecich. To ostatni moment, by otrzeźwieć.