RPP podnosząc stopy i tym samym raty kredytów ludziom, naprawia własne błędy. Kosztem kredytobiorców. A chcąc z kolei ulżyć kredytobiorcom, wśród których wielu to jego własny elektorat, będzie to robił kosztem tych klientów banków, którzy kredytów złotówkowych nie mają. Bo przecież ktoś za to będzie musiał zapłacić – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Rządowa koncepcja pomocy kredytobiorcom złotówkowym jest podobno gotowa. Ci, którym coraz trudniej kredyty w złotych spłacać, pewnie się cieszą, ale sprawa jest bardzo problematyczna na kilku poziomach. Trudno ją też oceniać w oderwaniu od sytuacji kredytobiorców walutowych, przede wszystkim tych, którzy mają kredyty indeksowane (bo nie udzielane) we frankach szwajcarskich (kredyty w euro to margines). Mówiąc najkrócej – rząd PiS odznacza się tutaj daleko idącym koniunkturalizmem i niekonsekwencją. Jednak wnioski mogą i powinny być ogólne.

Pierwsza kwestia to naprawianie własnych błędów cudzymi pieniędzmi. Bo skąd biorą się coraz bardziej horrendalne raty kredytów? Z podnoszonych stóp procentowych. A skąd bierze się galopada stóp? Z inflacji. (Inną sprawą jest, czy windowanie stóp inflację choćby spowolni.) A skąd się wzięła inflacja? Rządzący twierdzą, że to prezent od Putina. W jakimś stopniu tak, ale absolutnie nie wyłącznie. Ekonomiści zawartość „putinflacji” w inflacji oceniają od 30 do maksymalnie 50 proc. Zresztą surowce drożały w dużej mierze niezależnie od działań Rosji, między innymi dlatego, że po wygaszeniu pierwszej nawałnicy epidemii powstał ogromny popyt w Azji Wschodniej, zwłaszcza w Chinach, wysysający duży procent podaży z Europy.

Jednak znaczna część ponad 12-procentowej oficjalnej polskiej inflacji to pokłosie polityki ekonomicznej i społecznej obecnej władzy, przede wszystkim nieszczęsnego luzowania ilościowego, jak ładnie nazywa się kreowanie pustego pieniądza. Rządzący wpuścili od 2015 r. na rynek setki miliardów złotych w ramach różnych programów społecznych. W dodatku pieniądze trafiły głównie do ludzi, którzy natychmiast je wydawali, a nie oszczędzali – co jest czynnikiem inflacjogennym. W jakiejś mierze winna była również polityka epidemiczna obecnego rządu: zamykanie gospodarki w związku z epidemią, całkowicie zbędne i bezsensowne, stworzyło konieczność uruchomienia osłon dla biznesu, a te wpompowały na rynek następne miliardy.

Obrońcy władzy argumentują, że przecież inflacja szaleje wszędzie. Owszem, inflacja urosła niemal na całym świecie, ale nie wszędzie tak jak w Polsce. Średnia marcowa rok do roku w UE to 7,8%, czyli znacznie niżej niż w Polsce. W przypadku niektórych państw są już dane za kwiecień i faktycznie Polska nie jest na czele – Estonia pobiła wszelkie rekordy, tam inflacja wynosi 18,8%. Ale też trzeba pamiętać, że Estonia to mała gospodarka oparta niemal wyłącznie na usługach, nie produkcji, należąca do strefy euro, gdzie jedną stopę procentową dla wszystkich wyznacza EBC we Frankfurcie nad Menem. A ta jest praktycznie zerowa od dawna. Z drugiej strony Włochy to inflacja raptem na poziomie 6,2%, Francja – 4,8%, Szwecja – 6%. I tak dalej. Każde państwo ma własną sytuację i własne czynniki, napędzające utratę siły nabywczej pieniądza (czym w istocie inflacja jest). Jak widać w naszej części Europy, euro przed tym nie chroni. Polska wcale nie musiałaby zajmować, jak to jest obecnie, 5. miejsca w UE (przy czym dla części państw nie ma jeszcze danych z kwietnia). Byłoby inaczej, gdyby polityka fiskalna była bardziej konserwatywna, socjal – bardziej okrojony, a RPP wcześniej zaczęłaby podnosić stopy, ale delikatnie. Pisałem o tym zresztą obszerniej w poprzednim felietonie dla Forum Polskiej Gospodarki.

Wracając do kredytów – RPP podnosząc stopy i tym samym raty kredytów ludziom, naprawia własne błędy. Kosztem kredytobiorców. A chcąc z kolei ulżyć kredytobiorcom, wśród których wielu to jego własny elektorat, będzie to robił kosztem tych klientów banków, którzy kredytów złotówkowych nie mają. Bo przecież ktoś za to będzie musiał zapłacić, a banki raczej własnych, skądinąd rekordowych zysków nie pomniejszą.

Druga kwestia to zasadność takich poczynań, czyli systemowej pomocy dla kredytobiorców w ogóle. Duża część zwolenników wolnego rynku twierdzi, że całkowita odpowiedzialność powinna spoczywać na podejmującym decyzję. Jeśli brał kredyt, to powinien brać pod uwagę także wszelkie możliwe konsekwencje. Nie zgadzam się z takim podejściem, przy czym nie zgadzam się znacznie bardziej w przypadku kredytów walutowych CHF niż złotówkowych teraz. Na temat tego, dlaczego państwo jest współodpowiedzialne za sytuację z kredytami frankowymi, napisałem w 2015 r. obszerny tekst dla Wirtualnej Polski, zatytułowany „Bank to nie kasyno”, który pozostaje aktualny. Nie będę powtarzał zawartych tam tez. Natomiast warto zauważyć, że praktyka sądowa, która od tamtego czasu wzbogaciła się o tysiące orzeczeń, potwierdziła moje ówczesne spostrzeżenia: wiele umów zawierało klauzule niedozwolone lub też banki albo doradcy manipulowali klientami, co jest dzisiaj podstawą do unieważniania umów. Czyli w przypadku kredytobiorców CHF istniały poważne podstawy, żeby problem rozwiązać systemowo na poziomie państwa – ale do tego nigdy nie doszło mimo szumnych obietnic Andrzeja Dudy z czasów jego kampanii w 2015 r.

Jednym z powodów, oficjalnie przecież podzielanych przez rządzących, którzy takiego systemowego rozwiązania nie chcieli (zwłaszcza wybija się tu rola pana premiera Morawieckiego), było możliwe zachwianie stabilnością systemu bankowego. O dziwo, ten argument nie obowiązuje już, gdy idzie o kredyty złotówkowe. A przecież mówimy o grupie liczniejszej niż kredytobiorcy walutowi, zaś proponowane rozwiązania nie są wcale dla banków lżejsze do udźwignięcia niż te, o których była mowa w przypadku kredytów CHF. Co się zmieniło? Merytorycznie – nic. Politycznie tyle, że PiS doszedł do wniosku, iż problemy kredytobiorców złotówkowych uderzają w ich elektorat i wizerunek, a problemy kredytobiorców CHF dotyczyły w większości nie ich wyborców. To jedyna różnica.

Pozostaje pytanie, czy faktycznie kredytobiorca – teraz już złotówkowy – ma przewidywać absolutnie wszystko, nawet jeśli nie wspomina o tym doradca w banku. I czy powinien także przewidywać na przykład wybuch wojny oraz globalny kryzys na rynku surowcowym. Moim zdaniem – nie. Tego nie można wymagać od nikogo bez pełnej, przejrzystej i wyczerpującej informacji przed zaciągnięciem kredytu, tak jak od klienta salonu samochodowego nie można wymagać, żeby rozumiał na przykład, jaka jest różnica pomiędzy rozrządem na pasku a na łańcuchu. Pozostaje pytanie, w jaki sposób o możliwych zawirowaniach informowano, jakie scenariusze rysowano i czy wśród nich były podwyżki stóp o kilkaset punktów bazowych w ciągu zaledwie paru miesięcy. Bo że nie było wśród nich wojny – to jest w zasadzie pewne. A także czy szeroko oferowano jako alternatywę kredyty o stałej stopie procentowej. Brak natomiast wątpliwości, że – inaczej niż w przypadku kredytów CHF – nie ma tu mowy o łamaniu prawa i klauzulach niedozwolonych. A więc uzasadnienie dla rządowej interwencji jest mniejsze niż w przypadku kredytów indeksowanych w szwajcarskiej walucie. Jednak wtedy interwencji nie było, teraz ma być.

Przy tym wszystkim trzeba pamiętać, że stopy procentowe, próbujące nadgonić za inflacją, to nie tylko kredyty hipoteczne – to kredyty w ogóle. I te już zaciągnięte, i te, które byłyby teraz potrzebne, nie tylko ludziom, chcącym zdobyć własne mieszkanie, ale też przedsiębiorcom – na inwestycje czy obrotowe – albo tym, którzy potrzebują kupić coś stosunkowo drogiego. Sytuacja uderza we wszystkie te grupy. Akcja kredytowa hamuje gwałtownie i to również będzie mieć swoje gospodarcze konsekwencje.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułDochodowe JPK dopiero od 2024 roku
Następny artykułNetflix spada z piedestału. Inni amerykańscy giganci też przeżywają trudne chwile