Tak jak wtedy myśleliśmy, że wojna eradykuje Talibów z życia publicznego, tak teraz wydaje nam się, że materiałowe maseczki noszone na pustej ulicy albo plastikowe ekrany zwisające ze sklepowych sufitów uchronią nas przed zarazą. Wrócili Talibowie, wraca i wirus – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Dwudziesta rocznica zamachu na wieżowce Światowego Centrum Handlu przypomniała wielu komentatorom o tym, że był to jeden z pierwszych przypadków, kiedy dwudziestopierwszowieczne państwa sięgnęły po radykalne środki, aby rozwiązać sytuację kryzysową. Z uwagi na to, że właśnie mierzymy się z kolejnym takim nadzwyczajnym zdarzeniem, nie bez przyczyny wielu zaczęło się doszukiwać analogii pomiędzy wojną z terrorem a wojną z wirusem.

Najpierw było bowiem symboliczne, medialnie nośne wydarzenie. W 2001 r. na oczach całego świata runęły dwie wieże, widzieliśmy płomienie i pył, wyskakujących z okien ludzi, a pozostali przy życiu byli pokazywani w mediach jako przerażeni, pokryci brudem nieszczęśnicy. To tak, jak w 2020 r., kiedy oglądaliśmy kolejne przebitki z oddziałów intensywnej terapii we włoskich szpitalach, czy wojskowe ciężarówki wywożące ciała zmarłych do kostnic. Znaleźli się także bohaterowie: najpierw amerykańscy strażacy i policjanci, którzy przeszukiwali zgliszcza, z poświęceniem ratując ludzkie życie. Dzisiaj są nimi ratownicy medyczni, pielęgniarki i lekarze, dla których urządzano nawet rytualne akcje dziękczynnego klaskania. Wielu ludzi ogarnęło współczucie wobec rodzin ofiar tragedii, co zresztą naturalne w obu przypadkach. Pojawiały się wprawdzie liczne teorie spiskowe, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie próbował kwestionować zasadniczej przyczyny leżącej u podstaw obu wydarzeń.

Podobieństwem okazało się także to, że akt grozy spowodował zgodę obywateli, nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych, ale nawet w tych krajach, które nigdy nie były szczególnie narażone na ataki, na radykalne ograniczenie praw obywatelskich. Pojawiły się inwazyjne metody śledzenia ludzi, wzmożone kontrole graniczne, a także działania godzące w sferę prywatności i godności człowieka. Wiele z tych rozwiązań było lub jest na pierwszy rzut oka niekonstytucyjne. Odnośnie do terroryzmu, nie spełniła się obietnica, że będą to środki tylko krótkoterminowe, co najlepiej obrazuje kwestia tzw. Patriot Act. Chodzi o amerykańską ustawę, która pozwalała arbitralnie i bezterminowo pozbawiać ludzi wolności. Miała ona obowiązywać niecałe pięć lat, a w całości została uchylona dopiero po prawie piętnastu latach. Terroryzm pozwolił nam wybaczyć funkcjonariuszom publicznym rzeczy niewybaczalne, na przykład pozbawianie wolności bez kontroli sądowej i torturowanie więźniów. Do dnia dzisiejszego terroryzm i pranie brudnych pieniędzy są w Polsce podstawą szczegółowego badania przepływów finansowych pomiędzy zwykłymi ludźmi, a nawet uchylenia świętej reguły, jaką jest tajemnica obowiązująca pomiędzy adwokatem lub radcą prawnym a jego klientem. W dominującej liczbie spraw regulacje te uderzają zresztą w zwykłych obywateli, którzy albo nie mają niczego do ukrycia, albo dopuszczają się w istocie drobnych naruszeń, w ogóle niezwiązanych z terroryzmem i zorganizowaną przestępczością. Często są to zresztą przepisy drakońskie tylko na papierze, a w praktyce stanowią wyłącznie papierkową robotę, często ignorowaną fasadę, która jest niemożliwa do ścisłego przestrzegania w warunkach codziennego życia.

To podobnie jak z restrykcjami antycovidowymi. Większość z nich prawnicy od razu uznali za nielegalne albo nieproporcjonalne. Uderzają one w istotę człowieczeństwa, skoro penalizują na przykład fizyczny kontakt z innym człowiekiem, pracę zarobkową czy chęć uczenia się i interakcji z rówieśnikami. Wielu publicystów powątpiewa w tymczasowość niektórych regulacji. Lockdown i restrykcje dotknęły i pogorszyły jakość życia prawie całej ludzkości, szczególnie godząc w interesy dzieci i młodzieży, głównie po to, aby chronić służbę zdrowia i małą część szczególnie narażonej populacji. Co ciekawe, tak jak przed wrześniem 2001 r. istniał przecież terroryzm, tak przed marcem 2020 r. ludzkości znane były oczywiście patogeny wywołujące poważne pandemie. Z jakiegoś powodu, dopiero te wydarzenia doprowadziły do pewnego przesilenia i wdrożenia takich rozwiązań prawnych, które wcześniej wydawały się nie do pomyślenia. Trudno sobie wyobrazić, aby dopiero koronawirus o relatywnie niskiej śmiertelności musiał zmusić ludzkość do przyjęcia nowego rozwiązania, jakim był ogólnonarodowy lockdown. Wcześniej przecież znana była nam grypa hiszpanka czy ospa prawdziwa. A jednak upierano się, że prawie wszystkie kraje europejskie muszą radykalnie i natychmiast zmienić swoje ustawodawstwo, bo rzekomo nie nadawało się ono do walki z nowym zagrożeniem. Przecież ustawy powinny były odzwierciedlać dotychczas znany ludzkości stan wiedzy o chorobach zakaźnych i mądrość przekazaną przez pokolenia, które dotykały znacznie gorsze zarazy. Ostatecznie, spodziewano się, że podobną – a nawet większą –  śmiertelnością może odznaczać się poważna pandemia grypy, której rychłe nadejście wręcz wieszczono. A może to zły trop i jest wręcz przeciwnie – byliśmy na te wszystkie zagrożenia zupełnie nieprzygotowani i to jeszcze gorzej o nas świadczy?

W każdym razie, skoro była akcja (zamach, wirus), musiała być i reakcja (odwet, restrykcje). Najgorsze co mogły zrobić rządy, to pozostawienie spraw samych sobie. Wyborcy nigdy by im tego nie wybaczyli. Po wrześniu 2001 r. nadal, wcale nierzadko, zdarzały się krwawe akty terroru. Doświadczaliśmy nawet takich lat, kiedy globalna liczba ofiar w danym roku przekraczała te, jakie notowaliśmy krótko przed 2001 r. Gdyby jednak szeroko rozumiany zachód nie podjął żadnej interwencji, gdyby ludzie nie otrzymali upragnionej zemsty i mniej lub bardziej złudnych środków zapewniających poczucie bezpieczeństwa, nigdy nie wybaczyliby tego włodarzom. Tak, jak wtedy myśleliśmy, że wojna eradykuje Talibów z życia publicznego, tak teraz wydaje nam się, że materiałowe maseczki noszone na pustej ulicy albo plastikowe ekrany zwisające ze sklepowych sufitów uchronią nas przed zarazą. Wrócili Talibowie, wraca i wirus.

Nie można zapominać o tym, że w samym zamachu z 11 września 2001 r. zginęło 2 973 osób. To wiele istnień ludzkich, ale rzecz w tym, że tylko według zagregowanych przez Wikipedię danych z Uniwersytetu w Uppsali konflikt w Afganistanie przyniósł 212 191 ofiar. Nawet gdyby wziąć pod uwagę liczbę wszystkich ofiar aktów terroru od 2001 r. do chwili obecnej (liczba ta wahała się od ok. 10 do ok. 40 tys. rocznie) i wszelkie ofiary śmiertelne konfliktów prowadzonych przez wojska amerykańskie po wrześniu 2001 r. (może to być nawet ok. miliona osób), okaże się, że koszty interwencji zarówno w pieniądzu, jak i w liczbie straconych lat życia mogły być znaczniejsze niż skutki samego zamachu i terroryzmu w ogóle. Nie można także zapominać, że wojna z terrorystami przyniosła różne negatywne skutki, które trudno wyrazić w liczbach. Chodzi o ksenofobię i niechęć wobec osób arabskiego pochodzenia czy właśnie istotne ograniczenia praw obywatelskich.

Podobnie jest z kryzysem sanitarnym. Nie od rzeczy są przecież pytania, czy liczba ofiar izolacji, przedawkowywania środków odurzających, samobójstw, chorób psychicznych, demencji, przemocy domowej, nieotrzymanej na czas diagnozy i pomocy lekarskiej, zakłóceń łańcucha dostaw, nieregularnych szczepień ochronnych dzieci na dawniej znane choroby, przerw w edukacji i bezrobocia nie będzie w niektórych regionach i w długiej perspektywie większa niż ofiar samej choroby.

Symbolem porażki interwencji afgańskiej były obrazy chaotycznego opuszczania lotnisk przez samoloty, kiedy to od skrzydeł odpadali desperaci, próbujący wydostać się z kraju oddanego na pastwę Talibów. Zdarzało się także nieumiejętnie zacieranie śladów współpracy wywiadowczej z autochtonami, co prawdopodobnie skończy się ich prześladowaniem i śmiercią, czy zamachy terrorystyczne sprowokowane przez Państwo Islamskie (dawne ISIS) już w ciągu kilku następnych dni po ewakuacji. Czy nie przypomina to trochę sytuacji krajów, które twierdziły, że wyeliminowały wirusa, ale teraz przeżywają ponowne wybuchy epidemii? Obiecane krótkie, najwyżej „siedmiodniowe” lockdowny, które miały się już nigdy nie powtórzyć, stają się znowu codziennością i wielotygodniowym skazywaniem obywateli na niehumanitarny areszt domowy. A może kojarzy się nam to z sytuacją Polski, która po pierwszym lockdownie zaczęła wykupywać w zagranicznej prasie promowane artykuły, przedwcześnie otrąbiające sukces we wdrożeniu „nowej normalności”, zresztą tylko po to, aby parę miesięcy później stać się krajem z jedną z najgorszych nadmiarowych śmiertelności w Europie? Są tacy, którzy pytają, czy na przykład ogromny koszt finansowy masowego i przypadkowego testowania ludności był w pełni uzasadniony. Czy to normalne, że policja w niektórych krajach wykorzystuje w zwykłych postępowaniach kryminalnych dane pochodzące z aplikacji do epidemiologicznego śledzenia kontaktów? Dlaczego w Polsce zawieszono przedawnienie karalności czynów zabronionych z powodu wykrycia nowego wirusa?

Dzisiaj niektóre z tych pytań traktuje się jak bluźnierstwo, a stawiająca je osoba naraża się na zarzuty kwestionowania „ustaleń nauki” oraz brak empatii. Jednak, po dwudziestu latach od 11 września 2001 r. stało się dokładnie to, co niektórzy przewidują w odniesieniu do kryzysu sanitarnego. Obejrzeliśmy się za siebie i zobaczyliśmy, że interwencje rządowe nierzadko przynoszą ogromne skutki uboczne, niekiedy gorsze niż sama przyczyna reakcji. Właściwie nie wiemy, czy wszystkie nasze działania mają oparcie w twardych dowodach naukowych, czy raczej jest to kwestia intuicji, przyzwyczajenia, presji społecznej albo nawet przesądu. Dlaczego na przykład w Polsce nikogo nie karze się za niemycie i brak dezynfekcji rąk, ale nienoszenie maseczek uważane jest za szczyt braku kultury i czyn godny kary? Nie ma przecież jasnych dowodów na to, że jedno jest skuteczniejsze od drugiego. Możemy przecież wyobrazić sobie siebie samych dwadzieścia lat później, spoglądających chłodno na aktualny kryzys. Jedno jest pewne. Wprowadzone ograniczenia nam spowszednieją, tak jak niekwestionowaną codziennością stały się te antyterrorystyczne. Niekoniecznie będą to te same ograniczenia i być może nie będą nawet dotyczyć tej samej dziedziny, zdrowia publicznego, ale będą po prostu jakościowo i ilościowo równie drakońskie i niecodziennie. Będzie to kolejna cegiełka, która oddali nas od prawdziwie liberalnej demokracji parlamentarnej. Kolejny krok ku populistycznej technokracji, zarządzanej z poziomu egzekutywy, chroniącej raczej instytucje państwowe i kolektyw, a nie mającej wiele szacunku dla indywidualnych praw obywatela. A nie wspomnieliśmy jeszcze przecież w ogóle o kwestii wolności słowa…