Należy sobie postawić pytanie, czy życie w państwie policyjnym z zamkniętymi granicami jest normalne, czy raczej normalne jest kontrolowane i ograniczone ryzyko inwalidztwa i śmierci, zwłaszcza po ukończeniu 70. roku życia? – pisze w felietonie Michał Góra.

Kiedy pod koniec pierwszego kwartału 2020 r. wybuchł kryzys sanitarny, w dyskursie medialnym i naukowym dominowały dwie narracje. Mogliśmy pozwolić wirusowi, aby cyrkulował na pewnym poziomie, który nie zdruzgoce służby zdrowia i postarać się, aby nie dotarł do bardziej wrażliwej populacji, jednocześnie jednak rezygnując z policyjnych metod walki z pandemią (mitygacja, model szwedzki). Możliwe było też zastosowanie przymusowej kwarantanny, zamknięć biznesów, intensywnego śledzenia kontaktów ludzi, uzupełnione uregulowanym prawnie noszeniem maseczek nawet na pustej ulicy (supresja, model z Wuhan).

Ten pierwszy pogląd szybko stał się mniejszościowy, traktowano go wręcz jako nienaukowy i niebezpieczny, pomimo tego, że na pierwszy rzut oka bardziej odpowiadał pryncypiom wieloletniego planowania na wypadek pandemii grypy w niektórych krajach zachodnich (np. w Wielkiej Brytanii). Drugi pogląd trafił do mainstreamu wraz z przekonaniem, że im więcej restrykcji, cenzury, aplikacji cyfrowych, moralizatorstwa i atmosfery strachu, tym lepiej. Skrajną postacią tego modelu było dążenie do eliminacji wirusa. Wielu obserwatorom od początku wydawało się to niemożliwe w długim terminie, ponieważ SARS-Cov2 wykryto u zwierząt dzikożyjących, ale i zamieszkujących ogrody zoologiczne (istnieje więc pokaźny rezerwuar zwierzęcy). Historycznie zaś całkowicie wyeliminowano tylko jedną chorobę zakaźną człowieka, ospę prawdziwą, i to po kilkunastu wiekach jej koegzystencji z ludzkością, dopiero po wielu dziesięcioleciach od chwili wynalezienia szczepionki, która – w przeciwieństwie do szczepionek covidowych – wytwarza na dodatek praktycznie sterylizującą i dożywotnią ochronę. Co prawda eliminacja to nie to samo co eradykacja, ale utrzymywanie ciężkich i powtarzających się lockdownów, aby przybliżyć liczbę zakażeń do zera, również nie powinno wchodzić w grę w długim terminie, jeżeli nadal chcemy mówić o sobie, że jesteśmy częścią kultury liberalnej.

Aktywni medialnie i politycznie naukowcy, którzy popierali mimo wszystko taką strategię, skupili się pod iście marketingowym szyldem „zero COVID” i próbowali przekonać rządy oraz obywateli (głównie poprzez nadaktywność w mediach, pisanie politycznych listów i petycji, które fałszywie traktowano na równi z badaniami naukowymi, a także obrażaniem i próbą niszczenia karier kolegów, którzy mieli odmienne zdanie) do idei, jakoby ciężki lockdown oznaczał tak naprawdę mniej lockdownu, że skanowanie swojej lokalizacji w każdym sklepie za pomocą kodów QR oznacza swobodę ruchu, a więcej uprawnień policji, recesja i bezrobocie ludzi młodych to prawdziwa wolność i rozwój gospodarczy. Co ciekawe, ekspertom tym wiele uchodziło na sucho. Mogli swobodnie wypowiadać się na temat SARS-CoV2, chociażby kwestionowano ich doświadczenie i kwalifikacje w epidemiologii chorób zakaźnych (np. Eric Fidel-Ding). Przez pewien czas masowe szczepienia odbierano też jako swego rodzaju zagrożenie dla ideologii zero COVID, dlatego jej apologetom uchodziły płazem nawet wypowiedzi antyszczepionkowe. Przykładem niech będzie aktywista zerocovidowy, nota bene fizyk Yaneer Bar-Yam, który potwierdził przypuszczenie Sebastiana Stodolaka, że W strategii „Zero Covid” szczepionki nie są chyba zbyt istotne?, dodając jednocześnie, że Big Pharma jest problemem, ale mam pewien pomysł: może niech zarabia na czymś innym, a nie na wirusie? (Zero Covid. „Na Zachodzie przyjęto fałszywą narrację, że wirusa nie da się wykończyć”). W normalnych warunkach za samo użycie sformułowania „Big Pharma” w takim kontekście naukowiec zostałby okrzyknięty ultra-denialistą. Przynależność do sekty zerocovidowej dawała najwyraźniej swego rodzaju immunitet, ponieważ wypowiedzi tej nie odczytano jako podważanie wysiłku proszczepiennego krajów europejskich i Ameryki Północnej.

Ta mainstreamowa narracja zerocovidowa, podobnie do innych, rozsypała się ostatnio jak domek z kart. Okazuje się, że pod naporem wariantu Delta w Australii i Nowej Zelandii wybuchły nowe ogniska epidemii. Co ciekawe, ten drugi kraj zaimportował infekcje najprawdopodobniej od tego pierwszego, co oznacza, że idea zerokowidowych korytarzy sanitarnych była technokratyczną mrzonką. Jednocześnie populacja krajów stosujących model zero COVID okazała się bardzo słabo wyszczepiona, a ze względu na obraną strategię – nigdy nie uodporniła się naturalnie. Z dwóch krajów należących do kultury szeroko rozumianego „zachodu” Australia zaczęła więc powoli wyłamywać się z programu zero COVID. Władze federalne określiły lockdowny jako niemożliwe do utrzymania w długim terminie (my w Europie wiedzieliśmy to już rok temu, w Szwecji wiedzieli o tym półtora roku temu) i zdecydowały, że po zaszczepieniu określonego procenta populacji, restrykcje zostaną zwolnione, a pewna liczba krzywd i zgonów wywołanych chorobą koronawirusową zostanie zaakceptowana, tak jak każde inne ryzyko. Lektura komentarzy internautów wskazuje jednak na to, że obywatele Australii są tym przerażeni i to pomimo tego, że powrót do normalności powinien być czymś nie tylko nieuniknionym, ale także upragnionym. Należy sobie postawić pytanie, czy życie w państwie policyjnym z zamkniętymi granicami jest normalne, czy raczej normalne jest kontrolowane i ograniczone ryzyko inwalidztwa i śmierci, zwłaszcza po ukończeniu 70. roku życia?

W uproszczeniu można powiedzieć, że Australijczycy są w takiej sytuacji, w jakiej Polacy znaleźli się w marcu 2020 r. Mierzą się z egzystencjalnym problemem, którego nie poznali na własnej skórze i którego najchętniej pozbyliby się za pomocą machnięcia czarodziejską różdżką. Dla nas w tamtym czasie to Włosi byli jakimiś nieczystymi i pokaranymi przez Boga nieszczęśnikami, a nas – po złożeniu ofiary z edukacji publicznej, przyrostu gospodarczego i praw obywatelskich – zaraza miała oszczędzić. Nie oszczędziła, dlatego to Australijczycy i Nowozelandczycy spoglądali z wyższością na „trędowatą” Europę. Wspomniana wcześniej magiczna różdżka, wbrew nadziejom wielu (być może także niżej podpisanego), jednak nie istnieje, na co wskazują ostatnie doniesienia o złej sytuacji epidemicznej w dobrze wyszczepionym Izraelu, czy konieczność zaakceptowania pewnej liczby zgonów covidowych w bardzo dobrze wyszczepionej Anglii.

Nie życzę Australijczykom źle, ale ostatnie badania naukowe, które pokazują mocną odporność naturalną po przejściu infekcji koronawirusowej, wskazują na to, że Europa może jednak szybciej uporać się z kryzysem. Nic wielkiego się nie stanie, prostu przestaniemy to, co nas otacza, traktować jako kryzys, a napływ chorych do szpitali musi się nam w końcu udać kontrolować za pomocą interwencji medycznych, a nie policyjnych. Australijczycy pogrążą się natomiast w jałowych dyskusjach na temat tego, czy rząd zawiódł, bo dopuścił, aby ktokolwiek zmarł na chorobę zakaźną układu oddechowego. Na razie zero-covidową twierdzą pozostaje tylko Nowa Zelandia. Kraj, którego położenie geograficzne i izolacja oczywiście temu sprzyja. To, czy słuszny był bardziej liberalny kierunek kontynentalny, czy pacyficzne podejście zerocovidowe, oceni historia. Niedługo bowiem zaczniemy poznawać skutki długoterminowej izolacji i przyznania rządom ekstraordynaryjnych uprawnień, które obiecano nam, że będą tylko tymczasowe. W to ostatnie szczerze wątpię.