Polskie społeczeństwo starzeje się z zastraszającą szybkością i będzie coraz bardziej schorzałe – alarmują demografowie. Jeśli niekorzystne trendy nie zostaną zahamowane grozi nam wzrost obciążeń fiskalnych i parafiskalnych oraz załamanie się systemu emerytalnego. Na demografię oddziałują także trendy migracyjne, tym razem jednak nie odegrają zasadniczej roli.

thedanw/Pixabay

To już nie są tylko „strachy na Lachy”. Utrzymujący się w Polsce od lat niekorzystny trend demograficzny polegający w uproszczeniu na tym, że Polacy nie chcą mieć dzieci i coraz większy udział w przekroju społecznym mają ludzie starzy, może w pewnym momencie przeciążyć system i załamać gospodarkę. Po tym, jak na wzrost liczby urodzeń nie zadziałał dodatek socjalny 500+ i nie pomogły programy społeczne wdrażane tylko na papierze, możemy obudzić się w przysłowiową ręką w nocniku.

Dzieci wciąż brak

Że jest źle i że sytuacja nie tylko się nie polepsza, lecz nawet pogarsza, w niektórych miejscowościach widać już niemal gołym okiem. Jak piszą eksperci z Instytutu Debaty Eksperckiej i Analiz Quant Tank, którzy wespół z naukowcami SGH zorganizowali niedawno w stolicy konferencję i przygotowali raport pt. „Demografia. Migracje. Rynek pracy w Polsce”, Polska w XXI wieku „trwale pozostaje w gronie państw o najniższej dzietności w Europie i na świecie. Średni współczynnik dzietności wyniósł w tym okresie 1,34 i wahał się w przedziale 1,2-1,5 w latach 2000-2022.”

Co to oznacza? Mówiąc wprost: kolejne pokolenia będą o około jedną trzecią mniej liczne od pokoleń swoich rodziców. W ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba obywateli Polski, liczona pomiędzy kolejnymi spisami, spadła o 475 tysięcy osób.

To będzie kraj starych ludzi?

Zaistniałą sytuację „zawdzięczamy” nie tylko niskiej dzietności. Wpływ na nią ma także wydłużający się czas życia. W efekcie nie ma innej możliwości niż stopniowe nakładanie coraz to wyższych obciążeń na młodsze pokolenia po to, by wystarczyło pieniędzy na utrzymanie osób starszych. Oczywiście najłatwiej robi się to przy wykorzystaniu parapodatków, ukrytych opłat różnej maści i nowych podatków (te ostatnie to zazwyczaj jakiś już czas po wyborach).

Zdaniem dra Stanisława Kluzy, b. ministra finansów i b. przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego oraz szefa Instytutu Debaty Eksperckiej i Analiz Quant Tank – w przypadku Polski scenariusz ten będzie podwójnie niekorzystny. Polskie społeczeństwo dysponuje bardzo mało licznymi młodymi pokoleniami, a zarazem niską stopą zastąpienia w systemie emerytalnym (czyli stosunkiem ostatniego wynagrodzenia do wielkości emerytury) wynoszącą obecnie ok. 60 procent (a i tak nadal wyższą niż w niektórych krajach unijnych). Stopa ta stale maleje i według umiarkowanie pesymistycznych prognoz w najbliższej dekadzie załamie się spadając do 28 proc. do 2040 roku.

Autorzy raportu pochylają się także nad wpływem tak kształtującej się demografii na rynek pracy oraz sferę opieki zdrowotnej. W tym pierwszym wymiarze przedsiębiorcy muszą liczyć się przede wszystkim z przesunięciem się zakresu wiekowego pracowników – po prostu zostaną zmuszeni do sięgnięcia po osoby starsze, a nawet seniorów i nie powinni obawiać się tego robić. W drugim wymiarze to spadająca jakość opieki medycznej wywołana przede wszystkim niedoborem lekarzy i nieporadnymi – jak dotąd – sposobami zaradzenia tej sytuacji.

Ukraina już w niczym nie pomoże

W delikatny sposób w raporcie Quant Tank (bo jak wiemy, jest to temat niezwykle delikatny) dotknięto problemu Ukraińców nawiedzających nasz kraj w efekcie rosyjskiej eskalacji wojny z Ukrainą. Zjawisko to nazwano „krótkookresowym zaburzeniem, które wpisuje się w długoterminowe trendy”. Autorzy policzyli starannie, że od początku wojny do końca października 2022 roku wjechało do Polski blisko 7,5 mln osób z Ukrainy, a powróciło do swojego kraju ok. 5,7 mln osób. A zatem przybyło nam 1,5-2 mln nowych mieszkańców.

Wyrażana niekiedy nadzieja, że Ukraińcy wesprą znacząco przedsiębiorców na rynku pracy, a przede wszystkim, że odwrócą niekorzystny trend demograficzny, może okazać się płonna. Więcej będzie można oczywiście o tym powiedzieć, gdy się dowiemy (jeśli się dowiemy), ilu gości pozostanie w naszym kraju na stałe, ilu z nich podniesie swoje kwalifikacje oraz podejmie oficjalną pracę, a ilu będzie próbowało tylko przetrwać jakiś czas przed powrotem do kraju czy wyjazdem na Zachód. Przetrwać oczywiście z nadal znaczącym wsparciem socjalnym i społecznym Polski.

Na razie jednak żadne sny o przesiedleńcach, którzy zasilą naszą substancję narodową, nie mają szansy się urealnić. Do prowadzenia polityki migracyjnej potrzeba przemyślanej w szczegółach i długoterminowej strategii, rozpisanej na dodatek w poszczególnych obszarach życia społecznego. Czy jednak ktoś taką strategię widział lub przynajmniej o niej słyszał?

 

Poprzedni artykułPolskie firmy zainteresowane koncepcją embedded finance
Następny artykułZmiany w podatkach ratunkiem dla lokalnych budżetów?