Komisja Rolnictwa Parlamentu Europejskiego przychyliła się do rezolucji będącej efektem głośnej inicjatywy organizacji antyhodowlanych. Chodzi o kampanię Koniec Epoki Klatkowej, której celem ma być zupełny zakaz stosowania klatek w chowie i hodowli zwierzęcej na terytorium Unii Europejskiej już od roku 2027. Rezolucja nie niesie ze sobą – rzecz jasna – rygoru wykonalności, ale wyznacza kierunek, w którym podążać chce Unia Europejska. I nie jest to kierunek przychylny rolnikom.

zakaz stosowania klatek w chowie i hodowli - grafika wpisu
fot. Mark Stebnicki/Pexels.com

Zakaz stosowania klatek w europejskim rolnictwie przynieść może polskim i unijnym gospodarzom dramatyczne konsekwencje. Dziś – zarówno w wymiarze globalnym, jak i na poletku unijnym – to właśnie z tego typu hodowli pochodzi większość dostarczanego na rynek i przeznaczanego na eksport mięsa czy jaj. Dzieje się tak dlatego, że ten typ hodowli zwierzęcej jest opłacalny, zorganizowany i tańszy od innych.
Błędem jest także uleganie manipulacjom organizacji antyhodowlanych, które to chciałyby zaszczepić sposób myślenia o rolnikach utrzymujących znaczną liczbę zwierząt jako o barbarzyńcach, stawiających sobie za cel maksymalne udręczenie swojej trzódki. Zwierząt, które przecież zapewniają utrzymanie i których hodowla staje się rentowna tylko wówczas, gdy przestrzega się unijnego prawodawstwa i wyśrubowanych przepisów krajowych – tak dzieje się w przypadku hodowli drobiu, zwierząt futerkowych, produkcji jaj i innych sektorów hodowlanych.
Zakaz stosowania klatek doprowadziłby wyłącznie do zmniejszenia konkurencyjności europejskiego rolnictwa – ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Element układanki

Nietrudno się domyślić, że w nagonce wymierzonej w hodowców zwierząt zakaz stosowania klatek jest tylko jednym z szeregu elementów, które mają dopełnić dzieła. To dzieło – w tym przypadku – to świat, z którego mięso znika lub występuje w ograniczonej do minimum formie. To nie jest nadinterpretacja a fakt. Same organizacje „ekologiczne” wielokrotnie przyznawały, że ich celem jest właśnie zupełne odejście od spożywania produktów odzwierzęcych.

Podobnie działo się w przypadku prób przeforsowania zakazu hodowli zwierząt futerkowych, uboju rytualnego, ataków na sektor drobiarski, mleczarski, hodowli trzody chlewnej, hodowli karpi… Każdy z tych sektorów to nic innego jak kolejne puzzle, z których aktywiści tworzą – zrodzone w ich odpornych na rachunek ekonomiczny umysłach – kolejne fragmenty swoich zielonych wizji.

Wracając do meritum – czy wyrugowanie klatek z Unii Europejskiej rzeczywiście sprawi, że zniknie „cierpienie zwierząt”, a Europa będzie spożywać mniej mięsa? Otóż nie.

Skoro nie tak, to jak?

Zakaz hodowli w systemie klatkowym kolejny raz udowodniłby prawdziwość znanej maksymy, która mówi, że rynek nie zna próżni. Ów zakaz spowodowałby – to pewne – ogromne spadki wskaźników produkcji mięsa w Unii Europejskiej. Idąc dalej, w niedalekiej przyszłości pojawiłaby się także fala bankructw rolników, którzy nie mieliby szans na spłatę choćby części kredytów, liczonych w skali Wspólnoty w setkach miliardów euro. Tymże rolnikom, nastawiona na politykę socjalną Unia, musiałaby pomóc. Jeśli ta sama Unia przestałaby się liczyć w produkcji i eksporcie mięsa, momentalnie zalałoby ją mięso i inne produkty odzwierzęce z krajów Mercosur, USA, Chin, Ukrainy, czy rzeszy innych światowych hegemonów. To zresztą dzieje się już dziś. Każdy z tych krajów wysyła do UE tanie mięso, ale – co ważne – chciałby wysyłać go więcej. Każdy też ma ku temu wszelkie możliwości.

Mięso naszpikowane antybiotykami, pochodzące z szemranych hodowli (jak w przypadku krajów Mercosur), pochodzące od zwierząt utrzymywanych w bardzo złych warunkach (jak w Chinach)… no, ale jednak mięso.

Świat śmieje się z Unii Europejskiej, która dziś zachowuje się tak, jakby ostatnie lata poświęciła na wyplatanie sznura, na którym finalnie sama się powiesi. Ten sam świat zaciera ręce, licząc potencjalne zyski płynące z pomysłów takich jak inicjatywa Koniec Epoki Klatkowej, Zielony Ład, podatek od mięsa i tak dalej, i tak dalej. A to wszystko w czasach, gdy za unijne rolnictwo odpowiada Polak.

Gdzie jest Janusz Wojciechowski?

Koniec Epoki Klatkowej to kampania, która spotkała się z szerokim poparciem środowisk lewicowych, na czele z takimi tuzami polityki jak Robert Biedroń czy osławiona Sylwia Spurek. Rozsądek nakazywałby trzymać się z daleka od wszystkich idei, które spotykają się aprobatą tych osób. Tak się jednak nie dzieje.

Janusz Wojciechowski, unijny komisarz do spraw rolnictwa, nie odciął się jednoznacznie od inicjatywy Koniec Epoki Klatkowej. A powinien.
„Powiedziałem, że jestem za odchodzeniem od chowu klatkowego, silnie wspieranym z funduszy UE, nie powiedziałem, że jestem za zakazem. Chów klatkowy jest częścią wyścigu na intensywność i masowość produkcji rolniczej, wyścigu dla większości rolników bardzo niebezpiecznego” – powiedział Wojciechowski.
Cóż z tego, że komisarz jest „trochę” po stronie rolników, skoro jest także „bardziej trochę” po stronie aktywistów, czego nie omieszkał już wytknąć mu PSL.

Trudnopowiedzieć, czy jest to efekt faktycznych przekonań Janusza Wojciechowskiego, czy kolejna zagrywka polityczna PiS. Jeśli politycy partii rządzącej sądzą, że pomysły takie jak Piątka dla zwierząt czy Koniec Epoki Klatkowej zapewnią im poparcie środowisk centrowych czy lewicowych – są w błędzie. Błąd ten, co już się dzieje, skutkuje wzrostem poparcia na wsi dla ugrupowań innych niż Prawo i Sprawiedliwość. Błędy to także woda na młyn dla Konfederacji czy PSL, które przygotowują się do odbicia wiejskiego bastionu. A przecież kampania wyborcza trwa.