Bank centralny skazany jest teraz na podwyżki stóp, chociaż nie wyczerpał całego katalogu narzędzi przeciwdziałania inflacji. Nie zmienia to faktu, że inflacji należy przede wszystkim przeciwdziałać, bo jej obniżanie jest dużo kosztowniejsze – mówi nam dr Stanisław Kluza, były minister finansów, założyciel i prezes Instytutu Debaty Eksperckiej i Analiz Quant Tank.

Stanisław Kluza (Fot. Arek Markowicz/PAP)

Fundamentalnym problemem gospodarki jest obecnie inflacja. Czy aby na pewno dobrze zostały rozpoznane jej źródła? Jak ją zatrzymać?

Fundamentalnych problemów jest zdecydowanie więcej, to nie tylko inflacja. Ona jednak faktycznie należy do podstawowych. Jednocześnie należy pamiętać, że ma kilka źródeł. Jeżeli przyjrzymy się inflacji w Polsce, oddzielając jej czynniki wewnętrzne od zewnętrznych (międzynarodowych), to jestem przekonany, że istotną jej część wytworzyliśmy sami. Jeżeli chodzi o otoczenie zewnętrzne, to niewątpliwie nie mieliśmy wpływu na światowe ceny nośników energii. Zarazem skutki związane z wojną na Ukrainie dopiero nadejdą, jeszcze ich w pełni w Polsce nie mamy. Będą pochodną m.in. gorszych zbiorów, w efekcie pojawią się duże ograniczenia w handlu produktami typu zboża, kukurydza, oleje, ale również nasiona i pasze. Dotknie to także rynku nawozów i środków ochrony roślin.

Inflacji należy przede wszystkim przeciwdziałać, bo jej obniżanie jest kosztowniejsze. Jest kilka istotnych reguł, których powinien przestrzegać bank centralny w swojej działalności, by inflacji zapobiegać. W moim przekonaniu nie było uzasadnienia dla takiej – jaką wdrożono – polityki pieniężnej w okresie koronakryzysu, zwłaszcza w 2020 r. Bowiem presja na wyjście inflacji poza pasmo celu inflacyjnego była już widoczna od połowy 2019 r.

Czyli źródła wybuchu inflacji tkwią jeszcze w okresie przed pandemią?

Sam COVID-19 trochę opóźnił nadejście inflacji w Polsce, ale ta głęboko drzemała w gospodarce dużo wcześniej niż zaczęła się pandemia. Na przykład Czechy rozpoczęły cykl podwyżek stóp procentowych jeszcze w 2017 r. Trzy lata później rzeczywiście dokonano tam obniżki stóp, ale została ona przeprowadzona już z zupełnie innej perspektywy i przy innych uwarunkowaniach policy-mix.
W Polsce natomiast obniżki stóp procentowych nie miały uzasadnienia ani dla płynności i kosztu pieniądza, ani dla koniunktury gospodarczej i rynku pracy. Niestety, te obniżki negatywnie wpłynęły na posiadaczy depozytów. Z drugiej strony wzrosła skłonność do zaciągania kredytów hipotecznych na zmienną stopę procentową. Oba te zjawiska będą miały negatywne konsekwencje w zdecydowanie dłuższym horyzoncie czasu.

Inną bolączką jest to, że nadzór makroostrożnościowy nie wywiązał się ze swojej roli zapobiegania istotnym zidentyfikowanym ryzykom systemowym. A takim był brak alternatywy kredytów hipotecznych o stałej stopie procentowej wobec powszechności kredytów opartych o zmienną stopę procentową. Rozwiązanie tego problemu było relatywnie prostym wyzwaniem regulacyjnym. A takie działania należy wykonywać, gdy stopy procentowe są niskie.

Mamy więc w dużej liczbie i o dużej wartości kredyty hipoteczne zaciągnięte wówczas przy bardzo niskich poziomach WIBOR.

Niestety tak. I będzie to kolejny – oprócz inflacji – czynnik destabilizujący polską gospodarkę. Po doświadczeniach tzw. frankowiczów należało to przewidzieć a inflacji przeciwdziałać, a nie zwalczać ją, gdy już się rozpędziła. To ewidentna porażka banku centralnego i Rady Polityki Pieniężnej – tej, która nota bene zakończyła właśnie swoją kadencję.

Obecnie bank centralny jest skazany na podwyżki stóp, chociaż nie wyczerpał całego katalogu narzędzi przeciwdziałania inflacji. Warto przy tym zauważyć, że NBP prowadził bardzo agresywną polemikę publiczną z tymi, którzy mieli inne przemyślenia i doświadczenia, nie życząc sobie, żeby ktokolwiek mu podpowiadał, co ma robić. Teraz jest zdany na siebie w swoich poglądach i działaniach.

Czy wystarczy uporządkować tzw. Polski Ład, by funkcjonował dobrze? Bo chaos jest po prostu niemożliwy i zdaje się nie mijać. Może potrzebna jest jednak całościowa reforma systemu podatkowego, a nie tylko jego retusze?

Oczywiście, że taka reforma byłaby lepsza. Jednak kwestią, na którą należy zwrócić uwagę jest to, że jeżeli wprowadza się duże i ważne zmiany systemowe, nie powinno się tego robić w sposób nagły i zaskakujący uczestników rynku. Przykładowo, roczne vacatio legis pozwoliłoby się przygotować podmiotom gospodarczym i zwykłym księgowym. Ponadto niektóre omyłki regulacyjne byłyby z wyprzedzeniem wychwycone i usunięte. Po drugie bardzo słabo zostały omówione w debacie publicznej intencje przyświecające niektórym rozwiązaniom w Polskim Ładzie. Jeżeli nie jest on rozwiązaniem przypadkowym, to miał przecież czemuś służyć.

Nie przysłużył się i nadal się nie przysłuży zwłaszcza małym i średniej wielkości firmom, które muszą walczyć z jego zagmatwanymi przepisami i z tej walki wielokrotnie wychodzą pokonane.

Faktycznie, można odnieść wrażenie, że te przepisy nie są przychylne małej i średniej przedsiębiorczości. Po pierwsze poprzez sukcesywny, nieprzerwany wzrost obciążeń o charakterze fiskalnym i parafiskalnym, skutkujący wzrostem kosztów działalności. Po drugie, przez swoją złożoność. Chcąc stworzyć jak najlepsze warunki do działania drobnej i średniej wielkości przedsiębiorczości, należy przede wszystkim zmniejszyć stopień komplikacji zakładania firm, a później także ich prowadzenia. Obecne uregulowania nie sprzyjają także ambitnym start-upom, gdzie koszt i ryzyko rozpoczęcia działalności są bardzo wysokie. Duże koszty towarzyszą też rozwojowi w tzw. okresie inkubacyjnym. A wtedy powinny być właśnie najniższe, szczególnie w zakresie obowiązkowych danin publicznych. Oprócz poziomu fiskalizmu, który nieco w ostatnich latach wzrósł, dokuczliwy dla firm jest właśnie poziom złożoności oddziaływania regulacji. Jest on dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw zdecydowanie bardziej bolesny niż dla dużych korporacji, które mają odpowiednie narzędzia do radzenia sobie z takimi wyzwaniami. Mały przedsiębiorca – mówiąc językiem potocznym – musi „ogarnąć” wszystko sam – zarówno produkcję, jak i sprzedaż, prawo, podatki, reklamę itd. Musi być człowiekiem-orkiestrą.

Korporacjom jest istotnie łatwiej. Tak jest od lat.

Takie wrażenie rzeczywiście powstaje, bo mają one większe zdolności adaptacyjne do zmieniającej się rzeczywistości rynkowej niż sektor MŚP. Wynika to po prostu z tego, że korporacje to bardziej zróżnicowany personel oraz struktura przygotowana na mierzenie się z różnego rodzaju, także dużymi, problemami.

Natomiast obszarem do ponownego przemyślenia powinny być Specjalne Strefy Ekonomiczne (SSE). W zamyśle miały one przyciągać kapitał i rozwijać wszystkie firmy w Polsce, ale niejednokrotnie preferowały te zagraniczne, międzynarodowe, wchodzące do Polski. Podczas gdy nasi krajowi producenci borykali się z ogromną ilością problemów, zagraniczne korporacje rozkwitały w SSE. Bywa też tak, że zagraniczny inwestor wchodził do SSE tylko po to, by ograniczyć działalność lub zlikwidować konkurencję ze strony polskiego producenta.

Co zatem powinno się zrobić z SSE?

Ten temat powinien podlegać przeglądowi z punktu widzenia polityki gospodarczej państwa. Na samym początku należy przede wszystkim zdiagnozować, jakie są korzyści z ich funkcjonowania, a jakie straty.

Jakie są granice świadczenia pomocy ukraińskim uchodźcom i przesiedleńcom? Kosztuje to i kosztować będzie coraz więcej.

To, co razi najbardziej w tej całej sytuacji, to pasywność liderów Unii Europejskiej w zakresie kompleksowego rozwiązania mechanizmów wsparcia finansowego uchodźców. Tu dzieje się naprawdę niewiele. Przypomnijmy, że gdy Europa zetknęła się z problemem uchodźctwa na przykład z Syrii, organizacje wspierające uchodźców otrzymały potężne dofinansowanie unijne z różnego rodzaju funduszy europejskich. W przypadku Polski, która przyjęła i przyjmuje największą z fal uchodźców, nie widać, by takie mechanizmy zadziałały.

Temat ten ściśle wiąże się z otrzymaniem przez Polskę środków unijnych zarówno z nowej perspektywy finansowej, jak i tzw. Funduszu Odbudowy. Czy jest jakiś sposób na odblokowanie tych pieniędzy?

To jest pytanie zdecydowanie bardziej skierowane do strony rządzącej, która negocjuje te środki, niż do eksperta ekonomicznego. To w rękach rządu są zarówno umocowania, jak i narzędzia, by prowadzić w tej sprawie skuteczne negocjacje. Oś sporu z Unią jest negocjatorom znana.

Przejdźmy więc do innego tematu. Sensowność embarga nakładanego na Rosję jest oczywista. Nasuwa się jednak pytanie, kto zrekompensuje straty polskim firmom, które handlowały – bądź handlują – z Rosją, także często z Białorusią oraz Ukrainą? Firmy te nie deklarują się politycznie. Niczemu nie zawiniły, a ich działalność bywa podstawą bytu całych rodzin i jest też istotna z punktu widzenia całej gospodarki.

Ten temat dotyczy nie tylko polskich firm. Na niego również należałoby spojrzeć z szerszej perspektywy – europejskiej, chociaż w przypadku Polski odsetek poszkodowanych firm będzie odpowiednio wyższy. Sytuację naszych rodzimych firm powinno się rozpatrywać w trzech różnych perspektywach. To ważne, by nie pomieszać wszystkiego. Jedna z nich istotnie jest związana z sytuacją na Ukrainie. Druga z konsekwencjami minionej pandemii koronawirusa, bo przecież lockdowny były rzeczywistością naszych ostatnich dwóch lat. Trzecia wiąże się ze skutkami wewnętrznej, krajowej polityki gospodarczej, fiskalnej oraz pieniężnej, która szczególnie w ostatnim okresie negatywnie rzutowała na utrzymanie równowagi makroekonomicznej w Polsce oraz na warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Tu można i należy dostrzegać proporcje pomiędzy oddziaływaniami wynikłymi z pandemii, wojny na Ukrainie oraz naszej krajowej polityki gospodarczej. Chodzi o to, by nie zrzucać odpowiedzialności na tylko jeden z tych czynników, a taka pokusa nie tylko powstaje i znajduje swoje uzewnętrznienie w przestrzeni debaty publicznej. Jeden z czynników nie może po prostu usprawiedliwiać niedomagań i zaniechań w zakresie pozostałych. Gdy to właściwie rozpoznamy i zdiagnozujemy, dopiero wtedy możemy podejmować skuteczne środki zaradcze.

Rozmawiał Robert Azembski


STANISŁAW KLUZA
– doktor nauk ekonomicznych. W 2006 r. podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Pierwszy przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego (w latach 2006–2011). W 2016 r. powołany na wiceprezesa i p.o. prezesa zarządu Banku Ochrony Środowiska, następnie został prezesem zarządu tego banku. Funkcję tę pełnił do 2017 r. Założyciel i prezes Instytutu Debaty Eksperckiej i Analiz Quant Tank.
Poprzedni artykułNa przekór stereotypom na rynku pracy
Następny artykułDlaczego sankcje nałożone na Rosję okazały się porażką? Zachód jak na razie jest daleko od zatrzymania wojny