Na pewno nie możemy spodziewać się spadku cen. Przed zbliżającymi się świętami taniego mięsa i tanich jaj po prostu nie będzie. Czy ceny wzrosną? Niewykluczone – mówi nam Piotr Lisiecki, prezes Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

Oldmermaid/Pixabay

Jaka przyszłość rysuje się przed polskim sektorem produkcji drobiarskiej?

Piotr Lisiecki

Widzimy dziś trzy zasadnicze czynniki, które w najbliższym czasie decydować będą o realiach polskiego drobiarstwa. Pierwszym jest wojna na Ukrainie i idące za nią zamieszanie eksportowe – zarówno w odniesieniu do surowców paszowych, jak i mięsa drobiowego. Kolejny to drastyczny wzrost cen energii, a co za tym idzie także kosztów produkcji. Do tego dochodzą coraz bardziej absurdalne oczekiwania tzw. obrońców zwierząt.

Jak wpłynie to na polski eksport drobiu?

Ta sytuacja wprowadza zamieszanie. Trwająca od wielu miesięcy wojna rosyjsko-ukraińska wprowadza chaos na rynkach surowców paszowych. Zmienne komunikaty co do płynności eksportu ukraińskich zbóż są bezpośrednią przyczyną spekulacji na giełdach zbożowych na całym świecie. Nie wiemy dziś na przykład, czy kukurydza i soja z Ukrainy płyną przez porty czarnomorskie, czy też faktycznie trwa ich blokada. Nie wiemy, jakie były tegoroczne areały, jakie były zbiory, ile i czego Ukraina zamierza wyeksportować. To sytuacja dla naszej branży zrozumiała – trwa wojna i komunikaty mogą być nieprecyzyjne. Niemniej jednak borykamy się ze spekulacjami na giełdach, rynkach zbożowych. Niejasne są również sygnały od największych eksporterów drobiu i jaj z Ukrainy.

Ale ten eksport trwa.

Tak, eksport z Ukrainy ciągle trwa, a chcąca pomóc Ukraińcom Unia Europejska zniosła w zasadzie wszelkie limity na eksport ukraińskiej żywności. Dochodzi do tego, że nawet francuscy i hiszpańscy producenci drobiu zaczynają podnosić alarm, że na ich rynki napływa zbyt wiele towarów z Ukrainy.

A co, gdyby Ukraina weszła do Unii Europejskiej?

Pełne przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej wymusiłoby na ukraińskich producentach stosowanie europejskich norm dobrostanu i żywienia zwierząt, a co za tym idzie – podniosłoby koszty ukraińskiej produkcji. W tej sytuacji, kiedy i tak musimy się „boksować” z importem z Ukrainy, wejście tego kraju do Wspólnoty byłoby lepsze z perspektywy hodowców i polskich producentów. Dziś trudno jest skontrolować, co Ukraińcy dodają do pasz albo jak ma się tamtejszy dobrostan zwierząt. Czy inspektorzy weterynaryjni pojadą na Ukrainę sprawdzić to wszystko pod potencjalnym ostrzałem? W obecnej sytuacji nikt nie jest w stanie prowadzić rutynowych kontroli w zakresie przestrzegania obowiązujących w Unii norm na ukraińskich fermach. Wiemy również o tym, że bardzo często transporty ukraińskiego mięsa są zatrzymywane na zewnętrznych granicach UE z powodów niespełnienia norm jakościowych, ale te, które przekraczają granicę silnie konkurują z polskim mięsem m.in. w Holandii.

Jak ma się sprawa z tzw. obrońcami zwierząt?

Na skutek wojny na Ukrainie światu zaczyna zagrażać głód – zwłaszcza najbiedniejszym rejonom Ziemi. Mimo to nie ustają naciski ze strony pseudoobrońców zwierząt, którzy swoimi działaniami – rzekomo poprawiającymi warunki utrzymania zwierząt hodowlanych – tak naprawdę przyczyniają się w znaczący sposób do wzrostu cen mięsa dla konsumentów. Obecnie wśród najpopularniejszych oczekiwań „zielonych” znajduje się zakaz uboju kogutków ras nieśnych. Jest to oczekiwanie bogatych społeczeństw zachodnich, które skutkuje utrzymaniem przy życiu zwierząt zbędnych z punktu widzenia produkcji jaj. Skutek jest taki, że hodowcy karmią kogutki, które nie znoszą jaj. Te dorastają do ok. 1,2 kg i zjadają przy tym od 7 do 10 kg paszy. Dla porównania brojler rasy mięsnej spożywa ok. 2 kg paszy, żeby uzyskać 1 kg masy ciała. Z punktu widzenia ekonomii, a także oszczędzania zasobów naszej planety, takie działanie pseudoekologów prowadzi do marnotrawstwa, podnosi koszty żywności i, w dłuższej perspektywie, prowadzi do głodu na świecie.

A co z inicjatywami takimi jak koniec epoki klatkowej, maksymalizacja VAT na mięso, czy nowa inicjatywa Koniec epoki rzezi? Efekty są widoczne?

W ubiegłym roku wiele dużych sieci marketów przestało rozprowadzać jajka z klatek (tak zwane „trójki”). W rezultacie duże polskie hodowle mają problemy ze zbytem znacznych partii jaj konsumpcyjnych. Wielu hodowców, kończąc cykle wstawień, na nowe cykle już się nie decyduje lub zamienia systemy z klatkowych na ściółkowe. Duża ferma redukuje wówczas obsadę mniej więcej cztero-, pięciokrotnie, co oznacza wprost, że codziennie mamy pięć razy mniej jajek niż z chowu klatkowego. Dodatkowo kury nioski w systemie ściółkowym zużywają więcej paszy w przeliczeniu na jedno jajko niż w przypadku utrzymania w klatkach.

Co ma na to wpływ?

Głównym czynnikiem, który na to wpływa, jest stres, jaki przeżywają zwierzęta zgromadzone w dużych grupach bez podziału na stada. W przypadku chowu klatkowego kury błyskawicznie tworzą swoistą hierarchię, która obowiązuje do końca wstawienia. W dużej grupie czterech, pięciu czy ośmiu tysięcy sztuk, z którą mamy do czynienia przy chowie ściółkowym, dochodzi do bezustannej walki między zwierzętami o to, która jest samicą alfa, co powoduje ich większy stres niż w przypadku chowu klatkowego.

To zgoła odwrotnie, niż mówią aktywiści…

Wbrew pozorom chów klatkowy daje zwierzętom dużo więcej spokoju, ponieważ nie muszą wciąż walczyć i mogą zająć się jedzeniem i znoszeniem jaj. Nie ma wówczas interakcji, które w behawioryzmie stadnym powodują zużycie energii. Dlatego też system ściółkowy jest dla kur bardziej stresowy wbrew temu, co mówią pseudoekolodzy. Skutek jest taki, że zestresowane kury znoszą mniej jaj, a konsument płaci za produkt więcej. Podkreślić należy, że moda na jaja ze ściółki wpływa w tej chwili również na ceny produktów takich jak majonezy, makarony, pączki, pieczywo, czyli wszystkiego, do czego jaja są dodawane. Producenci np. makaronów zaczynają podawać na opakowaniach informację o tym, że wykorzystują jaja ściółkowe nie informując przy tym klienta, że płaci za to znacząco wyższą cenę.

Czy branży bardzo dał się we znaki kryzys energetyczny?

Tuż po napaści Rosjan na Ukrainę cena gazu LPG stosowanego do ogrzewania kurników wzrosła dwukrotnie i nie mogło się to nie odbić na kosztach produkcji, gdyż jednodniowe pisklęta, które przyjeżdżają na fermę prosto z wylęgarni, wymagają bardzo wysokiej temperatury do zdrowego chowu. Latem zaobserwowaliśmy spadek do poziomu ok. 3 zł za litr gazu LPG, ale to wciąż ok. dwukrotnie drożej niż przed wybuchem wojny. Wielu hodowców na południu Polski korzystało z ogrzewania węglowego. Zawirowania na rynku węgla są wszystkim znane, dlatego wielu hodowców zdecydowało się nie wstawiać piskląt na zimę z obawy, że koszty ogrzewania przekroczą zysk ze sprzedaży żywca.

Na południu Polski, na Śląsku czy na Opolszczyźnie, mieszka wielu emerytowanych górników, którzy – nawet jeśli mieszkają w bloku – mają deputat z kopalni, w której pracowali. Skutek jest taki, że mają „kwit” np. na 2 tony węgla, ale go nie potrzebują i do tej pory za 300-400-500 zł sprzedawali go hodowcom, którzy mogli ogrzewać tym węglem swoje kurniki. W momencie, gdy cena węgla wzrosła do 3 tys. zł za tonę, emerytowany górnik wcale nie musiał tego deputatu tak tanio oddać, bo mógł go sprzedać 3-4 razy drożej, a i tak znalazł klienta. Hodowcy, którzy skupowali „kwity” od sąsiadów, w tej chwili tego węgla nie mają.

Reasumując, możemy spodziewać się, że przed świętami, kiedy sprzedaż mięsa drobiowego i jaj wzrasta, te produkty będą po prostu droższe niż w tym momencie?

Na pewno nie możemy spodziewać się spadku cen, ponieważ obserwacja wstawień pokazuje, że przed świętami taniego mięsa i jaj po prostu nie będzie. Czy ceny wzrosną? Niewykluczone. Liczby, niestety, nie powinny napawać konsumentów optymizmem.

Rozmawiał Robert Kujawa

Poprzedni artykułEko start-upy, które pomagają zarobić
Następny artykułDuże firmy dostaną wsparcie