Dzisiaj babcie, zwłaszcza te postępowe, pewnie opowiadają wnuczętom, że najlepiej gdzieś się zapisać, na przykład do jakiejś partii, dostać posadę i za cenę wysługiwania się i nadskakiwania opływać w dostatki, nie ponosząc za nic żadnej odpowiedzialności – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Nie wiem, jakie bajki rodzice czy babcie opowiadają dzieciom teraz, ale jeszcze za mojego dzieciństwa słuchałem bajek z morałem. Na przykład bajkę o Marysi, która nazbierała pełen dzban jagódek. Idąc z tymi jagódkami na jarmark, myślała sobie, co też będzie, jak je sprzeda. Najpierw kupi sobie kurę, a ta kura – jak to kura – będzie znosiła jajka. Te jajka też sprzeda na jarmarku, a za nie kupi sobie drugą, a może nawet trzecią kurę. Te kury też będą się niosły, więc jajek będzie coraz więcej i więcej, aż za pieniądze z ich sprzedaży będzie mogła kupić sobie cielątko. Z tego cielątka urośnie krowa, która z kolei po zacieleniu zacznie dawać mleko. Marysia będzie miała nie tylko kury i jajka, ale również mleko, z którego będzie robiła na sprzedaż masło i ser. Gospodarstwo rozwijało się coraz bardziej i nie wiadomo, do jakiego bogactwa doszłaby Marysia, gdyby nie to, że rozmarzona przestała zwracać uwagę na drogę, potknęła się o korzeń, przewróciła, dzbanek z jagódkami się rozbił, a jagódki się rozsypały.

Ta bajka o Marysi miała nawet kilka morałów. Pierwszy to taki, że dzięki pracy i dobrym pomysłom można się wzbogacić, oczywiście nie od razu, ale stopniowo. Potwierdziło mi się to podczas wyjazdów do Francji, gdzie pracowałem na winnicy u winierona, który miał winnicę, ale winogrona dostarczał do kooperatywy, która z kolei wypuszczała wino pod swoją marką. Kiedy po paru latach odwiedziłem go znowu, żeby kupić wino, z dumą zaprowadził mnie do piwnicy, w której stały kadzie ze stali srebrzanki, a w nich dojrzewało wino. Okazało się, że już nie odstawia winogron do kooperatywy, tylko robi wino pod własną marką, a ponieważ jedna z jego winnic mieściła się w gminie Fuisse, gdzie ziemia wybitnie sprzyja winorośli, pochodzące z niej białe wino Pouilly-Fuisse osiągało nawet wysoką cenę. Od tamtej pory już go nie widziałem, ale jestem pewien, że rozbudował swoje przedsiębiorstwo, a jego dzieci, które chodziły do kościoła i były wychowywane tradycyjnie, będą ten rodzinny biznes rozbudowywały – i tak dalej.

Dzisiaj babcie, zwłaszcza te postępowe, pewnie opowiadają wnuczętom, że najlepiej gdzieś się zapisać, na przykład do jakiejś partii, dostać posadę i za cenę wysługiwania się i nadskakiwania prezesowi opływać w dostatki, nie ponosząc za nic żadnej odpowiedzialności. Inaczej być nie może, skoro w roku 2003, podczas referendum w sprawie Anschlussu do Unii Europejskiej, obywatele głosujący za Anschlussem uważali, że jak tylko zapiszemy się do Unii, to ta sypnie złotem i znowu będzie jak za Gierka.

Drugi morał, to taki, żeby owszem – snując dalekosiężne plany, nie tracić jednak poczucia rzeczywistości, bo w przeciwnym razie można się potknąć i wszystko weźmie w łeb.

Niestety, w odróżnieniu od wielu innych narodów, nasze społeczeństwo lubi kultywować działania pozorne, co zauważył nieżyczliwy nam ambasador Katarzyny II w Warszawie, Otto Magnus von Stackelberg pisząc do carycy, że „La liberte polonaise  n`ayant jamais porte que sur l`imagination… a accutume la nation au seul culte de l`appareil exterieur” – co się wykłada, że wolność polska, zawsze skierowana w stronę wyobraźni… przyzwyczaiła naród do kultu działań zewnętrznych, tzn. pozornych. Dlatego w Polsce największym szacunkiem cieszy się patetyczny dureń.

Jest to bardzo aktualne zwłaszcza dzisiaj, kiedy – jak się okazało – w pewnych kręgach, zbliżonych do rządu, przystąpiono właśnie do dzielenia skóry na rosyjskim niedźwiedziu. Zgodnie bowiem z linią oficjalnej propagandy, ostateczne zwycięstwo przypadnie Ukrainie, którą oczywiście trzeba będzie odbudować ze zniszczeń wojennych. Koszty tej odbudowy poniesie oczywiście Rosja, bo, zgodnie z życzeniem amerykańskiego sekretarza obrony Lloyda Austina, wyrażonym podczas jego pielgrzymki do Kijowa, powinna ona zostać w wyniku zwycięskiej dla Ukrainy wojny obezwładniona, a przynajmniej – osłabiona. A wtedy polskie firmy, jedna przez drugą, rzucą się w wir odbudowy  i wszystko będzie gites tenteges.

Co prawda na razie podczas konferencji w amerykańskiej bazie lotniczej Ramstein w Niemczech, wezwani przez Lloyda Austina ministrowie obrony 40 zależnych od USA państw, otrzymali zadania, w jaki sposób mają wspierać Ukrainę. Toteż ukraińscy dygnitarze prezentują coraz bardziej roszczeniową postawę nie tylko wobec Polski, która w nadskakiwaniu Amerykanom a nawet Ukraińcom nie da się nikomu wyprzedzić, ale nawet wobec Niemiec. O żadnych przyszłych korzyściach na razie nikt nie mówił, bo wynik wojny nie jest pewny, a także – jak długo będzie trwała, więc jakie koszty będzie musiało jeszcze ponieść te 40 państw uczestniczących w konferencji z Ramstein – ale rząd  musi przecież jakieś bajki opowiadać, również gwoli wyjaśnienia przyczyn inflacji.

Szkoda tylko, że zachowuje się podobnie jak owa Marysia, co to nazbierała jagódek. Po pierwsze dlatego, że nie bardzo wiadomo, w jaki sposób zmusić Rosję, by sfinansowała odbudowę Ukrainy nie tylko wtedy, gdyby Ukraina osiągnęła ostateczne zwycięstwo, ale zwłaszcza w sytuacji, gdyby tego zwycięstwa nie osiągnęła. Po drugie dlatego, że nawet gdyby jakimś cudem Rosja została do sfinansowania kosztów odbudowy Ukrainy zmuszona, to wcale nie jest pewne, że skorzystają na tym akurat polskiej firmy. Dotychczasowe doświadczenia np. z Iraku nie są bowiem wcale zachęcające. Jak pamiętamy, chociaż Polska, wysłuchawszy zachęty prezydenta Busha, wysłała do Iraku kontyngent wojskowy, to żadnych kontraktów na odbudowę nie uzyskała. Jedyną korzyścią było wynagrodzenie, jakie Amerykanie za pośrednictwem Nur Corporation przyznali swoim agentom, którym w Polsce forsę przekazać miała jedna z firm, którą podejrzewam o związki ze starymi kiejkutami.

Tym razem może być jeszcze gorzej, zwłaszcza gdy Ukraina ten wojny nie wygra. Odbudować ją będzie trzeba, więc tak samo jak obecnie koszty pomocy dla Ukrainy rozkładane są na wszystkie 40 uzależnionych od Stanów Zjednoczonych państw, tak w przyszłości Stany Zjednoczone porozkładają na nie również uczestniczenie w kosztach odbudowy – bo zniszczona Ukraina nie będzie przecież miała czym zapłacić. W tej sytuacji opowieści, jak to dzięki ostatecznemu zwycięstwu na Ukrainie na polskie firmy spadnie deszcz rosyjskiego złota, mają wszelkie podobieństwo do rojeń Marysi, która nawet miała nad twórcami obecnych iluzji tę przewagę, że jagódek przecież nazbierała i kto wie, czy przynajmniej niektórych planów by nie zrealizowała, gdyby się nie potknęła. Tymczasem Nasi Umiłowani Przywódcy nie tylko żadnych jagódek nie nazbierali, tylko właśnie roztrwaniają zasoby polskich obywateli za pośrednictwem „Putinflacji”.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułNie chcą płacić faktur, magazynują towary i chomikują gotówkę
Następny artykułEkoinwestycje wspomagają wzrost gospodarczy