Edward Gierek wykombinował sobie, że stworzy w Polsce iluzję dobrobytu, dzięki czemu będą go sławić przyszłe pokolenia. Film „Gierek” ma się do tego przyczynić, ale – jak to za Gierka – chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Niedawno wszedł na ekrany film o Edwardzie Gierku. Nie oglądałem go i nie wiem, czy obejrzę, bo według recenzji jest to hagiografia i to aż ocierająca się o karykaturę. Tymczasem ja ani nie należałem do wyznawców Edwarda Gierka, ani nie wzdycham do niego z nostalgią jak wielu Polaków, więc po co miałbym oglądać hagiograficzny obraz, skoro pamiętam, jak to było? Jeśli coś mnie ciekawi, to to, czy producent filmu, Global Studio, powstałe w roku 2017, dostało jakieś rządowe czy publiczne subwencje. Wykluczyć tego się nie da, bo całkiem niedawno Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński bardzo Edwarda Gierka wychwalał, jako polskiego patriotę.

Być może Jarosław Kaczyński zna Edwarda Gierka lepiej niż ja, bo ja u niego w duszy nigdy nie byłem, ale skoro już ma uchodzić za polskiego patriotę, to warto przypomnieć, że to z jego inicjatywy przeforsowana została 10 lutego 1976 roku w Sejmie niemal jednogłośnie – bo od głosu wstrzymał się poseł Stanisław Stomma, który z tego tytułu uchodzi w Polsce za niezłomnego bohatera – nowelizacja konstytucji, do której wprowadzono przepis o sojuszu ze Związkiem Radzieckim i o przewodniej roli PZPR w budowie socjalizmu. Ten zapis o sojuszu miał pewne konsekwencje prawne, bo wyposażał ZSRR w roszczenie do Polski, że musi się ona z nim przyjaźnić, bo w przeciwnym razie złamałaby własną konstytucję, co stwarzałoby pozór legalności dla ewentualnej interwencji. Zapis o „przewodniej roli” legitymizował dyktaturę PZPR. W czerwcu tego samego roku Edward Gierek brutalnie stłumił rozruchy w Radomiu i Ursusie, wywołane ogłoszoną przez ówczesnego pierwszego ministra PRL Piotra Jaroszewicza podwyżką cen żywności. Wprawdzie nie użyto broni, bo Polska zaledwie rok wcześniej podpisała Akt Końcowy KBWE w Helsinkach, w których cały obóz socjalistyczny z ZSRR na czele, w ramach tzw. „trzeciego koszyka”, zobowiązał się do przestrzegania pewnych minimalnych standardów w postępowaniu  z własnymi obywatelami. A podniesiono ceny żywności, bo…

Bo Edward Gierek wykombinował sobie, że stworzy w Polsce iluzję dobrobytu, dzięki czemu będą go sławić przyszłe pokolenia. Film „Gierek” ma się do tego przyczynić, ale – jak to za Gierka – chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze. Iluzja dobrobytu zaś miała powstać w ten sposób, że Polska pożyczy na Zachodzie pieniądze. Za te pieniądze wybuduje fabryki. Produktami tych fabryk sfinansuje spłatę długów i w ten sposób będzie rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej – zgodnie z propagandowym sloganem lat 70-tych. Bo wtedy Zachód zaczął futrować kraje socjalistyczne pieniędzmi. Przyczynę tego futrowania wyjaśnił Henry Kissinger w telewizyjnej rozmowie, jaką w 1990 roku przeprowadził z nim Radek Sikorski. Na pytanie Sikorskiego, czy te kredyty wynikały z dobrego serca, czy  towarzyszyła temu jakaś polityczna kalkulacja, Kissinger bez chwili wahania odparł, że oczywiście kalkulacja. My – wyjaśnił – dążyliśmy do tego, by kraje socjalistyczne uzależniły się od zachodniej kroplówki finansowej, tak jak narkoman uzależnia się od narkotyków. A jak się już uzależnią, to zaczniemy stawiać im warunki polityczne.

Ale nie tylko to. Zachodni partnerzy Polski też nie byli w ciemię bici i za pożyczone od nich pieniądze sprzedawali naszemu nieszczęśliwemu krajowi licencje już przestarzałe i dzięki temu tańsze. W dodatku cykl inwestycyjny trwał wtedy z Polsce około 5 lat, więc teoretycznie fabryka dopiero wtedy mogła dawać produkcję, którą… – i tak dalej. Ale wtedy produkty tej fabryki były już przestarzałe i można było je sprzedać w zasadzie na rynku krajowym, albo z trudem – innych państw RWPG. Tymczasem na spłacanie kredytów potrzebne były „cenne dewizy”, czyli waluty zachodnie. Trochę ich do Polski skapywało, bo Gierek pozwolił wyjeżdżać na Zachód na tzw. „saksy”, ale nie było tego dużo, a poza tym większą część rozkradała partia i bezpieka za pośrednictwem Pewexu i lokowała w szwajcarskich bankach. W rezultacie długi trzeba było, po staremu, spłacać eksportem węgla i żywności. Toteż już w roku 1976 wprowadzone zostały kartki na cukier, a potem, stopniowo, już na wszystko. Ale i tego nie starczało, więc na spłacanie zaciągniętych kredytów trzeba było zaciągać nowe, na coraz wyższy procent – 20 i więcej – i to w sytuacji, kiedy oficjalny, to znaczy – nadymany przez propagandę sukcesu – wzrost gospodarczy wynosił 4 procent, a prawdziwy – być może 2. Nietrudno było domyślić się, czym to się musi skończyć, no i w roku 1980 skończyło się powszechnym buntem przeciwko partii, w następstwie którego Gierek został obalony, a bunt stłumiony przy pomocy stanu wojennego. Wtedy właśnie powstał anonimowy wierszyk: „Wracaj Edziu do koryta; lepszy złodziej, niż bandyta!”.

„Bandyta” nie miał głowy do tej całej gospodarki, toteż zarówno pierwszy, jak i drugi etap „reformy” wzięły w łeb i nie wiadomo, do czego by doszło, gdyby Sowieci nie dogadali się z Amerykanami co do „transformacji ustrojowej”. W roku 1989 PRL przestała istnieć, a na jej miejsce pojawiła się III RP. Toteż prof. Eugeniusz Rychlewski ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie sporządził bilans zamknięcia PRL, a stosowny artykuł opublikował w fachowym piśmie „Ekonomista”.

I co się okazało? Że wartość majątku trwałego w przemyśle jest o pół miliarda dolarów niższa od wysokości zadłużenia zagranicznego Polski. Co tu ukrywać, dobrze to nie wyglądało, ale ponieważ ta publikacja nie była szerzej znana opinii publicznej, to na tej niewiedzy żerowały rozmaite polityczne celebrytki w rodzaju Wielce Czcigodnej Izabelli Sierakowskiej, według której PRL była okresem bezprzykładnego rozwoju Polski. Niestety, ustalenia prof. Rychlewskiego zaprzeczały tym przechwałkom. Porównał on bowiem z Polską kilka krajów, które w roku 1938 były na poziomie rozwoju podobnym do polskiego. I co się okazało? Okazało się, że tamte kraje, które – jak np. Grecja – miały szczęście nie trafić pod komunistów, rozwinęły się czterokrotnie bardziej niż Polska. Jak się okazuje, Polska zapłaciła za komunizm straszną cenę, ale to nie jest niestety jeszcze ostatnie słowo.

Również dlatego, że ideałem Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego jest przedwojenna sanacja. Sanacja była ruchem etatystycznym, a w porywach – nawet socjalistycznym. W 1929 roku odbył się we Lwowie zjazd przemysłowców, podczas którego wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski został zapytany, dlaczego rząd daje kredyty inwestycyjne nawet gdy jest stuprocentowa pewność, że nie zostaną one spłacone? – Właśnie dlatego – odparł, wyjaśniając, że jest to najlepszy sposób na przejęcie przez państwo kontroli nad gospodarką. I rzeczywiście: o ile w roku 1928 nie było w Polsce ani jednej spółki prawa handlowego, w której udział państwa był dominujący, o tyle w roku 1938 nie było już ani jednej, w której udział państwa nie byłby dominujący. Zdaje się, że wchodzimy na tę samą drogę, a rząd „dobrej zmiany”, podobnie jak Edward Gierek, próbuje uwodzić Polaków iluzją dobrobytu. I filmowcy poczuli, skąd wiatr wieje.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułPiS stworzył z systemu podatkowego istny dom zagadek
Następny artykułPracownicy ZUS-u chcą… wycofania Polskiego Ładu