Zlot odrzutowców i limuzyn na szczyt klimatyczny COP26 w Glasgow w najprostszy sposób autodemaskuje hipokryzję luminarzy walki z globalnym ociepleniem. Z kolei nieobecność na tym spędzie znaczących emitentów gazów cieplarnianych – czyli Chin, Rosji, Brazylii i Arabii Saudyjskiej oraz postawa Indii, które osiągnięcie tzw. neutralności klimatycznej deklarują dopiero na 2070 rok – pokazuje, że część wielkich gospodarek nie włącza się w medialne wysmażanie klimatycznego kotleta.

Arcturian/Pixabay

To wszystko już było. Kilkadziesiąt lat temu, a nawet jeszcze wcześniej. To już dwudziesty szósty szczyt klimatyczny, który kosztuje mnóstwo pieniędzy, pozostawia liczne i paskudne ślady węglowe i pozwala kolejny raz bić pianę za pieniądze podatników.
Deklaracje państw o zamykaniu dynamicznie rozwijających się przemysłów śmiało można między bajki włożyć. Nie należy jednak lekceważyć siły uporczywie i od wielu lat sączonej ekoideologii. Od wielu lat jej funkcją jest stopniowe urabianie opinii publicznej, by ta przyjęła w końcu za prawdę – niemal objawioną – założenia nowej, klimatycznej religii. Będzie ona jeszcze lepiej smakować w sosie Wielkiego Resetu: populację ludzką należy zredukować zarówno liczebnie, jak i pod kątem artykułowania oczekiwań i potrzeb – w domyśle wobec „wielkich tego świata”. Tudzież będącą w coraz większym stopniu wyłącznie narzędziem w rękach ich „demokratycznie” wybieranych polityków.

Wojna o klimat, czy o pieniądze?

Nie potrzeba wywoływać wojny, by odsmażyć kapitalizm. Ona już się toczy. Wystarczy przy pomocy systematycznie sączonej propagandy, wspieranej punktowym marketingiem korporacji oraz dotacjami wygenerowanymi z naszych kieszeni, wykreować nowe potrzeby i otwarcie umysłów na nowy, wspaniały, „zielony” świat – nowy ład. Optymalne dla „nich” byłoby, byśmy sami zniszczyli stary świat i zaczęli kupować „ich” nowe, „zielone” koncepcje, usługi i produkcję. Zabraknie pieniędzy? W ramach tzw. sprawiedliwej transformacji klimatycznej możne kraje obiecują przetransferowanie pieniędzy z krajów bogatych do biedniejszych. Wciąż będzie za mało? Z pomocą pospieszy Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), któremu nie należy oczywiście wypominać, że przyczynił się historycznie do powstania w latach 90. dwudziestego wieku kilku bardzo poważnych kryzysów. – Czego więc potrzeba, aby historycy spojrzeli wstecz na ten kryzys jako na moment Wielkiego Resetu? – pyta retorycznie Kristalina Georgieva, dyrektor zarządzająca w MFW. Informując jednym tchem, że dążenie do bardziej ekologicznego, inteligentniejszego i sprawiedliwszego świata wymaga od MFW „biliona dolarów i ogromnego zaangażowania po stronie polityki”.

Człowiek przyczyną ocieplenia klimatu?

Każde kłamstwo, a szczególnie kłamstwo upowszechniane systematycznie i na skalę ponadnarodową, ma nie tylko swoich hunwejbinów, którzy daliby się za nie pokroić, ale przede wszystkim stanowi fundament. Ideologiczny aksjomat, na którym budowana jest piramida dalszych kłamstw oraz mniej lub bardziej fantastycznych hipotez. Takim fundamentem kłamstwa klimatycznego jest jakoby antropogeniczna (czyli dokonująca się za sprawą człowieka) zmiana klimatu i wzrost temperatur w efekcie emisji gazów cieplarnianych przez cywilizację przemysłową.

Powiedzmy to sobie jasno: nie było – i po dzień dzisiejszy nie ma żadnego konsensusu naukowego w sprawie klimatycznego kryzysu powodowanego, jakoby, przez człowieka. Jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej, zwyczajnie kłamie. Argumenty za podwyższaniem przez człowieka średniej temperatury na Ziemi padają już od… kilkudziesięciu lat, znajdując tyle samo zwolenników co przeciwników. W tym miejscu wreszcie warto przypomnieć klasyczną już pozycję profesora chemii Przemysława Mastalerza pt. „Ekologiczne kłamstwa ekowojowników”, której jubileusz 20-lecia pierwszego wydania mogliśmy stosunkowo niedawno świętować.

Ekologiczne kłamstwa ekowojowników

Co się zmieniło od czasu wydania tej książki? Oprócz tego, że nieźle brzmiące nazywanie ekologistów „ekowojownikami” ewoluowało w epitet „ekoterrorysta” (na co zresztą sami sobie zasłużyli prowadząc agresywne aktywności) – w odróżnieniu od cichej i pożytecznej pracy szeregu ekologów, czyli ludzi chroniących środowisko naturalne i przyrodę?
Okazuje się, że niewiele zmieniły się zarówno retoryka ekologistów i ich politycznych patronów, jak i fakt, że gdyby nawet było ich dziesięć razy więcej, nie dadzą rady zaczopować swoimi tyłkami wszystkich dymiących wulkanów. Nie wpłyną też na aktywność termojądrową Słońca, czy na perturbacje w obrębie pola magnetycznego Ziemi, które to – najprawdopodobniej – mają na zmiany klimatyczne wpływ decydujący. Tak jak słynna kiedyś „dziura ozonowa” nad Antarktydą, z powodu której chciano już burzyć fabryki i zabierać ludziom dezodoranty, okazała się być zjawiskiem przejściowym (być może algi zaczęły produkować mniej chlorku metylu rozkładającego ozon?), tak – wierzmy w to – perturbacje z temperaturami z czasem się ustabilizują. Niezależnie od tego, czy zakażemy ludziom jeździć dieslami, produkować prąd z węgla, jeść mięso, a lodowcom się topić. I czy zadekretujemy nie większy niż 1,5-proc., czy też 2-proc. wzrost temperatur na Ziemi we wspólnym, politycznym wysiłku straszenia ciemnych mas.

Co jest zatem z tym straszliwym globalnym ociepleniem? Już tyle lat temu prof. Mastalerz udostępnił nam w swoim dziełku anksjolityk: „Nie ma powodu do przypuszczeń, że cykl naturalnych wahań temperatury w naszym interglacjale już doszedł końca, a więc można się spodziewać, że obserwowane od 100 lat ocieplenie, wynoszące około 0,5 do 1°C, jest po prostu wynikiem naturalnego cyklu, czyli że oznacza normalne ocieplanie się klimatu po oziębieniu w małej epoce lodowej. Nie znamy niestety przyczyn zmian klimatu i nie wiemy, dlaczego na Ziemi epoki lodowe występują na przemian z okresami ciepłymi. Póki nie poznamy czynników decydujących o naturalnych zmianach klimatu, to żadne prognozy klimatyczne nie będą mogły być poważnie traktowane, nie wyłączając prognoz opartych na domniemanym efekcie cieplarnianym, spowodowanym przez wzrost stężenia dwutlenku węgla w powietrzu”.

Marksistowskie źródła ekologizmu

Co jednak się dzieje, gdy nauka miesza się z polityką? Oddajmy znowu głos profesorowi: „Nie można lekceważyć lewicowych aspektów ekologicznej propagandy, bo nie ulega wątpliwości, że zdyskredytowany na arenie politycznej i gospodarczej komunizm usiłuje powrócić pod osłoną ekologii – ostrzegał ponad dwadzieścia lat temu w swojej książce prof. Przemysław Mastalerz. „Na osławionej konferencji klimatycznej w Rio de Janeiro (tej z 1992 roku, która leży u podwalin wszystkich innych konferencji, łącznie z tzw. Porozumieniem Paryskim – przyp. red.) wielokrotnie wspominano znane komunistyczne hasło, że ubogie kraje są biedne dlatego, że kraje rozwinięte duszą się od bogactwa. Jest to geopolityczne odbicie starego komunistycznego sloganu, że większość ludzi żyje w biedzie dlatego tylko, że niektórzy są bogaci” – pisał.

Nic dodać, nic ująć. Czego zatem mogliśmy i nadal możemy się spodziewać, i w którym kierunku podążać?

„Nie trzeba ludziom wmawiać, że grożą im spalarnie śmieci lub atomowe elektrownie, ale trzeba ich jakoś przekonać, by nie zaśmiecali lasów i poboczy dróg i nie odprowadzali nieoczyszczonych ścieków do rzek, strumieni i jezior – wskazał drogę, już kilkadziesiąt lat temu, mądry profesor chemii.

Aktualne? Jak najbardziej. Zanim więc rozwalimy to, co mamy, współtworząc to, co posłuży niewielu, zdobądźmy się na odrobinę refleksji.

Za deser niech posłuży poniższy tweet: