Niekiedy, w zupełnie realnej rzeczywistości, dzieją się takie rzeczy, które wydawałoby się, że są raczej sferą marzeń sennych albo cynicznych i groteskowych żartów.

Na przykład wtedy, kiedy ogłoszona została pandemia, moi koledzy po fachu zaczęli się domagać zawieszenia terminów sądowych. Wiadomo, skoro jest zagrożenie sanitarne, to trudno złożyć w terminie pisma procesowe w celu ochrony praw obywateli. Od razu pomyślałem, że rząd na to chętnie przystanie, ale zawiesi także terminy przedawnienia karalności oraz te związane z podatkami. I dokładnie tak się stało. W ten sposób po dziś dzień żyjemy właściwie w państwie totalitarnym, które na mocy ustawodawstwa nadzwyczajnego tymczasowego, czyli na dwa lata (plus pół roku po ustaniu stanu zagrożenia), zawiesiło wszelkie reguły procesu karnego i podatkowego. Wstyd na całą (globalną) wieś, ale nie takie rzeczy puszczano płazem, „bo wirus i empatia”. W Australii premier potajemnie zagarnął na przykład uprawnienia pięciu różnych ministerstw. Tak, to jest wręcz definicyjna egzemplifikacja faszyzmu. I co? I nic!

Tak bywa, kiedy eksperci domagają się od rządu pilnej interwencji (już mniejsza o to, czy proszą prawnicy, lekarze czy ekonomiści), nie myśląc o ubocznych konsekwencjach swoich rzekomo dobroczynnych pomysłów. Można tylko przytoczyć angielskie przysłowie: be careful what you wish for!

Z drugiej strony tzw. eksperci i postępowi politycy narzekają, że pospólstwo nie chce za bardzo ufać instytucjom. Już mniejsza o to, że zarzut taki niewiele znaczy, ponieważ w sensie ontologicznym instytucje nie istnieją w taki sam sposób jak konkretne tworzące je osoby. „Nie ufać instytucji” to znaczy po prostu nie ufać innym ludziom, a nie maszynom, jakiemuś zgromadzeniu zwierząt albo czemuś, co jest tylko abstrakcją, zaledwie ideą w naszych umysłach.

A to, że Polacy nie ufają instytucjom, wcale mnie nie dziwi. Okazuje się bowiem, że rzeczywistość przerasta swoją absurdalnością mieszankę onirycznej prozy Brunona Schulza, fatalistycznych powieści Franza Kafki i gagów rodem z Latającego Cyrku Monty Pythona.

Pomijam już to, że obywatele nie ufają za bardzo jakiemuś młodemu „panu doktoru” o progresywnych poglądach. Taki pan doktór nierzadko z zupełnie gołą twarzą, jednak wyrażającą gniew i przejęcie, opowiada siedzącej obok i równie przejętej pani redaktor o niepodważalnych korzyściach z noszenia maseczki. Skoro bowiem pan doktór i pani redaktor mogą siedzieć obok siebie bez maseczki w studio i „zabijać”, to czemu ja bym nie mógł – pyta zapewne wielu widzów? Skoro można iść na protest proaborcyjny, to czemu nie na antylockdownowy? Skoro w epidemii można urządzić wybory albo szczyt klimatyczny, to czemu nie mszę świętą albo spotkanie towarzyskie? Podobno na te pytania odpowiada „nauka”, ale najwyraźniej tylko tym, którzy wcześniej z góry przyjęli, że na zasadzie wyłączności zna ona odpowiedź na wszelkie trapiące ludzi problemy.

Ostatnio jest jednak tylko gorzej. Przykładowo facet, który jest szefem instytucji odpowiedzialnej za nasze bezpieczeństwo, najwyraźniej naruszył wszystkie możliwe reguły prawa i zdrowego rozsądku, postrzeliwując się granatnikiem. Tak, szef polskiej policji podobno postrzelił się sam granatnikiem i – za przeproszeniem – rozdupcył komendę. I tutaj jest właśnie element montypythonowski, bo brytyjscy komicy mieli kiedyś skecz, w którym facet przejechał się własnym samochodem. Nasz dzielny grenadier uważa, że jest tym zdarzeniem pokrzywdzony i nie musi nawet podawać się do dymisji. Ludzie tracili stanowiska za głupie żarty albo romanse, ale najwyraźniej nie za postrzelenie się bazooką.

Zawsze jednak można by zwalić tutaj winę na polski rząd. Jeśli to nieudacznicy i wszetecznicy, to może po prostu wybierają innych melepetów na szefów najważniejszych służb w państwie? Nic z tych rzeczy.

Najpierw jednak przypomnijmy, że internauci stworzyli pewien mem. Przedstawia on postać ludzką, której media wkładają do głowy „chipa” programującego nienawiść do konkretnej osoby lub instytucji. Kiedyś to był Novak Djokovic, potem Elon Musk, a następnie tak zrobiono na przykład z FIFĄ. Światową organizację piłkarską powszechnie krytykowano za korupcyjną historię i uleganie wpływom dyktatorów, na przykład Putina albo niektórych Arabów. Schemat postępowania mediów był taki sam jak zazwyczaj, włącznie z tym, że ukazywała się niezliczona ilość artykułów krytycznych na temat FIFA, a nawet specjalny film dokumentalny na znanej platformie streamingowej.

Co się jednak niedługo później okazało? Ano, że ci sami Katarczycy korumpowali też w najlepsze europejskich oficjeli i deputowanych. Tak, tych samych, którzy w przeciwieństwie do krajowych zaprzańców i autorytarnych nacjonalistów rzekomo są ostoją sprawiedliwości, dobra, piękna i postępu. Tu chodziło o te „dobre” instytucje, którym mamy właśnie bezwzględnie i bez cienia wątpliwości ufać, w przeciwieństwie do tych „złych”, „zawłaszczonych” i nacjonalistycznych, którym ufać pod żadnym pozorem nie wolno.

Czekam zatem na specjalny film dokumentalny o korupcji w instytucjach europejskich. Coś mi się wydaje, że na „znanej platformie streamingowej” się go nie doczekam. A jeśli w ogóle taki powstanie, to zapewne szybko pojawi się insynuacja, że ta cała korupcja to dzieło rosyjskich służb specjalnych i sprawa tylko dla foliarzy. Ważne, że Cygan powieszony.

Michał Góra

Poprzedni artykułKanada chce przekazać Ukrainie majątek rosyjskiego miliardera
Następny artykułZełenski przekonał Amerykanów. Waszyngton przekaże Ukrainie dziesiątki miliardów dolarów