Jak się mogłem przekonać na podstawie rozmów ze studentami kilku roczników – nie wiedzą oni, dlaczego pory roku się zmieniają, toteż łatwo im wmówić, że zmiany klimatu występują na skutek krów, które… pierdzą cieplarnianym metanem – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Jak tu nie wierzyć w reinkarnację? Co prawda przeciwko wierze w reinkarnację przemawia okoliczność, że taki jeden z drugim reinkarnowany nie pamięta nic a nic ze swoich żyć poprzednich, to znaczy – z poprzednich wcieleń – ale z drugiej strony tyle mamy przykładów wcielania się osób dawno zmarłych w osoby żyjące, że nie podobna pozostawić tego bez komentarza.

Na przykład za głębokiej komuny żyła w naszym nieszczęśliwym kraju pani Melania Kierczyńska, o której wspomina w swoim „Dzienniku 1954″ Leopold Tyrmand, jak to wespół z innymi strażnikami wolności słowa, czyli Michnikami epoki stalinowskiej, znęcała się nad książką „niejakiego Konwickiego”. Książka była napisana według wszelkich obowiązujących reguł, kochankowie bzykają się zgodnie z aktualną linią partii, ale co z tego, skoro jednak się bzykają? To się nie podobało pani Melanii, którą Tyrmand charakteryzuje jako rodzaj worka z wyschłych kości i brodawek, która „w życiu wypełnionym walką o socjalizm kutasa widziała tylko w atlasie anatomicznym”. Minęły lata, zmieniło się oblicze świata, nastała transformacja ustrojowa i oto  już w nowym ustroju pojawiło się wcielenie Melanii Kierczyńskiej w postaci nieżyjącej już pewnej pani redaktor, której nazwiska nie wspomnę, bo „de mortuis nihil, nisi bene”, a po drugie – jeden proces mi wystarczy. A oto przykład drugi; za głębokiej komuny była w Polskim Radio dziennikarka nazwiskiem Wanda Odolska, która wespół z redaktorem Stefanem Martyką, zastrzelonym później z wyroku podziemia, prowadziła gadzinową audycję „Fala 49″. Wydaje mi się, że współczesnym jej wcieleniem jest resortowa „Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik, co to wprowadziła w tubylczych mediach głównego nurtu zwyczaj przesłuchiwania i sztorcowania przez dziennikarzy swoich rozmówców. Inni redaktorzy myślą, że tak właśnie trzeba i chociaż na razie jeszcze nie zrywają swoim ofiarom paznokci, to przecież jesteśmy dopiero na początku drogi.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z objawami reinkarnacji nie pojedynczych osób, bo to jeszcze można by znieść, jako że proletariacki poeta Majakowski pisał: „Jednostka? Co komu po niej? Jednostki głosik cieńszy od pisku!”. Obecnie najwyraźniej mamy do czynienia z reinkarnacją całych organizmów politycznych, jak np. Unia Europejska. No a kto się w nią wcielił? A któżby inny, jak nie III Rzesza ze swoim wybitnym przywódcą socjalistycznym Adolfem Hitlerem? Jak powiadają Rosjanie, każdyj durak po swojemu s uma schodit, co sie wykłada, że każdy wariat bzikuje na swój sposób. Jak pamiętamy, Adolf Hitler miał tych bzików aż dwa: Żydzi i higiena. Warto zwrócić uwagę, że na Żydów również patrzył częściowo z higienicznego punktu widzenia, czego ilustracją był popularny w Generalnym Gubernatorstwie plakat: „Żydzi, wszy, tyfus plamisty!”. W tej sytuacji wygląda na to, że głównym bzikiem Adolfa Hitlera była higiena. W imię higieny sam praktykował wegetarianizm i zastanawiał się nad wprowadzeniem zakazu palenia papierosów, cygar i fajek, ale nie zdążył, bo w związku z wojną miał póki co większe zmartwienia, aż w końcu się zastrzelił. Ale wygląda na to, że nie wszystek umarł, bo jego higieniczny bzik nie tylko przetrwał, ale stał się wytyczną postępowania dla milionów ludzi i to ponad granicami. Naśladowcy Adolfa Hitlera tak się rozmnożyli, że wykorzystując mechanizmy demokracji politycznej, obleźli nie tylko instytucje poszczególnych państw, ale również – organizacje międzynarodowe. Oczywiście, podobnie jak i Hitler, oni również ukrywają swego higienicznego bzika pod maską działania dla dobra powszechnego, ale niech nas ten kamuflaż nie zwodzi.

Po pierwsze dlatego, że przesłanki, na których opiera się higieniczny bzik, są – jak to u wariatów – całkowicie fałszywe. Podstawową przesłanką bowiem jest dobrostan „planety”, która cierpi straszne katiusze z powodu „globalnego ocieplenia”, spowodowanego działalnością człowieka. Klimat oczywiście się zmienia i to nawet kilka razy w ciągu roku; po upalnym lecie następuje mroźna zima, ale przyczyną nie jest przecież człowiek, tylko kąt nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki, na co ludzie w ogóle nie mają najmniejszego wpływu. Nie wszyscy to rozumieją, bo – jak się mogłem przekonać na podstawie rozmów ze studentami kilku roczników – nie wiedzą oni, dlaczego pory roku się zmieniają, toteż łatwo im wmówić, że to na skutek krów, które pierdzą cieplarnianym metanem. Ale zmiany klimatu idą przecież jeszcze dalej, o czym świadczą poszczególne epoki geologiczne. Na przykład w epoce kredy, czyli 250 mln lat temu, na Ziemi było ciepło, bo nawet na biegunach nie było czap lodowych, tylko woda o temperaturze co najmniej 4,5 stopnia. Wprawdzie krów nie było, ale były dinozaury, które zapewne pierdziały jeszcze mocniej. To prawda – ale w takim razie dlaczego w następnej epoce geologicznej się oziębiło do tego stopnia, że pojawiły się na biegunach czapy lodowe, a w górach lodowce i wieczne  śniegi, w związku z czym poziom mórz obniżył się o 200 metrów? Ludzi wtedy nie było, więc przyczyna musi leżeć w wpływach kosmicznych, których przedstawienie wykraczałoby poza rozmiary tego felietonu, ale które w jednym ze swoich wykładów przedstawiłem.

Po drugie dlatego, że i cel, któremu bzik higieniczny ma służyć, wydaje się fałszywy. Na Ziemi bywało cieplej już w czasach historycznych, o czym świadczy nazwa „Grenlandia”, ale bywało też zimniej, np. w wieku XVII, kiedy to nastała „mała epoka lodowcowa”. Mimo tych wahań „planeta” nie tylko przetrwała, ale życie też się rozwinęło, w tym również gatunku ludzkiego, czego dowodem jest wzrost jego liczebności. W tej sytuacji zarówno przesłanki bzika, jak i jego cele są fałszywe, podobnie jak nauka, którą Józef Stalin nazywał w swoim czasie „przodującą”. Teraz jedna jest ona w ponownym rozkwicie, a najlepszą tego ilustracją jest fakt uznania niestabilnej emocjonalnie panienki Grety Thunberg, która prawie cały czas nauki szkolnej przewagarowała „w obronie planety”, za najwybitniejszą jej przedstawicielkę.

Ale wariat przecież nie wie, że jest wariatem, toteż nic dziwnego, że mamy do czynienia z absurdalnymi zakazami palenia papierosów nawet na wolnym  powietrzu, ale również kosztownymi i rujnującymi gospodarkę nakazami w rodzaju „Zielonych Ładów”, czy „dekarbonizacji”, którą to klęskę ściągnął na nasz nieszczęśliwy kraj pan premier Morawiecki. No a teraz triumwirat, to znaczy trzy gangi, które sprawują władzę w IV Rzeszy, w jaką przekształca się Unia Europejska: Komisja Europejska, Parlament Europejski i Rada Europejska – „porozumiały się”, by do roku 2035 zakazać produkcji samochodów z silnikami spalinowymi. Oznacza to, że w Europie takie samochody nie będą już produkowane. No a jak ktoś zechce sobie taki samochód sprowadzić np. z Chin, to co? Ano, to czekają go surowe kary nie tylko finansowe, ale – ponieważ pomysłowość w tym zakresie jest nieograniczona – również w postaci skierowania do chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, których załogi będą już odpowiednio uformowane ideologicznie. A ideologiczne uzasadnienie tego wariactwa jest takie, że samochody spalinowe produkują smog, a smog jest odpowiedzialny za otępienie. Tymczasem wydaje się, że otępienie jest spowodowane zupełnie innymi przyczynami, przede wszystkim – z długotrwałym kontaktem z „nauką przodującą”, która w systemie edukacyjnym IV Rzeszy zaczyna dominować, ku zastanawiającej radości, jaką również z tego powodu odczuwa Juderat „Gazety Wyborczej”.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułWódka i zakąska. Maspex wyhoduje nowe odmiany warzyw
Następny artykułRząd zdecydował o lokalizacji elektrowni atomowej w Polsce