Zdecydowana większość długów w polskiej branży meblarskiej to zaległości najmniejszych firm – wynika z danych Krajowego Rejestru Długów.

Pexels.com

Aktualnie długi branży meblarskiej w Polsce wynoszą 125,6 mln zł, czyli o niemal 18 mln zł więcej niż na początku pandemii w marcu 2020 r. Jednocześnie aż 70 proc. tej kwoty to długi jednoosobowych działalności gospodarczych. Mowa tu głównie o zakładach, które sprzedają meble w Internecie lub pod konkretne zamówienia.
– To właśnie one mają największe problemy i popadają w coraz to większe tarapaty. Te małe firmy są bardziej wrażliwe na wahania koniunktury i zatory płatnicze, a pandemia i związane z nią zawirowania gospodarcze tylko pogorszyły ich sytuację finansową. W naszej bazie danych wpisanych jest blisko trzy tysiące takich jednoosobowych działalności gospodarczych, które muszą oddać wierzycielom ponad 90 mln zł – powiedział Adam Łącki, prezes Zarządu KRD.

Średnio jedna firma meblarska ma do spłaty prawie 37,6 tys. zł. Najbardziej zadłużone przedsiębiorstwo z tej branży to spółka jawna z województwa łódzkiego, która musi się rozliczyć z wierzycielami na kwotę sięgającą prawie 3,3 mln zł. Najwyższe zadłużenie mają firmy zarejestrowane w Wielkopolsce, która została uznana za stolicę branży. Długi sięgają tam 20 mln zł. Najmniejsze długi mają firmy z opolskiego (1,6 mln zł).

Co gorsza, prognozy nie są optymistyczne, bo rosną ceny materiałów do wyrobu mebli, co jest skutkiem wymogów polityki ekologicznej, braków w materiałach, ale też wzrostami cen gazu i prądu. To wszystko odbije się na portfelach klientów końcowych, bo będą musieli zapłacić więcej za meble, a więksi przedsiębiorcy stracą na eksporcie.
– Polscy producenci mebli są konkurencyjni na rynku zagranicznym głównie ze względów cenowych. Jednak wzrost kosztów produkcji sprawi, że rodzime produkty cenowo mogą zbliżyć się do europejskich producentów. W Polsce koszty materiałów są obecnie wyższe nawet o kilkaset procent w stosunku do cen sprzed pandemii. Do tego dochodzi koszt transportu komponentów – głównie z Chin, który również podrożał. Jak wynika z kalkulacji firmy B+R Studio, cena energii wzrosła o ok. 60 proc., a wynagrodzenia średnio o 16 proc. To wszystko negatywnie wpłynie na funkcjonowanie całego sektora. Firmy, które mają zaplecze finansowe, będą w stanie przetrwać ten trudny czas. Dużym graczom też łatwiej negocjować ceny u dostawców, ponieważ zamawiają więcej i często znajdują się w grupie strategicznych klientów. W znacznie gorszej sytuacji są mali przedsiębiorcy, którzy z reguły nie mają ani odłożonych środków pieniężnych, ani argumentów do rozmów o cenach – wyjaśnił ekspert Rzetelnej Firmy Andrzej Kulik.