Obawiam się, że o ile dotychczasowa walka ze złowrogim klimatem doprowadziła do kryzysu energetycznego, o tyle nowa rewolucyjna praktyka może doprowadzić do straszliwej katastrofy, podobnej do „zimy nuklearnej” – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Putin, jak się okazuje, dobry jest na wszystko. Nie tylko na inflację, która jest jeszcze jedną jego zbrodnią z całego katalogu, jakich się dopuścił, nie tylko na kryzys energetyczny, który wcale nie jest przecież konsekwencją szaleństwa, jakie opanowało mikrocefali pragnących „ratować planetę”, z niestabilną emocjonalnie panną Gretą Thunberg na czele, ale nawet na zmiany klimatyczne. Nawiasem mówiąc, w szaleństwie, o którym przed chwilą wspomniałem, jest metoda, bo jego najtwardszym i zarazem racjonalnym jądrem jest wypłukiwanie złota z powietrza. Starsi i mądrzejsi najpierw namówili przywódców państw słabszych i głupszych do wyrażenia zgody na ustanowienie limitów emisji dwutlenku węgla, a potem te właśnie państwa muszą od państw silniejszych i mądrzejszych kupować dodatkowe limity, żeby ich energetyka i przemysł w ogóle mogły funkcjonować.

Oczywiście oficjalnym i „naukowo” uzasadnionym pretekstem jest „globalne ocieplenie”, któremu nie wolno się sprzeciwiać, podobnie jak zbrodniczemu koronawirusowi, bez narażania się na utratę przyzwoitości – ale takie „naukowe” uzasadnienia pamiętamy jeszcze z czasów pierwszej komuny. Jak wiadomo, jedną ze stałych właściwości tamtego ustroju były tzw. „przejściowe trudności” z zaopatrzeniem rynku w to czy tamto. Mięsa dotyczyły one zawsze, co znalazło nawet odbicie w literaturze, kiedy to bohater nieśmiertelnego poematu „Towarzysz Szmaciak” w chwili irytacji wykrzykuje: „więc albo dajta im to mięso, albo im też połamta kości!”. Ale czasami zdarzały się też „przejściowe trudności” z masłem. I co się wtedy działo? Wtedy usłużni docenci śpieszyli z ekspertyzami, z których niezbicie wynikało, że jedzenie mięsa albo masła jest głęboko szkodliwe, więc zamiast mięsa trzeba jeść smakołyki z kryla, a zamiast masła – margarynę. „Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna!” – brzmiał slogan łączący dietetykę z antykoncepcją.

Ale bywają sytuacje, kiedy rewolucyjna teoria związana z globalnym ociepleniem musi ustąpić przed rewolucyjną praktyką wynikającą z bolesnego powrotu do rzeczywistości. Ten zaś nastąpił za sprawą złego Putina, który na sankcje wymierzone w Rosję zareagował przykręceniem kurka. Wprawdzie jest coraz cieplej, więc teoretycznie nie powinno być to specjalnie groźne, ale nie można zapominać, że skoro jest ciepło, to jest zimno – i odwrotnie. Tak właśnie się stało w Ameryce, kiedy to po ogłoszeniu rozkazu o globalnym ociepleniu nastały cztery razy z rzędu bardzo srogie i mroźne zimy. Docenci wprawdzie od razu wyjaśnili, że wszystko jest w jak najlepszym porządku; jest zimno, bo jest ciepło – ale na wszelki wypadek przestali trąbić o globalnym ociepleniu, zaczęli natomiast o „zmianach klimatycznych”. Było to bezpieczne, bo klimat rzeczywiście się zmienia, więc z każdą zmianą można „walczyć” – ale oczywiście tak, by starsi i mądrzejsi mogli na tym skorzystać. Więc i teraz nie powinno być strachu: skoro jest rozkaz, że klimat się ociepla, to po co nam ruski gaz? Ale rewolucyjna teoria to jedno, a rewolucyjna praktyka, to inna sprawa. Zatem trzeba było wynająć docentów, żeby dokonali odkrycia w zakresie dwutlenku węgla. I zaraz okazało się, że dwutlenek węgla powstający ze spalania węgla jest śmiercionośnym gazem cieplarnianym, podczas gdy dwutlenek węgla powstający ze spalania gazu ziemnego (CH4), jest gazem szlachetnym – i w ten sposób nastąpił kompromis między rewolucyjną teorią i rewolucyjną praktyką.

Ale widocznie kryzys energetyczny się pogłębia i nie tylko bez gazu, ale nawet i bez węgla czy ropy naftowej trudno będzie się obejść. Jak w tej sytuacji, niechby nawet i za sprawą „grantów” od górnictwa węgla kamiennego, gazu i ropy naftowej, pogodzić rewolucyjną praktykę z rewolucyjną teorią, w myśl której za „zmiany klimatyczne” winę ponoszą „gazy cieplarniane”? Tedy docenci z Instytutu Technologicznego w Massachusetts pośpieszyli z uzupełnieniem rewolucyjnej teorii walki ze zmianami klimatycznymi. Okazało się, że „gazy cieplarniane” to już passe, że rewolucyjna teoria uzupełniona i poprawiona jest całkiem inna – że mianowicie sprawcą zmian klimatycznych jest Słońce. Trudno temu zaprzeczyć, bo jużci; tylko dlatego, że nieznacznie zmienia się kąt padania promieni słonecznych na powierzchnię Ziemi, nastają po sobie pory roku i na przykład po upalnym lecie nadchodzi mroźna zima. No dobrze – ale co z tym fantem zrobić? Na to docenci też znaleźli radę. Trzeba w przestrzeń kosmiczną nad Ziemią wypuścić silikonowe „kosmiczne bańki”, które połączone w chmurę wielkości Brazylii skutecznie chroniłyby Ziemię przed szkodliwym promieniowaniem i wynikającymi zeń złowrogimi „zmianami klimatycznymi”. Wszystko zatem się wyjaśniło, z wyjątkiem tajemnicy, co za firma będzie owe bańki produkowała i po ile wszystkie kraje świata będą musiały się dla niej zrzucić, żeby cały eksperyment przeprowadzić.

Obawiam się, że o ile dotychczasowa walka ze złowrogim klimatem doprowadziła do kryzysu energetycznego, to nowa rewolucyjna praktyka może doprowadzić do straszliwej katastrofy, podobnej do „zimy nuklearnej”. Jak firma zacznie produkować bańki, to naprodukuje ich możliwe jak najwięcej, tyle, żeby wystarczyło ich na przykrycie chmurą Ameryki Południowej, Afryki i Azji, a nawet europejskiej części Rosji – w ramach sankcji wymierzonych w złego Putina. Może to w skutkach okazać się jeszcze gorsze niż melioracja, wskutek której prawie cała woda deszczowa bez przeszkód spływa do morza, wysuszając ogromne obszary lądów.

No dobrze – ale dlaczego właściwie klimat się zmienia? Na trop odpowiedzi na to pytanie naprowadziła mnie wizyta w muzeum dinozaurów w Kanadzie, gdzie obok potwornych gnatów były eksponowane modele Ziemi z różnych epok geologicznych. Okazało się, że w epoce kredy poziom mórz był wyższy od obecnego o 200 metrów, bo nawet na biegunach woda była w stanie płynnym. Musiało być zatem ciepło. Potem z jakiegoś powodu się ochłodziło, bardzo dużo wody zostało uwięzione w czapach lodowych na biegunach, w lodowcach i wiecznych śniegach, więc poziom mórz obniżył się do obecnego. A przecież ani w epoce kredy nie było przemysłu emitującego gazy cieplarniane, ani w epokach późniejszych nikt nie wypuszczał silikonowych baniek, żeby chroniły Ziemię przed promieniowaniem słonecznym. Zatem skąd takie różnice?

Wyjaśnienia dostarcza astronomia. Układ Słoneczny okrąża centrum Drogi Mlecznej, a jedno takie okrążenie, zwane „rokiem galaktycznym”, zajmuje mu 250 mln lat. Układ nasz ma zatem 20 lat galaktycznych. Z uwagi na grawitacyjne oddziaływanie innych gwiazd, Układ Słoneczny nie krąży wokół galaktyki w osi swego ruchu, tylko zatacza wokół niej ogromne kręgi i w rezultacie trajektorię jego lotu można porównać do rozciągniętej spirali. Tedy przez, dajmy na to, 100 mln lat przechodzi przez obszar czystej próżni, kiedy nic nie hamuje dopływu promieni słonecznych do Ziemi, więc jest ciepło. Ale potem, w trakcie następnych 50 lub 80 mln lat, trafia na obszar trochę zapylony, wskutek czego pół procenta lub nawet 1 procent słonecznego promieniowania do Ziemi nie dociera, i robi się chłodno, albo nawet lodowato. Ale, jak widzimy,  te zmiany klimatyczne są powodowane przez potężne siły, na które człowiek nie ma i nigdy nie będzie miał wpływu, ani nie mają one nic wspólnego z ludzką aktywnością na Ziemi. Ale za to nikt żadnych „grantów” dawał nie będzie, bo z tego nie da się wycisnąć żadnej forsy, natomiast z „gazów cieplarnianych”, których „limitami” można handlować – jak najbardziej. Dlatego właśnie walczymy z klimatem.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułLewica proponuje maksymalne marże na stacjach
Następny artykułTarcza 2.0 PFR. Ile środków z pomocy zostanie umorzonych?