Mówi się o nim od kilku lat, a rząd chciałby, by wszedł z początkiem 2021 roku. Ministerstwo Finansów liczy jeszcze tylko na przychylny wyrok TSUE w tej sprawie. Nowa danina ma w założeniu pomóc małym sklepom, wyrównując ich szansę na rynku, na którym królują dyskonty.

Podatek od sprzedaży detalicznej, czyli tzw. podatek handlowy, w założeniu ma ratować małe sklepy. Ale nie jest żadną tajemnicą, że budżet centralny, nadszarpnięty koronakryzysem i związanymi z nim kosztownymi obostrzeniowymi „zwrotami sytuacji” i lockdownami, potrzebuje pilnego zasilenia. Ministerstwo Finansów szacuje, że nowa danina przyniesie około 1,5 mld zł wpływów do budżetu rocznie.

Faktem jest, że konkurencja między drobnymi placówkami handlowymi a coraz silniejszymi dyskontami, którym na dodatek oszczędzono lockdownu, jest nierówna. Jej wykoślawienie wyraźnie przyczynia się do bankructw tych pierwszych.

„Dyskonty na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat wzrosły z 10 proc. udziału rynkowego do 33 proc.” – podaje w swoim najnowszym komunikacie Polska Izba Handlu (PIH). Izba informuje, że równocześnie znacząco spada liczba innych sklepów, a dotyczy to głównie małych, niezależnych placówek. Dane firmy badawczej Nielsen, na które powołuje się PIH, nie pozostawiają złudzeń – tylko w pierwszym półroczu tego roku, z mapy Polski zniknęło ponad 1,2 tysięcy małych sklepów spożywczych. W tym samym czasie otworzono 128 nowych placówek dyskontów. Stawiać to może małe sklepy w sytuacji głębokiego kryzysu.

Odkładany podatek

Podatek od sprzedaży detalicznej był odkładany już wielokrotnie. Polska ustawa, która miała go wprowadzić, została przyjęta jeszcze w 2016 roku. Komisja Europejska (KE) wyartykułowała jednak zastrzeżenia co do samej konstrukcji przyszłego podatku. Obawiała się, że faworyzowanie małych sklepów mogłoby okazać się niedozwoloną pomocą publiczną. Wiosną 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), nie zgadzając się z decyzją KE uznał, że polskie przepisy o podatku od handlu nie naruszają prawa unijnego. Od tego wyroku KE jednak się odwołała. W efekcie sprawa podatku została zamrożona do lipca bieżącego roku, a następnie, z powodu pandemii, odroczona do końca tego roku.
Teraz jest szansa na to, że podatek zacznie obowiązywać w roku przyszłym.

– Jesteśmy bardzo dobrej myśli i oczekujemy pozytywnego wyroku (TSUE – przyp. aut.) w perspektywie pierwszych miesięcy przyszłego roku. Jeśli żadne działanie legislacyjne nie zostanie podjęte, bo ten podatek został zawieszony na rok 2020, to od 1 stycznia 2021 roku będzie on płacony przez sklepy wielkopowierzchniowe – mówił w senacie wiceminister finansów Jan Sarnowski.

Przychylną nowej polskiej daninie opinię wyraziła Juliane Kokot, pełniąca funkcję rzecznika TSUE. Stwierdziła, że podatek nie narusza prawa unijnego w obszarze pomocy publicznej. Enuncjacje rzecznika TSUE zwyczajowo pokazują kierunek, w jakim kształtuje się sam wyrok TSUE.

Ministerstwo, artykułując tę kwestię tak, jak to zostało wyżej zacytowane, zdaje się jednak samo sobie zaprzeczać. Skoro czekamy jeszcze na ostateczny wyrok TSUE, który najpewniej do końca tego roku nie zapadnie, to jaka jest szansa na wejście w życie nowego podatku z początkiem 2021 roku? Nikła. Chyba, że obowiązywałby on wstecz.

Kto zapłaci?

Podatek ma obejmować sprzedawców. Zapłacą go te sklepy stacjonarne, które osiągnęły w danym miesiącu przychód ze sprzedaży detalicznej na kwotę ponad 17 mln zł. Ustawa zakłada jednak pewne wyjątki. Limit ten nie dotyczy m.in. sprzedaży leków, energii elektrycznej oraz niektórych paliw.

Nie wszyscy jednak pozytywnie oceniają tę ustawę; na przykład Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji (POHiD) ostrzega, że wprowadzenie nowego podatku będzie skutkować wzrostem cen w sklepach, bo dyskonty przerzucą go na klientów. Może to przynieść też kolejny impuls inflacyjny.

Jeśli tak miałoby się stać, jest jeszcze czas, by na nowo pochylić się nad konstrukcją ustawy. Już głównie pod tym konkretnym kątem.