Zbrodniczy koronawirus przestał już robić wrażenie, toteż pierwszorzędni fachowcy od wytwarzania masowych nastrojów skwapliwie skorzystali z toczącej się na Ukrainie wojny, by kontynuować tresowanie nas do zachowań stadnych, tylko już nie pod pretekstem paniki medycznej tylko moralnego oburzenia – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny – powiadają militaryści. Kto by pomyślał, że ta maksyma zacznie się sprawdzać na naszych oczach? O ile przed wojną na Ukrainie ludzkość tresowana była przez pierwszorzędnych fachowców od wytwarzania masowych nastrojów do zachowań stadnych w postaci paniki wzbudzanej z powodu obecności zbrodniczego koronawirusa, o tyle teraz koronawirus najwyraźniej przestał robić na ludzkości wrażenie i nawet pan minister Niedzielski, który wcześniej, z pomocą swoich utytułowanych pomocników, wszystkich nas nie tylko by pozamykał, ale w dodatku zakorkował i pozaszywał, teraz powiada, że do koronawirusa powinniśmy się „przyzwyczaić” jak do zwyczajnej grypy. To oczywiście bardzo ładnie, chociaż warto zapytać, że skoro sprawy tak się mają, to dlaczego nie zaczęliśmy przyzwyczajać się do koronawirusa od początku, nie powodując tylu szkód gospodarczych, społecznych i nawet psychicznych? Potwierdza to podejrzenia, że poprzednia tresura z medycyną tak naprawdę niewiele miała wspólnego, albo nawet nic – tylko służyła do osiągnięcia zupełnie innych celów, o których również i dzisiaj nie zostaliśmy poinformowani.

Ale, jak wspomniałem, zbrodniczy koronawirus przestał już robić wrażenie, toteż pierwszorzędni fachowcy od wytwarzania masowych nastrojów skwapliwie skorzystali z toczącej się na Ukrainie wojny, by kontynuować tresowanie nas do zachowań stadnych, tylko już nie pod pretekstem paniki medycznej tylko moralnego oburzenia. Tresurze sprzyja krótka pamięć, bo w przeciwnym razie pojawiłyby się pytania, dlaczegóż to nie demonstrowaliśmy moralnego oburzenia, kiedy prezydent Kennedy zorganizował inwazję w Zatoce Świń, ponieważ Fidel Castro znacjonalizował na Kubie amerykańskie przedsiębiorstwa, ani wtedy, gdy Kongres USA przyjął doktrynę „uderzenia prewencyjnego”, na mocy której Stany Zjednoczone przyznały sobie prawo „przeprowadzenia inwazji na dowolne państwo i w dowolnym czasie”, jeśli tylko amerykański rząd dojdzie do wniosku, że tego wymaga interes USA i zaraz z tego pozoru legalności skorzystały, rozpętując tzw. II wojnę w Zatoce Perskiej pod pretekstem, że Saddam Husajn ma broń masowej zagłady?

Na szczęście ludzie mają krótką pamięć, toteż takich pytań nie tylko nikt nie zadaje, ale nawet o nich nie pomyśli z obawy, że zostanie napiętnowany jako ruski agent. Dzięki temu nawet „portal poświęcony”, czyli pobożna „Fronda” z satysfakcją donosi o jakiejś babuszce, która ruskich sołdatów poczęstowała zatrutymi pasztecikami, od czego wszyscy, poza jednym, któremu udało się uratować, umarli. Wprawdzie Pan z Nieba nakazywał miłować nieprzyjaciół, ale kto by się tam przejmował takimi głupstwami, kiedy Pan z Waszyngtonu zachęca nas do całkiem innych zachowań?

Toteż pan premier Morawiecki wraz z Naczelnikiem Państwa, w którego głowie „koncepcje” zaczynają lęgnąć się niczym u Kukuńka, wpadł na pomysł, by zmienić konstytucję w ten sposób, żeby wydatki na wojsko wyciągnąć spod wszelkich limitów, żeby konfiskować prywatne mienie obywateli rosyjskich mieszkających albo mających nieruchomości na terenie Polski, no i nacjonalizować prywatne polskie przedsiębiorstwa robiące interesy w Rosji. Najwyraźniej żaden z autorów tej „koncepcji” nawet nie pomyślał, by skorzystać z okazji, że Pan z Waszyngtonu przyjeżdża do Warszawy i poprosić go, że skoro chce wzmacniać wschodnią flankę NATO, a Polska, wychodząc temu naprzeciw, właśnie przyjęła ustawę o obronie Ojczyzny przewidującą rozbudowę armii do 300 tys., żeby Stany Zjednoczone uzbrojenie tych dodatkowych 200 tys. żołnierzy sfinansowały. Polska nic tu nie ryzykuje, bo jeśli prezydent Biden by odmówił, no to gorzej przecież nie będzie. Ale wystąpienie z taką propozycją mogłoby okazać się groźne i dla Naczelnika Państwa, i dla jego pretorian, bo Pan z Waszyngtonu mógłby ich w jednej chwili zdmuchnąć jak gromnicę, a na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej w charakterze jasnego idola osadzić pana Szymona Hołownię. Toteż obawiam się, że ani pan prezydent Duda, który wobec Naszego Największego Sojusznika jest wyjątkowo nieśmiały, ani żaden inny Umiłowany Przywódca się na to nie odważy i w ten sposób stworzona przez wojnę okazja przeleci nam koło nosa.

A skoro tak, to nie ma rady – trzeba będzie zadłużać państwo u lichwiarskiej międzynarodówki ponad wszelkie limity, które w dodatku dla ludzi z nomenklatury stanowią przyczynę udręki. Gdyby wydatki wojskowe na poziomie 3 proc. PKB, czyli na poziomie 85–90 mld zł wymknęły się spod wszelkich limitów, to nawet z samego kurzu, który podnosi się przy przeliczaniu takich pieniędzy, można wykroić mnóstwo fortun i założyć wiele starych rodzin. Słowem – i „bezkarność plus” i dostęp do skarbów Sezamu. Sam rząd „dobrej zmiany” tego nie zje, to znaczy – zjadłby, jak najbardziej – ale przezorność nakazuje podzielić się ekspektatywami z opozycją, bo bez niej zmiana konstytucji się nie dokona. Trudno, by w tej sytuacji ktokolwiek jeszcze rozważał złożenie wspomnianej wyżej propozycji prezydentowi Bidenowi.

Ale wobec tylu gąb, które trzeba będzie umoczyć w melasie, nawet i te 90 mld zł mogą okazać się niewystarczające, więc dzięki wojnie możemy zaczerpnąć z jeszcze jednego źródła, jakim są prywatne majątki Rosjan. Niektóre być może są całkiem spore, dzięki czemu i cnota obywatelska zostanie odpowiednio wynagrodzona i żadnych wyrzutów sumienia nie będzie, boć to przecież trofiejne mienie nieprzyjacielskie. No dobrze, ale skoro już dopuścimy możliwość konfiskowania prywatnego mienia Rosjan, którzy w dodatku pewnie skrycie, albo nawet jawnie sprzyjają Putinowi, właśnie uznanemu przez Senat USA za „zbrodniarza wojennego” – chociaż przecież robi to samo, co w Iraku robił prezydent Obama, który dostał za to pokojową nagrodę Nobla. Takich obrabować to nie grzech, to nie tylko zasługa, ale i moralny obowiązek.

A skoro tak, to dlaczego ograniczać się tylko do Rosjan? A Polacy to święci? Przecież wśród nich aż się roi od ruskich agentów, których odpowiednio zachęceni „sygnaliści” wytropią pod każdym krzakiem. Tych trzeba wyszlamować tym bardziej, bo kto im kazał być ruskimi agentami? No a ci przedsiębiorcy, którzy robią interesy w Rosji, to co? Który z nich nie jest ruskim agentem? Z pewnością każdy, a w tej sytuacji chronienie ich przed konfiskatą byłoby niewybaczalnym błędem, bo mogłoby doprowadzić do komplikacji w tresurze moralnego oburzenia, które przecież musi być przyjęte powszechnie i bez zastrzeżeń. I pomyśleć, że tyle dobra można osiągnąć dzięki wojnie? Toteż korzystajmy z niej, bo jak już wszystkich obrabujemy, to pokój będzie straszny.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułBGK aktywnie wspiera małe i średnie firmy
Następny artykułPracodawcy apelują w sprawie Białorusinów