Rok 2021 – niewielki, wiejski lub małomiasteczkowy sklep. Czy ma szansę przeżycia? Jeśli mu nie pomożemy, ta szansa w starciu z sieciowymi potentatami jest minimalna.

przetrwanie małych sklepów - grafika wpisu

Trochę wyliczeń, by mieć choć podstawowe pojęcie, o czym mówimy. Ile kosztuje prowadzenie takiego biznesu, najczęściej rodzinnego? Ile musi taki punkt handlowy zarobić, aby opłacało się mu funkcjonować?

Po pierwsze właściciel musi wynająć od gminy lokal za 1,5 tys. zł netto, bo za mniej na ogół się nie da. No chyba, że dysponuje własnym lokalem i sklepik jest urządzony w części domu, w którym mieszkają właściciele.
Zatrudniona zostaje jedna osoba na cały etat, zazwyczaj ktoś z właścicieli, kto wypłaca sobie średnie krajowe wynagrodzenie. W tym przypadku niech będzie to, dla równego rachunku, 5 tys. zł (brutto).
Dodatkowy pracownik, zakładając, że jest zatrudniony na pół etatu (a taki wymiar czasu zwykle wystarczy dla obsługi małego sklepu) otrzymuje połowę średniego wynagrodzenia, a więc musi zarobić co najmniej 2,5 tys. zł brutto, albo pójdzie pracować do najbliższej sieciówki czy gdziekolwiek indziej.

Koszty – kilkanaście tysięcy miesięcznie

Właściciel odprowadza także co miesiąc, za siebie i pracownika, ok. 2 tys. zł na ZUS/NFZ/zaliczka PIT.
Co miesiąc też trzeba zapłacić za media, tj. zużycie prądu (lodówki, zamrażarki, klimatyzacja itp.), zużycie wody, za ogrzewanie oraz za wywóz śmieci – około 1 tys. zł. Transport towaru z odległej czasem hurtowni, czyli koszt paliwa plus koszty serwisu auta i przeglądy okresowe, to kolejny tysiąc do wydania.
Za prowadzenie księgowości trzeba zapłacić ok. 700 zł. I nie chodzi tu o liczbę faktur do wystawienia, tylko o podwyższoną, w stosunku do jednoosobowej działalności gospodarczej, opłatę za prowadzenie firmy-płatnika VAT i z tytułu rozliczenia pracownika.
Dalej – koncesja na alkohol kosztuje 270 zł, albo 3250 zł rocznie na wszystkie wyroby alkoholowe. A bez alkoholu sklepik ma nikłe szanse na przeżycie. Inne opłaty eksploatacyjne typu serwis kas i wag, to dajmy na to 30-50 zł miesięcznie, więc możemy je pominąć.

W sumie wychodzi 13,9 tys. zł miesięcznie samych kosztów do poniesienia przy prowadzeniu sklepiku. Tyle co najmniej właściciel musi zarobić “na czysto”, aby wyjść na tzw. zero, czyli bez zysku oraz bez straty – przy średniej marży na produktach na poziomie 30 procent.
A jeszcze trzeba mieć na uwadze to, że przecież ludzie w takich sklepikach często pytają się o możliwość zakupu „na zeszyt”.

Oddajemy zagranicy

To my sami w dużym stopniu zabijamy małe sklepiki. Gdzie odpływa duża cześć zysków z zakupów Polaków? Do Niemiec – poprzez markety Lidl, Kaufland, Aldi, a także do Francji – dzięki naszym masowym wycieczkom do Auchan, Carrefour czy Intermarche i E.Leclerc.
Portugalia (koncern Eurocash) odnosi ogromne korzyści z Biedronki, Lewiatana, ABC, 1Minute, Delikatesów Centrum, Groszka i Mili.
Netto to z kolei Duńczycy; właścicielem sieci jest duński koncern Salling Group. A dominującym udziałowcem Żabki jest obecnie CVC Capital Partners, jedna z największych, globalnie działających firm private equity i doradztwa inwestycyjnego.
Na Litwę natomiast oddajemy nasze pieniądze poprzez sieć Stokrotka.

Polskie sieci natomiast to: DINO, PSS Społem, Polo Market, Arhelan, Wafelek, Vollmart, Max&Xsawier, Justynka i Chata Polska. No i polskie są oczywiście wciąż walczące o przetrwanie małe sklepiki osiedlowe czy wiejskie, których koszty powyżej wykazaliśmy.
Państwo nie obroni za nas tych sklepików. Nawet, gdyby chciało. W miarę możliwości, sami wybierajmy więc polskie marki!