Być może potwierdzają się ostrzeżenia najbardziej niesławnych sceptyków, choćby cytowanego przez „Financial Times” szwedzkiego epidemiologa Andersa Tegnella, że państwa europejskie same wepchnęły się w nieustający cykl zamknięć, otwarć i znowu zamknięć, co męczy przedsiębiorców i obywateli bardziej nawet niż permanentna blokada – pisze prawnik Michał Góra, w gościnnym felietonie na serwisie fpg24.pl.

W literaturze częsty jest motyw władcy, który popada w szaleństwo i w konsekwencji wpycha zarówno siebie, jak i swoich poddanych w chaos i biedę. Nie pomaga nawet to, że zamyślony, pogrążony w chorobie król ze spuszczoną głową i nieobecnym wzrokiem przysłuchuje się obradom rady magów. Obrazu, jak z brytyjskiej mitologii, dopełnia zresztą to, że ciało doradcze brytyjskiego rządu rzeczywiście nazwano SAGE, co oznacza po prostu „mędrca”. Szaleństwo współczesnych panów ma różne oblicza. Może to być syndrom całkowitego wyparcia zagrożenia i potraktowania nowej choroby jako „grypki”, czy też namawiania obywateli do zawierzenia wyłącznie modłom w celu odpędzenia wirusa. Zdarza się też mania utrzymywania za wszelką cenę środowiska zero COVID, co wiąże się z brutalnym reagowaniem na choćby jeden przypadek lokalnego zakażenia. Polskim politykom bliżej jednak jest do cyklofrenii.

Okazuje się, że na początku lutego – najwyraźniej w przypływie epizodu maniakalnego – Prezes Rady Ministrów zapowiedział rozluźnienie restrykcji i szersze otwarcie placówek handlowych, hoteli oraz niektórych instytucji sportu i kultury. W jakiejś mierze było to zapewne spowodowane narastającym buntem przedsiębiorców i malejącym poparciem społeczeństwa dla najdalej idących ograniczeń. Rząd zastrzegł co prawda, że otwarcie jest „warunkowe”, ale samo to określenie wydało się komentatorom groteskowe.

Być może potwierdzają się ostrzeżenia najbardziej niesławnych sceptyków, choćby cytowanego przez Financial Times szwedzkiego epidemiologa Andersa Tegnella, że państwa europejskie same wepchnęły się w nieustający cykl zamknięć, otwarć i znowu zamknięć, co męczy przedsiębiorców i obywateli bardziej nawet niż permanentna blokada. Nie sposób nie zastanowić się jednak, czy umiarkowanie zamożne państwa, położone tranzytowo w środku kontynentu, stanowiącego w istocie jeden organizm polityczny i mechanizm naczyń połączonych, byłyby w stanie wytrzymać długotrwałą i ścisłą kwarantannę. Trudno powiedzieć, ale na horyzoncie widać już fazę depresyjną choroby polskiego rządu. W wywiadzie udzielonym dziennikarzom Dziennika Gazety Prawnej potwierdził to minister zdrowia, który zapowiada prawdopodobny „powrót do większych ograniczeń”.

Nic dziwnego, że powariowali i obywatele. Jedni się buntują, otwierają firmy pomimo zakazów i wysyłają do dostatecznie już przeciążonego sanepidu nachalną korespondencję. Drudzy odmawiają wznowienia „warunkowej” działalności, pomimo formalnego przyzwolenia, dostrzegając najwyżej, że nie ma to większego sensu. A najbardziej cierpi na tym podzielony naród, który toczy już nie tylko choroba ciała, ale chyba i ducha.