Kto żyw importuje i produkuje maseczki „antywirusowe”, bo według nowego zalecenia nieskuteczne już chusty i szaliki trafią do szuflady. W miarę – jak to określił jeden z ministrów – „profesjonalizacji osłon twarzy” i wprowadzania nowych rygorów, rośnie popyt na środki mające chronić przed zarazą. Liczy się nie tylko ilość dostarczanego towaru, ale przekonanie użytkowników do tego, że konkretne maseczki są bezpieczne, wygodne i rzeczywiście zabezpieczają przed wirusami.

To jest już poważny segment biznesu. Trudny nawet do oszacowania, bo maseczki, rękawice i inne środki ochronne, sprzedawane są także w szarej strefie. Mówmy raczej o miliardach, nie o milionach złotych obrotów. „Maseczki schodzą lepiej niż najbardziej popularne narkotyki, a ryzyko żadne” – tak to określa jeden ze śląskich biznesmenów.

Znana z biznesu wystawienniczego firma Ptak Holding ma też, ponoć największą w Europie, fabrykę maseczek. Jej produkcja „sterylnych” i „niesterylnych” masek chirurgicznych ma sięgnąć nawet 2 milionów sztuk na dobę(!).
Również Ciech, kontrolowany przez Sebastiana Kulczyka, z werwą ruszył do produkcji; w tym przypadku maseczek filtrujących. Co prawda filtrują one głównie szkodliwe substancje zawarte w dymie smogowym a nie wirusy, ale bydgoski zakład, produkujący na co dzień pianki poliuretanowe do przemysłu meblarskiego, wypuści na rynek do 50 tysięcy maseczek dziennie. Problemu ze zbytem nie będzie. Zawsze jest też smog.
Pewien katowicki przedsiębiorca ściąga maski od Rosjanina, który swoją fabryczkę ma pod Moskwą. Stamtąd podobno taniej. Zamówienia na 100 milionów maseczek poszło, już w zeszłym roku, do Uzbekistanu. Na 200 milionów – do Dubaju. Na początek 20 milionów trafiło na polski rynek. Po wszystkich nie ma już śladu.

Odzieżówka się ratuje

Produkcją maseczek wspierają się także polskie zakłady odzieżowe. Kamil Kurowski z firmy Almax produkującej wcześniej tylko odzież mówi, że musi szyć maseczki i fartuchy, by przetrwać. Jego możliwości produkcyjne przekroczyły już 100 tysięcy maseczek tygodniowo. Trafiają mu się klienci także z innych krajów UE, np. z Belgii. Jego materiałowe maseczki podobno są nie tylko bezpieczne ale i wielokrotnego użytku. – Po wielu praniach mają nie przepuszczać cząsteczek koronawirusów – obiecuje producent, powołując się na badania Politechniki Łódzkiej.

Morderczyni drobnoustrojów

Działająca od kwietnia ub.r. spółka LSP Life oferuje maseczki „samoodkażające się”. Bazują na szwajcarskiej NanoTechnology Livinguard, która ponoć zabija wirusy i bakterie aż przez 48 godzin od założenia maseczki. – Technologia polega na osadzaniu na powierzchni tkaniny dodatniego ładunku polikationowego, więc gdy mikroby wejdą z nią w kontakt, komórka drobnoustroju, która jest naładowana ujemnie zostaje zniszczona – zaświadcza prof. dr Uwe Rösler, dyrektor Instytutu Higieny Zwierząt i Środowiska Freie Universität Berlin. Czy to ma sens? Nie nam oceniać.

Także ekologicznie

Znajdzie się też coś dla wrażliwych ekologicznie. Wszak trzeba coś robić z tonami zużytych szmatek. Francuski startup Plaxtil szczyci się unikatową technologią tworzenia plastikowych przedmiotów z tekstyliów. – Zużytych masek nie trzeba palić, można poddać je recyklingowi i zrobić coś z tego materiału – twierdzi Olivier Civil, współzałożyciel firmy, w serwisie africanews.com.

Jeszcze w połowie ubiegłego roku – jak przebadał CBOS – maski w przestrzeni publicznej nosił tylko jeden procent badanych. Trzy miesiące później – już 78 procent. Naukowcy z Wuhan i Singapuru przebadali m.in. psychologiczne skutki ogłoszonej w zeszłym roku pandemii. Wśród polskich respondentów zanotowano wyższy niż u Chińczyków poziom stresu, lęku i nasilenie stanów depresyjnych. Czy się więc nam to podoba, czy nie; czy trzeba, czy nie trzeba, maseczki Polacy nosić będą, a powstały wokół nich biznes będzie się kręcił.