Przeglądam swoje starsze felietony i wyłania się z nich pewien obraz. Przytłoczenia negatywnymi zjawiskami, z jakimi musimy się zmagać, ale też – przeważnie niezłe ich przezwyciężenie, albo przynajmniej zdolność do kontynuowania wyścigu z rzeczywistością. Ten jednak męczy i może prowadzić do braku optymizmu. A optymizm akurat jest nam dziś potrzebny i to bardzo. Musi być też przy tym podszyty realizmem, nie głupkowatością i wiarą w niemożliwe.

Nie jestem szczególnie oryginalny w swoim postrzeganiu roli felietonisty. Jest to człowiek, który obserwuje rzeczywistość i „przepuszcza” ją przez filtr swoich poglądów i przemyśleń, w ten sposób dzieląc się swoimi opiniami z innymi. Jest to tak naprawdę bardzo rynkowy zawód. Cudze opinie można bowiem chcieć poznać albo i nie, więc czytelnik ma prawo decydować: swoim czasem, uwagą, poziomem skupienia. Trzeba zostać wybranym, wygrać z alternatywami. Nagrodą jest możliwość powiedzenia komuś czegoś, także o sobie i swoich poglądach, bo felietonista staje się niejako kolorową szybą w oknie. Akcentuje pewne zjawiska, inne pomija – bo na przykład nie są one dla niego ciekawe. Kiedy pisze, to dzieli się opiniami, ale na temat faktów. Wybranych zdarzeń, zjawisk. Opiniotwórcza rola felietonisty nie istnieje więc w oderwaniu od rzeczywistości.

A ta wyraźnie zwalnia i jednocześnie przyśpiesza. Przyśpiesza w polityce, dynamizuje się i to szczególnie od lutowego ataku Rosji na Ukrainę. Powoli wyłania się przestrzeń, w której prędzej czy później ktoś będzie musiał usiąść do stołu. Od bardzo wielu czynników będzie jednak zależeć, kto przy tym stole będzie miał jakie karty.

Zwalnia za to w gospodarce. Niedźwiedź w polityce i na wojnie może i mocno oberwał, ale zupełnie inny niedźwiedź budzi się ze snu na giełdach. I przegania byka. Zaczynają się chude lata, a to oznacza nowe strategie bogacenia się, bo będą nieliczni, którym ta sztuka świetnie wyjdzie, jak i nie dania się, zachowania możliwie najwięcej przed piraniami bessy i kornikami inflacji, systematycznie podgryzających nasze inwestycje i oszczędności. Przydałyby się zresztą nowe komunikaty wysyłane przez Alert RCB, szczególnie podoba mi się w nich powtarzający się przy okazji ulew i porywistych wiatrów fragment brzmiący „zabezpiecz dobytek”. Dokładnie to samo można powiedzieć teraz. Zabezpiecz dobytek, bo idzie inflacja, stagnacja, bessa i w dodatku polityczna niepewność. Jakoś jednak trzeba im stawić czoła i warto zacząć od siebie. Przejrzenia rejestru atutów, wyszukaniu wsparcia lub potencjalnego wsparcia w sieci kontaktów. Ważne jest też nastawienie. Świadomość, że kryzys to nie jest apokalipsa i podobieństwo czterech zagrażających nam zjawisk do czterech jeźdźców jest zrządzeniem przypadku. To bardziej coś jak zima, po której przychodzi wiosna.

Optymizm to jest właśnie to, co szczególnie się teraz przyda. Nie chodzi jednak o ten jego rodzaj, który można ująć w raportach makroekonomicznych, gdzie jako agregat mówi on nam o tym, jak bardzo konsumenci są przerażeni sytuacją, albo wprost przeciwnie, na ile dobrze im się żyje i w związku z tym jak rzutują teraźniejszość na przyszłość. Chodzi o optymizm jednostkowy, jeszcze przed włączeniem go w jednolity dla wszystkich wskaźnik. Chodzi o taki optymizm, który pomoże każdemu zmagać się z przeciwnościami. Znaleźć jakieś swoje atuty, może nietypowe. Ale pozwalające względnie suchą stopą stąpać pomiędzy nadchodzącymi przeciwnościami losu. Które zresztą tak naprawdę się zaczęły.

Jaka jest tutaj rola felietonisty? W jakiś sposób on też musi być optymistą. Powinien wskazywać, że kryzysy są cykliczne i choć nigdy nie ma na nie dobrego czasu, to czas, jaki mamy, po prostu jest i kryzys też kiedyś się skończy. Trudno w to uwierzyć, tym bardziej jeśli ten dopiero się zaczyna i kolejka górska jeszcze przed nami. Ale tak przecież będzie.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułPrezes Ad Arma: Polska straciła status suwerenny
Następny artykułMinimalny CIT odroczony. Nowelizacja w konsultacjach