Nie tylko przebieg kryzysu wywołanego koronawirusem, ale i działania rządów w czasie walki z nim są do siebie bardzo podobne. Podobne są też proponowane działania sanacyjne na okres po pandemii. Gdy spojrzymy na przykład na Niemcy, aż chce się zakrzyknąć: skąd my to znamy?

polska vs niemcy w koronkaryzysie - grafika wpisu
fot. geralt/Pixabay.com

To, że także najzamożniejsza gospodarka Eurolandu – Niemcy – jest w poważnym kryzysie wywołanym perturbacjami rynkowymi w efekcie COVID-19 od dawna nie jest tajemnicą. Olaf Scholz, obecny minister finansów oraz kandydat SPD na kanclerza (SPD jest obecnie w koalicji z CDU-CSU) zbulwersował wielu Niemców. Chętnie mówi bowiem o podwyżkach podatków, potrzebnych na walkę ze skutkami koronakryzysu. Chce opodatkować majątki Niemców, jest też za zwiększeniem biurokracji, która i tak jest u naszych zachodnich sąsiadów niezwykle rozdęta.
Tymi deklaracjami w oczywisty sposób niepokoi właścicieli małych i średnich przedsiębiorstw, ale także osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą i wielu młodych ludzi.

Z tego faktu wynika dla nas jedna rzecz – Polska w czymś w sposób niekwestionowany wyprzedziła Niemcy. Tam się dyskutuje o podwyżkach podatków czy parapodatków – u nas już się je wprowadza; pod osłoną ogłaszanych uroczyście i z wielką pompą planów odbudowy gospodarki.

Zapotrzebowanie na optymizm

W szeregach kierowników gospodarki – w Polsce jak i w innych krajach europejskich poturbowanych koronakryzysem – bardziej wydaje się być potrzebny dyżurny optymizm niż straszenie podatkami. Bez niego nie da się niczego przeprowadzić omijając duże sprzeciwy społeczne.
Peter Altmaier, niemiecki minister gospodarki, z jednej strony nie pozostawia suchej nitki na „malkontenckim” szefie resortu finansów, z drugiej zaś jest przekonany, że „niemiecka gospodarka wzrośnie już w tym roku od 3 do 4 procent, a w 2022 roku Niemcy osiągną ponownie swoją dawną siłę”. Upust temu przekonaniu dał właśnie na łamach niemieckiego dziennika „Bild”, który – co jest w tym kontekście dość znamienne – zawsze uchodził za filar prasy brukowej.

Urzędowy optymizm i znane także Polakom samochwalstwo płynie też z innego stwierdzenia ministra Altmaiera: „Dzięki 100 mld euro wpompowanym w gospodarkę zapobiegliśmy dużej fali upadłości i zachowaliśmy miliony miejsc pracy” – powiedział w wywiadzie. Skąd my to znamy? Różnica pomiędzy sytuacją niemieckiej i polskiej gospodarki nie polega jednak tylko na wielkości pomocy, jaką otrzymały firmy. Niemiecki minister zapowiada kolejną transzę wsparcia dla przedsiębiorców, która jednak mogłaby zostać uruchomiona dopiero wtedy, gdy już ostatecznie cała gospodarka zostanie odmrożona. Żeby jednak tak się stało, większość populacji musi zaszczepić się przeciw COVID- 19.

Szczepcie się!

Z kolei w piśmie „Rheinische Post” Altmaier opowiada o niemieckiej akcji masowych szczepień na koronawirusa, wyrażając wyraźne niezadowolenie z jej przebiegu. Od 7 czerwca br. mają w nią zostać aktywnie zaangażowani także lekarze opiekujący się niemieckimi firmami. Do tej pory bowiem tylko 36 procent Niemców otrzymało przynajmniej jedną dawkę szczepionki. Te dane, rzecz jasna, nie cieszą niemieckiego rządu. Zapowiada on przyspieszenie szczepień – pod groźbą nadejścia kolejnej fali epidemii.

Jeśli pracować, to hybrydowo?

Okazuje się też, że niemieccy przedsiębiorcy „zasmakowali” w pracy hybrydowej. Z badań berlińskiej Izby Przemysłowo-Handlowej, potwierdzonych przez ubiegłoroczny jeszcze raport Ministerstwa Pracy i Spraw Socjalnych wynika, że blisko połowa przedsiębiorstw w Niemczech będzie chciała w postpandemicznej rzeczywistości połączyć pracę biurową z „domową”. Twierdzi się teraz, że zwiększa ona wydajność pracowników, którym w lwiej części podoba się praca online, przede wszystkim ze względu na możliwość elastycznego kształtowania czasu pracy.

Czekamy teraz na wyniki najnowszych polskich sondaży. Będziemy też dalej obserwować inne kraje – nie tylko naszych bezpośrednich sąsiadów – jak radzą sobie ze zjawiskiem zwanym pandemią.