Najbardziej w odbudowie Ukrainy pomogą ci, którzy sami są zdolni osiągać jak najwyższy zysk. A ten jest domeną dużych, prywatnych przedsiębiorstw. Polski ekosystem polityczno-prawny nie zapewnił jednak warunków dla wytworzenia się u nas odpowiedniej masy krytycznej takich firm.

Deklaracja podpisana w Lugano może być przedwczesna – co do szczegółów. W swoim ogólnym zarysie będzie jednak najpewniej obowiązywać. Można ją skrócić do stwierdzenia, że ci, którzy pomagają bronić Ukrainy, będą ją też odbudowywać, a zadaniem rządu w Kijowie będzie im w tym pomóc. Co ważne, ta pomoc ma ograniczyć się do miłego liberałowi umiejscowienia państwa w jego minimum aktywności. Chodzi bowiem o zaprowadzanie porządku, rządów prawa i skutecznemu przeciwdziałaniu korupcji. Zapis o niedyskryminowaniu podczas odbudowy nikogo ze względu na płeć to już raczej złożenie jałmużny z retoryki duchowi naszych czasów. Z drugiej strony, nie jest to w żaden sposób zapis burzący spokój ducha liberała, co najwyżej jest nadmiarowy, bo patrzenie na kompetencje a nie na płeć powinno być oczywiste.

W Polsce szczególnie cieszy to, że wreszcie siedzimy przy stole i to w dodatku po tej dobrej stronie. Trudno się temu dziwić. Tradycyjna odbierana w polskiej szkole edukacja historyczna obejmuje rozdział cierpień, jakie nam zgotowano przy tych stołach, gdzie nas zabrakło. Zasiadanie polskiej delegacji w Lugano jest ważne na poziomie symbolicznym.

Ważniejsze jest jednak to, że praca dyplomaty z mapą wygląda dziś już inaczej niż dawniej. Polska nie zajmie Donbasu jako swojej ekonomicznej strefy wpływów, nie będzie to nasze lenno czy kolonia. Ważniejsi od polskich polityków będą – mam nadzieję, może złudną – polscy przedsiębiorcy, którzy dla własnego zysku pomogą w postawieniu wyniszczonego kraju na nogi. Piękno kapitalizmu polega zaś na tym, że dbając o własne zyski, polski przemysł zadba też o ukraińskie potrzeby, dzięki czemu suma zysków będzie możliwa do rozpisania w dwóch kolumnach.

Póki co, Donbas jest jednak zajęty przez Rosjan. Wynik wojny może się rzecz jasna zmienić, jest tu jednak zbyt wiele zmiennych, aby już dziś ocenić, czy faktycznie uda się wbić polskie łopaty w ukraiński grunt i to akurat w Donbasie. W takiej sytuacji jak my są też inne kraje. Czechy, Finlandia i Szwecja mają odbudowywać Ługańsk i choć już wiemy, że jest z czego i że te kraje miałyby czym, to jeszcze nie wiemy, czy będą faktycznie miały taką możliwość.

Ale nawet korzystne dla Ukrainy zakończenie wojny i odzyskanie kontroli nad swoim terenem, oby także nad całością wschodu i nad Krymem, wcale nie musi oznaczać końca polskich wysiłków. Lider dobroczynności wcale nie musi okazać się liderem w biznesie. Humanitarne supermocarstwo nie jest i długo jeszcze nie będzie potęgą gospodarczą.

Brak jest w Polsce mechanizmów ułatwiających albo choćby umożliwiających naszym firmom przemianę z małych i średnich przedsiębiorstw w duże korporacje. Polski model dużej firmy to spółka skarbu państwa, może i znaczna w skali naszego kraju, ale przeważnie średnia w skali europejskiej. Nie znaczy to, że małe, specjalistyczne firmy zręcznie zarządzane są na straconej pozycji. Wcale nie są. Ale duży może więcej. Także zarobić.

Mapa dzisiaj to już nie to samo co mapa tego samego terenu, tej samej Europy, ale 100 czy 200 lat temu. Zaangażowanie państw jest na niej widoczne. I oczywiste. Będzie też oczywiste podczas odbudowy Ukrainy, choć miejmy nadzieję, że to sektor prywatny będzie mógł grać pierwsze skrzypce. Ale państwa mogą też działać jako twórcy biznesowych ekosystemów dominujących na swoich terenach. Pomyślmy o nich tak, jak gdyby były to specyficzne warunki przyrodnicze ułatwiające lub utrudniające wzrost pewnym rodzajom organizmów, bo firmy tak naprawdę są bardziej podobne do żywych istot niż mechanicznych tworów. Warunki naszego ekosystemu to bardziej piaski znane z Diuny niż bujna dżungla z Avatara – z delikatności dla wrażliwych polskich urzędników i polityków trzymam się tutaj analogii rodem z science-fiction, choć może lepiej byłoby napisać o lesie regularnie zaśmiecanym prawnymi absurdami. Może i ci, którzy tu przetrwali, naprawdę są twardzi, ale też niekoniecznie dorodni, duzi, z odpowiednim zasobem kapitału. To może być problematyczne w kontekście ukraińskim, i choć pewnie nie raz usłyszymy, że polski przedsiębiorca poradzi sobie ze wszystkim, to miałby jednak więcej czasu na planowanie i działanie, gdyby nie musiał sobie radzić z absurdalnym i skomplikowanym systemem podatkowym czy szerzej, prawnym. To nie są bowiem żadne hartujące warunki, które sobie tutaj stworzyliśmy, nie mamy szklarni ułatwiającej wzrost. Mamy krępujące przeszkody, które go utrudniają. Ale może być i tak, że polski biznes w odzyskanym Donbasie przejdzie przynajmniej częściową, przyśpieszoną kurację i niektóre firmy faktycznie nabiorą większego pędu. Wrócą do kraju zbogacone, przy okazji bogacąc naszych sąsiadów

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułCenzura w tęczowych barwach to nadal cenzura [POLEMIKA]
Następny artykułCzy czterodniowy tydzień pracy to dobry pomysł?