Umożliwienie rolnikom indywidualnym bezpośredniej sprzedaży warzyw i owoców do sieci wielkich sklepów niewątpliwie poprawi sytuację tych pierwszych i przyniesie korzyści konsumentom w postaci większego wyboru wartościowych produktów. Jednak w kontekście bardzo trudnej współpracy z hipermarketami i sieciami dyskontowymi niesie to też zagrożenie dla grup producenckich.

Najpierw zaskoczył Lidl. Oferta sprzedaży jabłek niesortowanych, „prosto od polskich sadowników”, czyli bezpośrednio z 300-kilogramowych skrzyń sadowniczych i w niezwykle promocyjnej cenie 1,99 zł za kilogram, zaskoczyła rynek.
Potem także Biedronka ogłosiła, że rozpoczyna bezpośrednią współpracę z niewielkimi gospodarstwami rolnymi. Przekaz sieci jest jasny: chce, by na koniec 2021 roku 90 procent sprzedawanych warzyw i owoców pochodziło od polskich producentów i – co wyraźnie podkreślono – przy zwiększonym udziale dostaw od małych rodzinnych gospodarstw rolnych.
Od lutego tego roku rolnicy mogą składać wnioski na dostarczanie produktów do najbliższego im centrum dystrybucyjnego Biedronki. W samej sieci pojawią się też lokalni kupcy; mają się skupić na współpracy z mniejszymi producentami warzyw i owoców, odwiedzać gospodarstwa oraz giełdy rolne i szukać partnerów także w niewielkich, rodzinnych firmach. Zaś firmy te będą zwolnione z konieczności posiadania zautomatyzowanej linii do pakowania produktów oraz z używania do dowozu do sieci profesjonalnej floty transportowej.

Zatem wydarzyło się to, o czym mówiło się już wiele razy – łańcuch dostawców jest skracany. Wspaniale! Czy nie o to właśnie chodziło?

Ceny będą niskie

Nie ma jednak róży bez kolców. Lidlowa czy biedronkowa strategia zwrotu ku drobnym sadownikom i rolnikom (oraz idące za nią promocje w sklepach) ustawia ceny. Na możliwie najniższym poziomie. Dostawcy musieli, przynajmniej na najbliższy sezon, zbić je o prawie 80 procent. Konsumentów to oczywiście cieszy. Ale uderza w polską branżę owocowo-warzywną, rozumianą jako całość. Kupowanie przez sieci bezpośrednio w gospodarstwach, a nie od grup i firm producenckich, do których tworzenia kiedyś tak mocno namawiano, skutkuje dalszym „przyduszaniem cen”. Tak się dzieje i będzie się działo, gdyż do sieci ustawia się już kolejka dostawców skłonnych zgodzić się w negocjacjach niemal na wszystko.

Zagraniczne sieci bezwzględnie zbijają ceny producentom. Nieraz nawet poniżej granicy opłacalności, zubożając tym dostawców. Cena około złotówki za kilogram jabłek, oferowana przez hipermarkety, „trzyma się” od wielu lat (nie licząc ostatniego sezonu niskiej podaży owoców ze strony części dostawców).

UOKIK nałożył niedawno ponad 723 mln zł kary na Biedronkę za wykorzystywanie przewagi kontraktowej wobec dostawców owoców i warzyw. Czy to jednak kogokolwiek czegoś nauczy?

Producentom musi się opłacać

Przecież w sytuacji koronakryzysu istnieje, i istnieć będzie, ciągła presja na wzrost inflacji. Rolnikom rosną koszty produkcji, w tym znacząco koszty pracy. Nie śpi też konkurencja ze Wschodu, gdzie powstają ogromne grupy producenckie; głównie na Ukrainie, w Mołdawii i w Rosji. Korzystając ze stosunkowo niskich kosztów produkcji, mogą one zalewać polski rynek swoimi produktami, systematycznie wypierając z sieciowych platform sprzedaży polskich rolników. To jest realne i czasem niedoceniane zagrożenie, które może się zrealizować, pomimo gorących zapewnień sieci, że będą kupować głównie polskie towary.

Pomysły i działania

Trudno jednak oczekiwać, że rząd zaingeruje bezpośrednio w warunki kontraktowe pomiędzy grupami rolników, a kupującymi od nich towary sieciami. Może jednak stwarzać mechanizmy, które polepszą te stosunki, a nawet uzdrowią rynek. Może sprzyjać, na przykład, tworzeniu nowych polskich platform sprzedaży detalicznej produktów nisko marżowych, czy też wspierać odwrócenie kierunku sprzedaży, by szła ona na nowe rynki wschodnie. Wreszcie – sami producenci mogą wymyślić sposób na to, by sieci podpisywały z nimi długoterminowe kontrakty, satysfakcjonujące obie strony.