Dobry pracownik, a przecież takich w Polsce nie brakuje, rozumiał sytuację firmy w lockdownie i potrafił lojalnie pracować dłuższy czas nawet za półdarmo, byle tylko wspólnie budowany biznes przetrwał. Teraz – obojętnie czy jest „menadżerem”, czy „zwykłym pracownikiem” – nie oczekuje od swoich szefów szczególnej wdzięczności. Ale nie wyraża też zgody na przerzucanie na niego całych kosztów koronakryzysu – zarówno w postaci wypychania na „śmieciówki”, jak i ponoszenia wszystkich pozostałych kosztów pracy.

projekt ustawy dotyczący pracy zdalnej - grafika wpisu
fot. StockSnap/Pixabay.com

Jasne, że wszystko drożeje. Drożało i wcześniej. W takim „inflacyjnym” świecie bowiem żyjemy. Drożeć będzie nadal. Nie ma co liczyć tu na znaczące powstrzymanie podwyżek cen przez ewentualne podwyższenie stóp podstawowych NBP. Przed koronakryzysem też inflacja pięła się w górę, tylko nieco wolniej; przynajmniej w gusowskich statystykach. Ale pomimo tego to pracodawcy płacili w biurach za prąd, wodę, gaz i ogrzewanie. Nikogo to nie dziwiło, nie było przedmiotem debaty; nie było żadnych kontrowersji.

Praca zdalna – wyrażając się językiem młodzieżowym – jest mega? Oj, nie aż tak mega, jakby się wydawało. Co prawda nie trzeba dojeżdżać, wystawać w korkach, odpadają też koszty zakupu paliwa oraz drogich ubrań biurowych. Elastyczna jest ta praca przy układaniu zadań? Jest. Ale ma to też swój koszt, choćby w postaci „wyrywania” czasu wolnego na bycie do stałej dyspozycji szefa.

Koszty należy podzielić

Wygląda na to, że powoli żegnamy się z koronapandemią. Przynajmniej z jej ostatnią falą. Czas wrócić do rzeczywistości. A jest ona taka, że wielu przedsiębiorców – tam, gdzie tylko się to dało zrobić – pozamykało swoje stacjonarne centrale i oddziały, a pracownicy przeszli na pracę zdalną. To są niebagatelne oszczędności w skali działania firmy. Odpada płacenie czynszu i drożejących mediów. Nie trzeba płacić za przejazdy autem firmowym, za niszczące się meble, za drobniejsze akcesoria biurowe, zużycie komputerów, drukarek, telefonów itp. Nie trzeba ubezpieczać biura. Chwilowo przynajmniej odpadły też koszty organizacji spotkań integracyjnych. Jest to poważna oszczędność w kosztach stałych firmy. Czyż nie?
– Firmy stoją dziś przed poważnym wyzwaniem, jak połączyć interesy i oczekiwania wszystkich stron – zauważa Karol Raźniewski, associate partner w People Advisory Services EY.

Aż 64 proc. pracowników, którzy wzięli udział w badaniu EY 2021 Work Reimagined Employee Survey uważa, że wykonywanie pracy zarówno z biura, jak i zdalnie, zwiększy produktywność firmy. 64 proc. jest zdania, że do wsparcia tej produktywności potrzebna jest lepsza technologia w biurach (czyli szybszy Internet, systemy videokonferencyjne itp.). Blisko połowa pracowników chciałaby, by firmy, które oddelegowały ich do pracy zdalnej, zainwestowały w nowy sprzęt do użytku domowego (dodatkowe monitory, słuchawki). Aż 47 proc. oczekiwałoby, że pracodawca zwróci koszty ponoszone, na przykład, na dostęp do szybkiego Internetu.

Kwestię kosztów zużycia energii do oświetlenia i ogrzewania oraz sprzętu używanego do celów firmowych można rozwiązać niekoniecznie przez skomplikowany system fakturowania i refundacji, ale przez odpowiednią podwyżkę dla pracownika. „Odpowiednią” to jest taką, w której spotkają się możliwości przedsiębiorcy z realnymi kosztami, jakie ponosi pracownik z tytułu pracy w domowych warunkach.

Cukierek albo praca

Interesujące w tym kontekście są też wyniki sondy Dailyfruits „Pracodawca wsparciem pracowników na home office”. Wynika z niej, że aż 70 proc. osób pracujących zdalnie uważa, że przedsiębiorca musi przewidywać w tej sytuacji jakieś benefity dla pracownika. Najbardziej pożądana jest oczywiście dopłata do wyposażenia domowego stanowiska pracy (55 proc. wskazań). Ale miło dostać też okolicznościową paczkę (41 proc.) czy przesyłkę, na przykład z tzw. zdrową żywnością (33 proc.).

I wiecie co? Ponad połowa pracowników takie niespodzianki już od swoich szefów dostała. A jak było w Waszej firmie? Przyszło coś?

Ministerstwo wypracowuje przepisy

Państwo najwyraźniej nie wierzy jednak w zrozumienie i dobrą wolę pracodawców (może słusznie?), bo Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii skierowało do konsultacji projekt ustawy dotyczący pracy zdalnej. Przewiduje on między innymi, że pracodawca będzie musiał zapewnić pracownikowi materiały i narzędzia niezbędne do wykonywania pracy w domu, a także pokryć koszty z nią związane. Przede wszystkim koszty instalacji, serwisu, eksploatacji i konserwacji narzędzi pracy, a także koszty energii elektrycznej oraz dostępu do łączy telekomunikacyjnych. Praca zdalna będzie mogła być także wykonywana z wykorzystaniem narzędzi nienależących do firmy, ale za stosownym ekwiwalentem (lub ryczałtem) w wysokości ustalonej pomiędzy pracodawcą a pracownikiem.
Oczywiście, jak zwykle urzędnicy – sami z reguły zasiadający na etatach – świat pracy postrzegają przez ten właśnie pryzmat (etatów), więc bezetatowcom pozostaje wierzyć w mądrość i dobrą wolę swoich szefów.