Po co nam prawo, skoro ono albo nie działa, albo nie likwiduje zjawiska arbitralności i być może demoralizuje ludzi nie mniej niż anarchia? – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Pisząc tekst na temat „prawa”, wypadałoby najpierw zdefiniować, czym ono tak naprawdę jest. W niemal saint-simonowskich wyobrażeniach współczesnych ludzi światem miały przecież przestać rządzić partykularyzmy, zabobon i intuicja. Przewidywano ostateczny triumf rozumu i „nauki”. Najlepszym dowodem na złudność tego przekonania jest sam fakt, że „prawa” nie sposób jednoznacznie zdefiniować. Rzymscy prawnicy mawiali wprawdzie, że „jest ono sztuką dobra i sprawiedliwości” (ius est ars boni et aequi). W najlepszym mimo wszystko razie jest to maksyma godna Paulo Coelho urodzonego krótko po Chrystusie, a nie przejaw myślenia rygorystycznie naukowego.

Oczywiście, zwolennicy radykalnego scjentyzmu odpowiedzą nam, że to „filozofia”, a oni chcą powszechnymi uczynić „doskonalsze” metody, stosowane w naukach przyrodniczych i fizyce. Nie rozumieją jednak najwyraźniej, że społeczeństwem – choćby ze względu na zjawisko wolnej woli – nie rządzą te samy zasady co kolonią szczurów albo ruchem ciał niebieskich.

Wracając jednak do zasadniczego wątku, współcześni badacze również mają problem z tym, jak zdefiniować „prawo”. Za przykład niech posłuży nam definicja przedstawiona przez Wojciecha Załuskiego w książce „Ewolucyjna filozofia prawa”. Badacz ten stwierdził, że „prawo jest bytem emergentnym superweniującym na aspektach eksternalnym i internalnym”. Na te awangardowe i nieco postmodernistyczne wywody inteligentnie odpowiedział prof. Wacław Uruszczak (to za nim przytaczam zresztą poprzednią definicję), który w artykule „Fabula mundi” na łamach Forum Prawniczego zauważył „pełną zgodność między zaproponowaną przez Wojciecha Załuskiego definicją prawa, a analogiczną definicją wódki czy innego napoju wyskokowego”. Kilka lat studiów, doktorat, habilitacja, poważna publikacja w piśmie naukowym, a z nowatorskiej definicji „prawa” ostało się tyle, że nadal może się ona tyczyć choćby i „wódki”.

Poważnym błędem metodologicznym jest zapewne snucie rozważań na temat czegoś, czego nie potrafimy zdefiniować. Pomimo tego nie pozostaje mi nic innego, jak właśnie tak uczynić i stwierdzić, że prawo pozostaje aktualnie we wiecznym kryzysie. Tytuł felietonu jest jednak dwuznaczny. Po pierwsze bowiem, prawo jest w kryzysie wewnętrznym (internalnym), to znaczy jego jakość i funkcjonalność znacznie się obniżyła. Po drugie, prawo jest w kryzysie zewnętrznym (eksternalnym) w tym sensie, że obowiązuje w warunkach ciągłych kryzysów, a więc gospodarczych, terrorystycznych, sanitarnych, militarnych albo jeszcze innych. Rzekomo liberalno-demokratyczne prawodawstwo ma problem, aby się w tych realiach poruszać, nie stając się jednocześnie zaprzeczeniem samego siebie.

Jeśli chodzi o kryzys gospodarczy, to każdy z nas przypomina sobie zapewne „tymczasową” podwyżkę VAT z 22 do 23 proc., której rocznice obchodziliśmy przez kilkanaście kolejnych lat. Zjawisko terroryzmu wiązało się natomiast z „tymczasowym” zawieszeniem prawa do sądu dla niektórych grup osób podejrzanych o ekstremizm oraz z „nadzwyczajną” dopuszczalnością tortur. Państwo, w tym przypadku głównie amerykańskie, odmówiło niektórym podejrzanym najbardziej podstawowych praw, skoro taka była „wyższa konieczność”.

Gdy chodzi o aktualne wydarzenia, to analogiczne zjawiska tyczyły się pandemii. Przykładowo słusznie zauważono w raporcie WEI z marca 2021 roku („Ani jednej łzy. Ochrona zdrowia w pandemii”, Paweł Basiukiewicz), że szczepienia przeciw COVID-19 „Nie powinny być z całą pewnością stosowane przymusowo, a ich nieprzyjęcie nie powinno w żadnej formie prowadzić do dyskryminacji osób odmawiających szczepienia, o czym przypomina zresztą ostatnia rezolucja Rady Europy nr 2361 w punktach 7.3.1 i 7.3.2 (…)”. Rezolucja taka faktycznie istnieje. Ze strony internetowej Zgromadzenia Ogólnego Rady Europy wynika, że oddano za nią miażdżącą większość głosów, w tym poprali ją wszyscy przedstawiciele Austrii oraz prawie wszyscy Włosi. Nie chcę tutaj wnikać w kwestie epidemiologiczne ani medyczne, bo uważam, że szczepienia przeciw COVID-19 są oczywiście efektywne w zakresie zapobiegania poważnym skutkom choroby i bezpieczne. Ze społecznego oraz prawnego punktu widzenia co nam jednak po takiej rezolucji, skoro jedno z tych państw niedługo później ogłosiło „lockdown niezaszczepionych”, drugie państwo chciało utrudnić im dostęp do zatrudnienia, a oba stosowały kontrowersyjne rozwiązanie w postaci tzw. paszportów szczepień? Co ciekawe, komentatorzy, którzy zwracali uwagę na ten przecież autentyczny i prosty do zrozumienia fakt społeczno-prawny (rezolucję taką rzeczywiście przyjęto i miała dokładnie taką treść, o jakiej mówimy), obawiali się być może, że szybko zostanie im przyklejona etykietka „antyszczepionkowców” albo „szurów”.

Zwolennicy bardziej przymusowych rozwiązań tłumaczyli, że „taka była wyższa konieczność”, a sama rezolucja to miękkie prawo, czyli soft law. Nie jest ona dla państw członkowskich ani Unii Europejskiej wiążąca w sensie prawnym. To po co ją w ogóle przyjmowano na szczeblu Rady Europy, organu chwalącego się zabieganiem o przestrzeganie praw człowieka na kontynencie, skoro dokument taki nic nie znaczy?

Podobny fenomen dotyczy aktualnej wojny ukraińsko-rosyjskiej. Ukraina w dniu 5 grudnia 1994 roku podpisała przecież tzw. memorandum budapesztańskie i zgodziła się na rezygnację z arsenału atomowego w zamian za zapewnienie przez Rosję, USA i Wielką Brytanię gwarancji nienaruszalności jej terytorium oraz niepodległości. Redakcja portalu histmag.org trafnie zauważa w artykule „Memorandum budapesztańskie: jak Ukraina oddała broń nuklearną za gwarancje bezpieczeństwa?”, że „Ukraina w zamian za niejasne i niewiążące gwarancje bezpieczeństwa, dobrowolnie oddała swoją najgroźniejszą broń (…)”, a ponadto „Zamiast umowy międzynarodowej, jak wskazuje Agata Kleczkowska, podpisano porozumienie polityczne, którego treść i moc prawna w obliczu agresji rosyjskiej nie zmusza Stanów Zjednoczonych ani Wielkiej Brytanii do obrony Ukrainy”.

W rzeczy samej, czy groźne słowa, stanowcze rezolucje i pomoc humanitarna oraz próby dostarczenia niektórych rodzajów sprzętu wojskowego to wystarczające działania, aby uznać, że zachodnie mocarstwa wypełniły swoje zobowiązania wobec Ukrainy? Z drugiej strony, czy można mieć do nich pretensje, że kieruje nimi inna „wyższa konieczność”, to znaczy chęć uniknięcia konfliktu zbrojnego o zasięgu kontynentalnym albo globalnym?

Słynny filozof i pozytywista prawniczy John Austin słusznie chyba twierdził, że prawo międzynarodowe to zaledwie „pozytywna moralność”. Najwyraźniej jest to prawdą i to zarówno w stosunkach pomiędzy bytami kolektywnymi, czyli organizacjami międzynarodowymi oraz państwami, ale też w stosunkach państwo–jednostka. John Austin miał co prawda raczej na myśli to, że prawo międzynarodowe jest „miękkie”, bo nie jest poparte groźbą zastosowania przymusu państwowego, ale prawdziwa jest chyba także teza przeciwna. Różnego rodzaju rezolucje i deklaracje przestają chronić jednostki przed ingerencją państwa w ich życie, stanowiąc zaledwie okrągłe formułki i wzniosłe deklaracje. Nie od rzeczy jest więc zadać poważne pytanie. Po co nam prawo, skoro ono albo nie działa, albo nie likwiduje zjawiska arbitralności i być może demoralizuje ludzi nie mniej niż anarchia?

Michał Góra

Poprzedni artykułKryptowaluty potężnym wsparciem dla ukraińskiego wojska
Następny artykułMusk zaprasza związek zawodowy do Tesli