Wojna na Ukrainie nadszarpnęła pozycję naszego wschodniego sąsiada jako silnego i stabilnego eksportera zbóż. Mimo prognozowanych niższych zbiorów w trwającym sezonie, produkcja sektora zbożowego Ukrainy wciąż czyni z tego kraju hegemona na europejskim rynku produkcji roślinnej. Mimo braku faktycznej możliwości wysyłek realizowanych przez porty czarnomorskie, gdzieś to zboże jednak trafi. Dla Polski kluczowym pytaniem jest właśnie to, gdzie. I gdzie finalnie to zboże zostanie.

kingimaging/Pixabay

Rosjanie – mimo szeroko zakrojonych starań – nie zdołają zagrabić całego zboża wyprodukowanego w tym i poprzednich sezonach przez ukraińskich rolników. Czego nie udało się ukraść i sprzedać, zostało spalone. Niszczone są też zasiewy, magazyny zbożowe i pola, które z powodu min lądowych nie będą nadawały się do użytku przez lata. To nie zmienia jednak faktu, że Ukraina wciąż ma ogromne ilości zboża, które nie może zostać w kraju. Z pomocą w jego zmagazynowaniu przychodzą kolejne państwa Unii Europejskiej. Na pierwszy plan wysuwa się jednak pomoc, której ukraińskiej gospodarce udziela w tym obszarze Polska.

Pomocna silosowa dłoń

Skoro utrudnienia w eksporcie zboża z Ukrainy dotyczą w szczególności jego transportu drogą morską, należało znaleźć alternatywy. Takie przyszły w postaci przewozu surowca ciężarówkami i koleją. Po przekroczeniu granic gdzieś jednak to zboże należało ulokować. I tak trafiło do Polski.

Politycy Unii Europejskiej, prezydent USA i przedstawiciele szeregu innych krajów wpadli na pomysł, w myśl którego zboże miałoby zostać zmagazynowane w specjalnie w tym celu powstających silosach, które znajdować mają się w bezpośredniej bliskości granic państwowych okupowanego przez Rosjan państwa. Naturalnie część tych magazynów ulokowanych będzie na granicy polsko-ukraińskiej.

Błędnym jest myślenie, że silosy na zboże powstają bez wysiłku i w ekspresowym tempie. Joe Biden i jemu podobni zapomnieli, że trzeba znaleźć odpowiednie miejsce, sprawdzić, czy gleba ma tam wystarczającą twardość, uzyskać wszelkie konieczne pozwolenia i te silosy postawić – a to trwa. To wymaga czasu, ale widać, że czynione są w tym kierunku konkretne kroki.

Pomagać trzeba, ale z głową. Tymczasem pierwsze poważne problemy już się pojawiają, a ich kumulacja może nastąpić we wrześniu, październiku czy listopadzie.

Rolnicy się boją

Polscy rolnicy – szczególnie ci gospodarujący na ścianie wschodniej – obawiają się napływu zboża z Ukrainy. Nie samo zboże jest jednak tu problemem, a jego cena, z którą polscy producenci w żaden sposób nie mogą konkurować. Najlepsze w Europie ziemie, którymi przecież dysponuje Ukraina, w połączeniu z niskimi kosztami produkcji to mieszanka, która sprawia, że ukraińskie zboże jest tak tanie, że jego potencjalne pozostanie na terytorium naszego kraju stanowi ogromne zagrożenie dla stabilności finansowej gospodarstw ze wschodnich województw Polski.

Ergo – my swojego zboża możemy nie sprzedać, jeśli ukraiński surowiec nie zostanie z Polski reeksportowany. Są oczywiście zapewnienia, że zboże przeznaczone jest do wysyłki, m.in. do państw Afryki Północnej, ale kto dziś wierzy w obietnice polityków? Już dziś rolnicy zauważają, że znaczne partie ukraińskiego zboża dostają się po cichu do obrotu handlowego na terenie Polski.

Problem zyska na znaczeniu, jeśli do jesieni rzeczone silosy nie powstaną. Jeśli doprowadzimy do sytuacji, w której ukraińskie zboże zacznie zalegać w Polsce, będzie nieciekawie. Powierzchnia przechowalnicza zbóż w Polsce wynosi ok. 25 mln ton, a jest to mniej więcej tyle, ile samej tylko kukurydzy rokrocznie na rynek dostarcza Ukraina. Trudności mogą być widoczne głównie w odniesieniu do tej rośliny. Na baczności powinni mieć się polscy producenci, którzy dostarczają kukurydzę o przeznaczeniu paszowym. Musimy pamiętać, że transport koleją powoduje liczne uszkodzenia, a zatory na kolei zwiększają wilgotność surowca. Na Ukrainie brakuje paliwa, a jest niezbędne do osuszenia kukurydzy. Do Polski wjedzie zatem mnóstwo słabej jakości kukurydzy z przeznaczeniem paszowym, nie konsumpcyjnym. Co może to oznaczać dla polskich dostawców? To proste – mogą oni nie znaleźć zbytu na swój surowiec.

Polski rząd, mając na uwadze dobro rolników i stabilność całego sektora, powinien domagać się gwarancji reeksportu od państw, które tak ochoczo namawiały nas do przyjęcia ukraińskiego zboża czy kukurydzy. Jeśli takowych nie otrzymamy, zapewne powtórzy się problem z przeszłości, kiedy to ukraińskie zboże zalewało skupy na wschodzie kraju, doprowadzając rolników do plajty.

Kłopoty przyszły szybko

Zapewnienia już były, pewne umowy handlowe zostały przygotowane, zboże miało już trafiać do potrzebujących krajów Afryki, a tymczasem… tymczasem, jak zauważają sami rolnicy, zboże już trafia masowo na polski rynek.

Eksperci Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych szacują, że nawet jedna trzecia zboża, które trafia do Polski, kończy na naszym rynku. Wiele firm w naszym kraju na gwałt poszukuje także powierzchni magazynowej do przechowywania swojego taniego zakupu ze Wschodu. W praktyce może to wytworzyć problem z dostępnością usług przechowalniczych dla polskich producentów. Już dziś ceny podobnych usług biją wieloletnie rekordy. Gospodarze podkreślają też, że tranzyt zboża przez Polskę wpływa degradująco na poziom naszego eksportu.

Pomagajmy, bo tak po prostu trzeba. Nie wolno jednak zapominać przy tym, że Unia Europejska i inni, którzy tak ochoczo o pomocy mówią, powinni wreszcie przekuć swoje słowa w realne działania. Arytmetyka współczucia, mości panowie!

 

Poprzedni artykułPrzedsiębiorców czekają kolejne zmiany w rozliczaniu podatku u źródła
Następny artykułEdukacja ekonomiczna pilnie potrzebna