Premier Mateusz Morawiecki i jego akolici oraz doradcy ekonomiczni wydają się być kompletnie pogubieni w tym, co się dzieje w polskiej gospodarce i finansach. Zamiast walczyć z przyczynami wysokiej inflacji i źródłami kryzysu, działają reaktywnie, forsując decyzje żywcem wyjęte z peerelowskiej gospodarki sterowanej. Co ciekawe, dzieje się to przy aprobacie największych ugrupowań opozycyjnych.

Część wyborców jak lemingi łyka propagandę zrzucania winy na politycznych przeciwników. Tam gdzie już się nie da tego zrobić, bo przeczy to elementarnym zasadom logicznego myślenia, wina przerzucana jest a to na złego Putina, to na agresywne i jakoby zawsze nam nieprzyjazne Niemcy, na knujących wiecznie „pepiczków” i na brukselskich urzędników. Patrzeć tylko, jak naszej biedy winne będą Chiny Ludowe, a może nawet Iran i Wenezuela?

Tymczasem 90 procent winy i zaniechań tkwi po naszej stronie. Począwszy od popędliwego, nierozpoznanego żadnymi analizami nałożenia embarga na „ruskich”, podczas gdy sąsiedzi robią to mądrze, stopniowo i wsłuchując się w potrzeby własnego społeczeństwa. Skończywszy zaś na rozdawnictwie pieniędzy na coraz to nowsze sposoby.

Przestańmy udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku, a jak nie jest, to wina innych. Uderzmy się w piersi.

Węglowa i paliwowa głupota

To, że rząd w końcu olśniło, iż bez węgla, którego dramatycznie brakuje, nie da się przetrwać – zwłaszcza zimy – jest niczym innym, jak bolesnym przejawem krótkowzroczności i lekceważenia ostrzeżeń płynących od ekspertów, także z własnego obozu politycznego. Arogancja władzy i mędrkowanie w pas się kłaniają. Kłania się mętne lawirowanie z sprawie „zielonej” polityki unijnej i brak zdecydowanego stanowiska. Kłaniają się zamknięte, także po 2015 roku, kopalnie. Kłania się wreszcie nieumiejętność szybkiego, elastycznego, a przede wszystkim właściwego reagowania wobec szybko zmieniającego się otoczenia gospodarczego.

Węgiel podobno płynie już do Polski na rządowy rozkaz – i to z różnych kierunków. Jeśli to prawda i jeśli magazyny zapełnią się w 100 procentach, a nadmiarowe hałdy sięgną Słońca, to po co rozdawać miliardy w deputacie węglowym? Będzie nadmiar, czy jak tego chce premier: „węgla nawet więcej niż potrzeba”, to przecież ceny same spadną.

Jeśli tak się jednak nie stanie, z przyczyn różnych, choćby tej podstawowej, że import „czarnego złota” jest obecnie niezwykle drogi, to przecież rząd ma inne, skuteczniejsze sposoby na to, by państwo zapewniło surowce i powstrzymało podwyżki.

Rząd Mateusza Morawieckiego zdaje się kompletnie nie rozumieć, jak zapobiega się wzrostom cen. Niemal każdą decyzją gospodarczą tylko pogłębia chaos. Państwo ma naprawdę szeroki wachlarz narzędzi do skutecznego interweniowania, z których może skorzystać, by „zamrozić” rynek. Bo z państwem – gdy jest zdeterminowane – nikt jeszcze nie wygrał.

Możliwa jest regulacja cen oczekiwanych przez kopalnie. Można też oddziaływać na składy węglowe i jeszcze skuteczniej – na kompanię węglową. Należy egzekwować prerogatywy właścicielskie w spółkach, w których państwo ma kontrolę. Można wreszcie zdjąć część obciążeń podatkowych i parapodatkowych, które przytłaczają polskich przedsiębiorców. Da się?

To samo dotyczy rynku paliw ciekłych: śmiechu warte jest niepobieranie małej jednostkowo akcyzy z paliwa, podczas gdy lider rynku – PKN ORLEN – realizuje 150-200-procentowe marże, a inni go w tym naśladują.

Interweniować tak, ale u źródeł

Jeśli tak bolą wysokie zyski spółek Skarbu Państwa i naprawdę chce się „podzielić zyskami z Polakami”, to nałożenie „domiaru” na przychody czy zyski spółek, to pomysł chybiony. Demotywujący do zarabiania oraz krzywdzący nie tylko same spółki i jej pracowników, ale i innych ich udziałowców. Ostatecznie zaś… i tak nie będzie wiadomo, na co rozeszły się zebrane w postaci takiego dodatkowego podatkowego haraczu, pieniądze.

Państwo nie powinno opodatkowywać spółek Skarbu Państwa, tylko umiejętnie korzystać z funkcji właścicielskich, ograniczając wyznaczane przez nie ceny, taryfy oraz marże (także przy pomocy takich instytucji jak UOKiK). Większej aktywności należy też oczekiwać od odpowiednich instytucji powołanych do walki z korupcją, nepotyzmem i innymi patologiami, które drążą państwowe instytucje i przedsiębiorstwa.

Nie chcąc przejadać pieniędzy

Tak jak Narodowy Bank Polski nie powinien być maszynką do produkowania pieniędzy dla budżetu, tylko strażnikiem chroniącym przed kryzysami oraz gwarantem stabilności silnej narodowej waluty, tak zyski spółek Skarbu Państwa powinny iść na ich wzmocnienie. Zwłaszcza zaś na inwestycje w obliczu narastającego kryzysu energetycznego – na pilną modernizację linii przesyłowych, na budowę magazynów energii oraz na zaniedbane OZE, takie jak biogaz czy wodór. Należy inwestować, a nie rozdawać „ludowi” pieniądze. „Lud” ten, nieraz pogardzany i obśmiewany, ma bowiem coraz większą świadomość, że zjednuje się go jego własnymi pieniędzmi (z podatków). „Lud” ten jest mądrzejszy, niż prominenci mogą sądzić. Pamięta i to, jak w kluczowych momentach dla kraju zachowywała się także „opozycja”. I potrafi, w odpowiedniej chwili, wystawić najsurowsze nawet rachunki.

Poprzedni artykułMamy potężne nadwyżki zboża. Rolnicy widzą problem w imporcie z Ukrainy
Następny artykułPo co są dotacje unijne i komu one służą?