Gdyby Ukraina nie wygrała, to winą za ten stan rzeczy niewątpliwie obciążony zostałby prezydent Biden, już teraz krytykowany przez Donalda Trumpa za to, że jest sprawcą tej wojny. Wtedy mógłby nie tylko sam pójść na dno, ale też pociągnąć za sobą na dno całą Partię Demokratyczną. Co z tego faktu wynika? – o tym w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Niedawno pan prezydent Duda powiedział, a pan minister Błaszczak powtórzył – a może było odwrotnie, ale to bez znaczenia – że Polska dlatego tak na gwałt się zbroi, żeby nie musieć walczyć. Chodzi o to, że jak się uzbroimy, to nikt nas nie zaatakuje, bo będzie się nas bał. Takie uzasadnienie jest oczywiście dobre, tak samo zresztą jak każde inne, ale ma ono też swoje plusy ujemne, a właściwie jeden. Wielokrotnie, również w portalu FPG24.PL, postulowałem, żeby nasi Umiłowani Przywódcy wykorzystali sytuację, że Stany Zjednoczone pragną „wzmocnić wschodnią flankę NATO” i przekonali Amerykanów, by sfinansowali uzbrojenie przynajmniej tych dodatkowych 200 tys. żołnierzy, o których – zgodnie z ustawą o obronie Ojczyzny – ma zostać powiększona nasza niezwyciężona armia. Niestety wszystkie trzy okazje, kiedy można było podjąć taką próbę, zostały bezpowrotnie przez naszych Umiłowanych Przywódców utracone, obawiam się, że na zawsze.

Podczas pobytu w Warszawie prezydent Józio Biden powiedział, że „Ukraina musi wygrać”. Brzmi to podobnie do słynnego hasła, że „Balcerowicz musi odejść!”, ale mniejsza o te podobieństwa, bo ważniejsze jest, co właściwie wynika z tego, że Ukraina musi wygrać. Po pierwsze – że wojna, jaką USA prowadzą na Ukrainie z Rosją do ostatniego Ukraińca, prawdopodobnie musi potrwać co najmniej jeszcze dwa lata, do listopada 2024 roku, kiedy to w USA odbędą się wybory prezydenckie. Ponieważ wszystko wskazuje na to, że kandydatem Partii Demokratycznej w tych wyborach będzie właśnie prezydent Biden, to jasne, że Ukraina musi wygrać – cokolwiek by to konkretnie miało oznaczać. Gdyby bowiem Ukraina nie wygrała, to winą za ten stan rzeczy niewątpliwie obciążony byłby prezydent Biden, już teraz krytykowany przez Donalda Trumpa za to, że jest sprawcą tej wojny. Wtedy mógłby nie tylko sam pójść na dno, ale też pociągnąć za sobą na dno całą Partię Demokratyczną. W tej sytuacji nie ma rady – „Ukraina musi wygrać”. Oznacza to nie tylko przeciągnięcie się wojny jeszcze co najmniej przez dwa lata, ale również konieczność przekazywania w tym czasie przez Polskę Ukrainie rozmaitej „pomocy”, również w  postaci uzbrojenia. Ponieważ Polska właściwie już przekazała Ukrainie wszystko, co miała, to nietrudno się domyślić, że będzie musiała w ciągu tych dwóch lat przekazywać Ukrainie za darmo również tę broń, którą właśnie kupuje. Do tego się zobowiązała w umowie z 2 grudnia 2016 roku. Takiego uzasadnienia ani pan prezydent Duda, ani pan minister Błaszczak oczywiście przedstawić nie może i dlatego obydwaj prezentują uzasadnienie mające  z punktu widzenia interesu państwowego pozory racjonalności.

Niestety mimo tych pozorów, również i ono po bliższej analizie nie wytrzymuje krytyki. W gospodarce, jak wiadomo, wszystko musi się bilansować, również wydatki na zbrojenia. Państwa mogą realizować intensywny program zbrojeniowy w nadziei, że będą komuś tę broń sprzedawały, a osiągnięte w ten sposób zyski posłużą na sfinansowanie własnego programu zbrojeniowego. Mogą też się zbroić w przekonaniu, że wydatki poniesione na ten cel pokryje, może nawet z nawiązką, łup wojenny. Jednak w przypadku Polski ani jedna, ani druga możliwość nie wchodzi w rachubę. Polska nie sprzedaje bowiem broni Ukrainie, tylko oddaje ją jej „nieodpłatnie” – bo do tego właśnie się zobowiązała na podstawie art. 12 wspomnianej umowy. Nie może również liczyć na łup wojenny nawet w sytuacji, gdyby Ukraina „wygrała” – cokolwiek miałoby to znaczyć – bo ewentualny łup przypadłby wtedy Ukrainie, a nie Polsce, która – jak powiedział pan prezydent Duda – zbroi się, żeby nie musiała walczyć. Skoro tedy nie zamierza walczyć, to nie może też liczyć na żaden łup wojenny, to chyba jasne. Jakie zatem będą nieuchronne konsekwencje realizowania tak szeroko zakrojonego programu zbrojeniowego?

Odpowiedzi dostarcza okoliczność, że Polska dokonuje tych wielkich zakupów uzbrojenia na kredyt. Kredyt – jak wiadomo – należy spłacić, chyba że – jak to wykombinował sobie Adolf Hitler w sprawie reparacji, jakimi Niemcy zostały obciążone po I wojnie światowej – dłużnik zamorduje swoich wierzycieli, to znaczy w tym przypadku – podbije ich i w ten sposób zlikwiduje dług. Polska o niczym takim nie może nawet marzyć, bo lichwiarska międzynarodówka, u której się zadłuża, wydaje się nie do pobicia z rozmaitych względów, których wyliczanie rozsadziłoby ramy tego felietonu. Wynika z tego, że koszty realizowania wspomnianego programu zbrojeniowego obciążą nie tylko aktualne pokolenie obywateli, ale również pokolenia przyszłe.

W październiku 1672 roku, po wojnie, jaką Rzeczpospolita prowadziła z Turcją za panowania króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, zawarty został pokój w Buczaczu. Na jego podstawie król oddał Turcji województwo podolskie i bracławskie oraz południową część województwa kijowskiego, a ponadto zobowiązał się płacić haracz. Na szczęście Sejm nie ratyfikował tego pokoju, a w następnym roku hetman Jan Sobieski na czele armii rozgromił Turków pod Chocimiem, a wkrótce potem jeszcze raz pod Żurawnem. Na podstawie rozejmu w Żurawnie Polska odzyskała część Podola, a po rozgromieniu armii tureckiej pod Wiedniem w roku 1683 i kolejnych zwycięstwach Ligi Świętej, na mocy pokoju karłowickiego z roku 1699, Polska odzyskała resztę utraconych terytoriów i uwolniła się od „upominków” na rzecz Chanatu Krymskiego, któremu też zabroniono organizowania łupieżczych wypraw na Rzeczpospolitą.

Pokój w Buczaczu był dla Chanatu Krymskiego bardzo wygodny. Oto nie musiał on już urządzać żadnych łupieskich wpraw na Rzeczpospolitą, co było jednak ryzykowne. Tymczasem na podstawie tego pokoju już nie Tatarzy, ale król polski zobowiązywał się łupić swoich poddanych, dzięki czemu Tatarzy mieli to, na czym im zależało, bez najmniejszego ryzyka. Nie da się ukryć, że między pokojem w Buczaczu, a realizowanym obecnie przez Polskę programem zbrojeniowym jest daleko idące podobieństwo. Skoro zadłużamy się, by kupić broń, którą – jeśli nawet nie wyślemy za darmo na Ukrainę, to – zgodnie z deklaracją pana prezydenta Dudy i pana ministra Błaszczaka, że chodzi o to, byśmy nie musieli walczyć – będzie ona spoczywała w magazynach, podczas gdy polski rząd będzie musiał łupić własnych obywateli, żeby lichwiarskiej międzynarodówce spłacić zaciągnięte długi wraz z procentami. Sytuacja Polski pod tym względem będzie więc taka sama jak Rzeczypospolitej po pokoju w Buczaczu, z tą różnicą, że trzeba będzie płacić haracz nie Tatarom, tylko lichwiarskiej międzynarodówce, która w ten sposób podbije Polskę bez choćby jednego gniewnego wystrzału ze zmagazynowanej broni.

Stanisław Michalkiewicz  

Poprzedni artykułByły minister zatrzymany przez CBA. Chodzi o przetargi dotyczące wywozu śmieci
Następny artykułBezemisyjność budynków do 2028 r. to wysoko zawieszona poprzeczka [WYWIAD Z MARCINEM WALEWSKIM]