Uruchomiony w 2006 r. Twitter coraz agresywniej cenzuruje nie tylko reklamy czy treści dotyczące polityki – w tym np. afery Huntera Bidena, syna prezydenta Joe Bidena. Wszechpotężnym moderatorom podpadły także kwestie klimatyczne. Wejście do Twittera Elona Muska daje nadzieję na przywrócenie wolnego dyskursu publicznego oraz na równe traktowanie firm prezentujących różne idee, strategie rozwoju i produkty.

Brett Jordan/Pexels

Twitter zabronił reklamodawcom wyświetlania reklam, które „są sprzeczne z naukowym konsensusem w sprawie zmian klimatu”.
„Uważamy, że negacjonizm klimatyczny nie powinien być monetyzowany na Twitterze, a fałszywe reklamy nie powinny umniejszać ważnych rozmów na temat kryzysu klimatycznego” – takie oświadczenie wydali ostatnio Sean Boyle, dyrektor Twittera ds. zrównoważonego rozwoju oraz Casey Junod, globalny menedżer firmy ds. zrównoważonego rozwoju.

Znamienne jest, że firma ogłosiła swoje stanowisko w tej kwestii w Dniu Ziemi, czyli 22 kwietnia. Wpisała się tym samym w politykę popierania „jedynie słusznych” przedsiębiorców z jakoby krystalicznie „czystej” pod każdym względem branży OZE, a zarazem w politykę sekowania wszystkich, których model biznesowy jest odmienny, a często też konkurencyjny.

Urzędnicy Twittera, zakazując reklam „wykorzystujących wprowadzające w błąd treści”, tym razem wystąpili z imienia i nazwiska. Nowe podejście giganta ma być oparte na jakoby „autorytatywnych źródłach” wyrokujących w kwestiach klimatycznych. Ale jedynym poważanym i cytowanym źródłem jest dla nich Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) – organ ONZ, co do którego rzetelności raportów od dawna istnieje mnóstwo znaków zapytania, stawianych także przez świat naukowy. Według IPCC, w latach 1901-2020 doświadczyliśmy globalnego ocieplenia na całej Ziemi o średnio 1,5 stopnia Celsjusza. Organizacja owa ukuła i z uporem maniaka upowszechnia informację o osiągniętym „konsensusie naukowym” w kwestii jedynie antropogenicznego źródła zmian klimatycznych.
Nie byłoby to może tak bardzo bulwersujące, gdyby nie fakt, że ów „konsensus” jest systematycznie wzmacniany medialną propagandą głównego nurtu i urasta do miary współczesnego dogmatu. Za klimatyczny dogmat o złym człowieku zostawiającym śmiertelny ślad węglowy niektórzy nie tylko daliby się pokroić, ale innych – mających odmienne zdanie – chętnie skierowaliby na stos. W każdym razie zamknęliby im usta, wykluczając raz na zawsze ze społecznościowej „socjety”.

Nie tylko CO2

Tymczasem na podstawie tych samych (lub podobnych) danych pomiarowych inni uczeni wyciągają na temat zmian klimatycznych diametralnie różne wnioski. Obecnie już wiemy, że na niewątpliwy, obserwowany w ostatnich latach wzrost temperatury, wpływ ma nie tylko dwutlenek węgla, ale również metan, tlenki azotu, a przede wszystkim cząsteczki pary wodnej obecnej w atmosferze. Według izotopowych pomiarów tylko 5 proc. z CO2 znajdującego się obecnie w atmosferze ziemskiej pochodzi ze spalania paliw kopalnych, zwiększając naturalny efekt cieplarniany zaledwie o 0,05 do 0,25 procenta.

Winna aktywność Słońca?

Grupa badaczy skupiona wokół J. Hansen’a w Goddard Institute for Space Studies NASA wskazuje, że klimat Ziemi zmienia się z roku na rok i ze stulecia na stulecie. Jest to całkowicie normalne i nie przynosi żadnej katastrofy. Człowiek już nie raz wykazał się zdolnościami do „miękkiej adaptacji” do tych zmian bez podejmowania rewolucyjnych, wymuszanych politycznie czy w inny sposób, działań. Wiele innych publikacji w kwestii zmian klimatycznych skrupulatnie wyrzucanych poza nawias owego „konsensusu naukowego” wskazuje, że np. zmiany temperatury w innym okresie – w latach 1860-1990 – pokrywały się… ze zmianami aktywności Słońca i wzrostem temperatury wód oceanu. To już jednak nie pasuje twórcom wizji apokalipsy klimatycznej dokonującej się jakoby głównie za sprawą złej aktywności cywilizacyjnej człowieka. Odmienne wyniki badań oraz opinie na temat kształtowania się klimatu są etykietowane jako „foliarstwo” i coraz agresywniej sekowane z przestrzeni debaty publicznej.

Skąd znamy takie nastawienie i działanie? Popatrzmy choćby na kwestie dotyczące pandemii COVID-19, czy na najnowszą sprawę – wojnę na Ukrainie. Wszystkie, nawet odrobinę odmienne od głównego i nachalnego przekazu interpretacje tych zdarzeń, są natychmiast „etykietowane” jako głupie bądź groźne, wyśmiewane i kastrowane.

Twitter nie był pierwszy w skrupulatnym cenzurowaniu. Wcześniej prezentowania niektórych treści zabroniły Google i Pinterest. Nawet bardzo rzeczowych postów udowadniających, że ogłoszone zmiany klimatu, dokonujące się jakoby wyłącznie za sprawą człowieka, są elementem oszustwa, a może nawet szerszej mistyfikacji. Wszystko jest możliwe – szczególnie, gdy w grę wchodzą decyzje sprzyjające wydatkom setek miliardów dolarów rocznie publicznych pieniędzy, wspierające już całkowicie prywatne inwestycje.

W stronę wolności?

Bardzo wysoka (44 mld dolarów), w stosunku do kapitalizacji i wyników finansowych Twittera, oferta Elona Muska zakupu platformy została pierwotnie odrzucona. Czy nie dlatego, że Musk jest jednym z największych krytyków tego medium i opowiada się za wolnością słowa? „Wolność słowa jest podstawą funkcjonującej demokracji, a Twitter to cyfrowy plac miejski, na którym debatuje się o sprawach kluczowych dla przyszłości ludzkości” – mówi Elon Musk. Nowy Twitter ma więc stanowić przyjazną przestrzeń także dla krytyków społecznej i politycznej poprawności, pozwalając również im na swobodne (co nie oznacza, że generowane przez booty czy opłacanych trolli) wyrażanie poglądów.

Środowiska i inwestorzy skupieni obecnie wokół platformy segregującej treści według (na ogół) jedynie sobie znanych kryteriów (tylko czasem ogłaszanych) i algorytmów, mają świadomość, że skanalizowanie myślenia setek milionów ludzi na tych, a nie innych treściach ma wartość znacznie wyższą niż wyłożone przez Muska 44 miliardy dolarów. Tak czy inaczej, oni nie odpuszczą.

Poprzedni artykułMagdalena Rzeczkowska nowym ministrem finansów
Następny artykułRuszył XIV Europejski Kongres Gospodarczy Jakie wnioski przyniósł pierwszy dzień debat?