Informacja o tym, że w Europie brakuje pracowników coraz częściej pojawia się w zachodnich mediach. Jak to możliwe, że istnieją firmy, które nie mogą znaleźć pracowników, a jednocześnie są bezrobotni, którzy nie mogą znaleźć pracy? W samej tylko Hiszpanii ponad 3,3 miliona ludzi pozostaje bez zatrudnienia.

jannonivergall/Pixabay

Wszystko to dzieje się za sprawą braku wykwalifikowanej kadry. I kiedy mowa o kwalifikacjach nie chodzi o wykształcenie akademickie, ale o posiadanie wiedzy w konkretnej – często bardzo wąskiej – dziedzinie. Co więcej, brakuje ośrodków, które kształciłyby specjalistów. Co z tego, że produkujemy magistrów, skoro szkolnictwo nie odpowiada potrzebom rynku. Dane z największych gospodarek świata wskazują na bardzo wyraźny trend popandemicznego ożywienia, które jednak nie może być w pełni wykorzystane, bo najzwyczajniej w świecie nie ma komu pracować!

Jest źle, a będzie jeszcze gorzej?

W USA braki pracowników są widoczne od miesięcy. W lipcu br. niedobór siły roboczej w Stanach Zjednoczonych osiągnął szczyt wszech czasów – z prawie 11 milionami wakatów. Tymczasem w Europie trwa zaklinanie rzeczywistości. Jak mantra powtarzane jest, że sytuacja dotyczy tylko niektórych sektorów. Jednak, jak pokazuje kazus Wielkiej Brytanii, brak pracowników połączony z niedoborami paliw jest potencjalnym zagrożeniem – nawet stanem wyjątkowym. A Wielka Brytania nie jest odosobnionym przypadkiem. Brexit był tam niewątpliwie punktem zwrotnym, ale kryzys niedoboru siły roboczej jest powszechnym problemem w całej Europie, a także – jak już wspomniano – w Stanach Zjednoczonych.

Wielka Brytania pogrążona jest w chaosie z powodu braku przewoźników. Brakuje ponad 100 tys. kierowców ciężarówek. Sceny paniki i ponaddwugodzinne kolejki przed stacjami paliw obiegły cały świat. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Brytyjskie stowarzyszenie producentów mięsa informuje, że w ich sektorze braki kadrowe przekraczają już ponad 15 proc. i przewiduje w grudniu problemy z produkcją i dostawą świątecznych dań. Brakuje też rzeźników, dozorców, magazynierów… W kraju, w którym bezrobocie wynosi 4,7 proc. niektóre firmy zatrudniają nawet więźniów na przepustach, bo po prostu nie mogą znaleźć pracowników. Angielski kryzys? A może kontynentalna katastrofa?

Nawet w krajach takich jak Hiszpania szczyt sezonu turystycznego okazał się nie lada wyzwaniem dla przedsiębiorców. „Trudno jest znaleźć pracownika, a w niektórych częściach Hiszpanii jest to wręcz niemożliwe” – mówi Emilio Gallego, prezes Hospitality of Spain.
Gallego tłumaczy zaistniałe zjawisko czynnikami demograficznymi (starzenie się społeczeństwa), zbyt wysokimi oczekiwaniami osób z wykształceniem akademickim, a także sezonowością zatrudnienia, zwłaszcza w takich sektorach jak turystyka i gastronomia. W przypadku barów i restauracji kryzys pogłębiła pandemia. „Ciągłe zamknięcia i otwarcia rodzą niepewność, przed którą wielu pracowników ucieka” – wyjaśnia.

Emigranci rozwiązaniem?

Wbrew oczekiwaniom polityki otwartych granic (2016 r.) tzw. uchodźcy nie zapełnili wakatów, lecz urzędy specjalizujące się w pomocy społecznej. Choć brzmi to strasznie imigranci nie pomogą w rozwiązaniu problemów europejskiego rynku pracy. Nie można też  zapominać, że często są to ludzie bez dokumentów potwierdzających ich tożsamość czy wykształcenie, nie znający języka – nie mówiąc już o różnicach kulturowych. Proces ich asymilacji zajmie lata, a problem z brakiem pracowników należy rozwiązać już teraz!
Poza tym, jak pokazują przykłady takich krajów jak Francja czy Niemcy, imigranci nie przyjeżdżają do Europy pracować, ale by korzystać z dobrobytu wypracowanego przez naszą kulturę.

Paradoks braku pracowników

Problem, którego doświadczają firmy niemogące znaleźć pracowników i problem bezrobotnych bezskutecznie szukających pracy wynika przede wszystkim z niedopasowania podaży i popytu na rynku pracy. Innymi słowy wiele osób, które straciły pracę posiada umiejętności i wiedzę, które nie są już poszukiwane na rynku, zaś firmy chcą pracowników o profilach, które do tej pory nie cieszyły się największą popularnością wśród studentów.

Powyższe pokazuje, że wbrew twierdzeniom wielu, skuteczność polityk gospodarczych nie jest oparta na prostych rozwiązaniach. Każdy kto tak uważa jest w błędzie. Ekonomia jest jedną z najbardziej złożonych nauk, opartą nie tylko na suchych kalkulacjach, ale przede wszystkim na bacznym obserwowaniu zjawisk społecznych i przewidywaniu skutków panujących w danym okresie tendencji. Otwarcie uniwersytetów w Polsce w okresie transformacji jest tego najlepszym przykładem. W tym czasie uczelnie państwowe zwiększyły ponad pięciokrotnie liczbę miejsc, co miało na celu przesunięcie w czasie momentu wejścia na rynek ludzi młodych, a dzięki temu zapobiec całkowitemu załamaniu się rynku pracy w dobie największego bezrobocia. Aby zachęcić ludzi do kontynuowania nauki na uniwersytetach, rozpoczęto brutalną walkę ze szkołami zawodowymi i technikami, które z roku na rok kończyło coraz mniej uczniów. Efekty krótkowzroczności polityków z tamtego okresu odczuwamy obecnie.

Jaki z tego wniosek? Eurokraci powinni zrezygnować z doraźnych i z pozoru najprostszych rozwiązań, takich jak zaproszenie wszystkich na Stary Kontynent. Od polityków – oprócz uczciwości – oczekuje się umiejętności myślenia strategicznego, które pozwala każdą decyzję zanalizować pod kątem tego, co może wydarzyć się w przyszłości.