Zapraszamy na najnowszy felieton Stanisława Michalkiewicza – o szczytowaniu w Glasgow i specjalnym zegarze odmierzającym czas, jaki pozostał do końca świata…

Nie jest dobrze. Jeszcze niedawno wydawało się, że koniec świata – o ile nastąpi – będzie rezultatem wojny o praworządność i demokrację w naszym i tak już wystarczająco nieszczęśliwym kraju – bo pod pretekstem zwłoki w nakazanym rozpędzeniu Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, Unia Europejska nałożyła na Polskę milion euro kary dziennie, do czego dochodzi dodatkowe pół miliona euro dziennie za zwłokę we wstrzymaniu wydobycia w kopalni Turów. Jakby tego było mało, to Komisja Europejska, na rzecz której te kary mają wpływać, będzie je sobie potrącała z należnej Polsce subwencji budżetowej, z której po paru miesiącach już niewiele może zostać, a poza tym – grozi zablokowaniem pieniędzy z Funduszu Odbudowy. Co prawda większość tych pieniędzy to pożyczka, ale część to subwencje. W związku z tym, że to pożyczka, na wieść, że rząd rozważa wzięcie pożyczki w Chinach, „Gazeta Wyborcza” podniosła klangor, bo pożyczki – wiadomo – można brać tylko u Goldmana, a nie u jakichś Chińczyków, wśród których Goldmanom trudno się zakonspirować ze względu na żółtą skórę i skośne oczy. Ale mniejsza o te szczegóły, bo przecież chodzi o koniec świata, a to przecież poważna sprawa. W jaki sposób utrata subwencji budżetowej i zablokowanie Funduszu Odbudowy może doprowadzić do końca świata?

Nie chodzi oczywiście o koniec świata jako takiego, ale o dobry fart dla rozrastającej się niczym grzyb trujący i pokrzywa rzeszy biurokratów. Powtarzają oni za poetą: „my tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli”. To dlatego, a ściślej – przede wszystkim dlatego – Polska została przyłączona do Unii Europejskiej, bo kiedy już rozleciała się RWPG, to nie było gdzie umoczyć ust w melasie, a w tej sytuacji Unia Europejska pojawiła się niczym oaza na pustyni. Toteż armia naszych dobroczyńców zaczęła wyprzedawać suwerenność w zamian za subwencje, w następstwie czego nasz nieszczęśliwy kraj uzależnił się finansowo od UE, jak narkoman uzależnia się od narkotyków. W tej sytuacji szantaż finansowy może jawić się jako coś w rodzaju końca świata, ale tylko środowiskowego.

Minęło kilkanaście dni i okazało się, że koniec świata owszem – nadchodzi – ale zupełnie z innej strony. „Gazeta Wyborcza” umieściła nawet specjalny zegar, który odlicza sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące i lata dzielące nas od nieuniknionego końca świata. Tak się składa, że termin końca świata pokrywa się z terminem, w którym ma nastąpić „dekarbonizacja” Polski, żeby ratować „planetę” przed zagładą. Bo „planecie” grozi zagłada z powodu nadmiernej ilości złowrogiego dwutlenku węgla w atmosferze. Jest on „gazem cieplarnianym”, więc im więcej go jest, tym „planeta” coraz bardziej się ogrzewa, wskutek czego może nastąpić koniec świata. Szefowie biurokratycznych gangów zjechali się w związku z tym na klimatyczne szczytowanie w Glasgow, a za nimi pojawiły się tam tłumy młodzieży, która nie zaniedbuje żadnej okazji, by pod pretekstem troski o losy „planety”, powłóczyć się po świecie, pobzykać, wypić, zakąsić i tak dalej.

Nawiasem mówiąc, Umiłowani Przywódcy, którzy wiedzą, że nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go, nie uradzili nawet tego, jakby tu zmniejszyć „planecie” temperaturę o 1,5 stopnia Celsjusza, po czym powsiadali do samolotów, których zleciało się tam tyle, że w powietrzu zrobiły się korki. Wywołało to zrozumiałe rozgoryczenie zgromadzonych tłumów postępowej młodzieży, która, jak się wydaje, nawet nie powąchała okruszków ze stołu pańskiego. Ale nie o to chodzi, tylko o to, że temperatura wzrasta „planecie” z powodu nadmiernej emisji zbrodniczego dwutlenku węgla, który powstaje wskutek spalania węgla kamiennego i brunatnego. W tej sytuacji nie ma rady; trzeba przestać palić węglem. No dobrze – ale czym w takim razie palić? Palić trzeba albo gazem i dlatego właśnie Rosja do spółki z Niemcami zbudowała gazociąg Nord Stream 2, by po dekarbonizacji państwa Europy Środkowej musiały kupować rosyjski gaz od Niemiec – albo ogniem atomowym. W związku z tym już przed laty ustanowione zostały limity emisji zbrodniczego dwutlenku węgla. Na przykład w roku 2020 Niemcy otrzymały limit emisji 437,5 mln ton dwutlenku węgla, Francja – 363 mln ton, a Polska 204 mln ton. Problem polega na tym, że w takiej np. Francji większość energii elektrycznej pochodzi z elektrowni jądrowych, w których nie ma emisji dwutlenku węgla, podczas gdy polska energetyka oparta jest na węglu. Żeby tedy normalnie funkcjonować i zaopatrywać kraj w energię elektryczną, polskie elektrownie muszą dokupować limity emisji we Francji czy w Niemczech – oczywiście nie za darmo. Krótko mówiąc, polski przemysł, chcąc normalnie funkcjonować, musi opłacać się Niemcom, czy Francji. Wszystko oczywiście dla dobrostanu „planety”.

Ale w tej sytuacji nie od rzeczy będzie przypomnieć niemiecki projekt Mitteleuropa z 1915 roku. Dotyczył on organizacji obszaru Europy Środkowej i Wschodniej po ostatecznym zwycięstwie niemieckim, które wtedy wydawało się realne. Projekt ten przewidywał zorganizowanie na tym obszarze państw pozornie niepodległych, ale faktycznie – niemieckich protektoratów – jak to wynikało z aktu 5 listopada 1916 roku, podpisanego przez generałów Beselera i Kuka. Gospodarki tych bantustanów miały być uzupełniające dla gospodarki niemieckiej i peryferyjne. Ale w roku 1918 Niemcy wojnę przegrały – a w każdym razie tak się wszystkim wtedy wydawało, więc projekt nie został wprowadzony w życie. Jednak państwo poważne nigdy nie zapomina o swoich interesach, więc kiedy tylko Niemcy odzyskały swobodę ruchów w Europie i wysadziły w powietrze Heksagonale, czyli taką prefigurację Trójmorza, zaczęły same wypełniać polityczną próżnię powstałą w Europie Środkowej po ewakuacji stąd imperium sowieckiego, poprzez forsowanie rozszerzania na wschód Unii Europejskiej, której były i są politycznym kierownikiem. I 1 maja 2004 roku, kiedy to 8 państw środkowo-europejskich zostało przyłączonych do Unii Europejskiej, zaistniały polityczne warunki dla wznowienia projektu Mitteleuropa, który jest obecnie realizowany przy pomocy rozmaitych narzędzi, między innymi tych, które pojawiły się wskutek rozhuśtania histerii ekologicznej.

Oczywiście o tym nie trzeba głośno mówić, natomiast głośno należy mówić o ratowaniu „planety” przed nieuchronnym końcem świata i ekscytowania w tym kierunku niedoświadczonych młodych ludzi, którzy myślą, że to wszystko naprawdę. Co z tego mają stare wygi z „Gazety Wyborczej”, to sprawa osobna, ale z pewnością coś z tego muszą mieć, skoro nie tylko podniosły klangor, ale w dodatku uruchomiły zegar odmierzający czas, jaki pozostał do końca świata.

Stanisław Michalkiewicz