Grupa posłów Prawa i Sprawiedliwości złożyła projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt. Treść jego zapisów duża część polskich przedsiębiorców i rolników przyjęła z wściekłością i niezrozumieniem. Planowane zmiany mogą być fatalne w skutkach. Wszystko za sprawą trzech zapisów, które mogą pojawić się w polskim prawie – likwidacją hodowli zwierząt futerkowych, ograniczeniem produkcji mięsa na potrzeby wspólnot religijnych i rozszerzenia uprawnień organizacji ekologicznych.

Już w poprzedniej kadencji Sejmu pojawiło się kilka bliźniaczych projektów, które jednym cięciem likwidowały ubój rytualny oraz hodowle zwierząt futerkowych. Wtedy ustawy składały Platforma Obywatelska, Nowoczesna i grupa posłów Prawa i Sprawiedliwości. Różniły się one nieznacznie, ustalając różny czas vacatio legis. Rekordzistka, czyli ustawa, w której przedstawicielem wnioskodawców był ówczesny poseł Krzysztof Czabański, dawała rolnikom kilka miesięcy na „zwinięcie” swojej działalności.

Faktycznie jednak większych różnić trudno było się doszukiwać, a to dlatego, że dokument powstawał podczas prac Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt, w którego skład wchodzili obrońcy praw (sic!) zwierząt oraz część lewicowo usposobionych polityków. Efektem debat okazały się projekty, które negatywnie oceniło zarówno Biuro Legislacyjne Sejmu RP, jak i Biuro Analiz Sejmowych. W piątek złożono jednak projekt, który niemal nie odbiega od wcześniejszych i ma być procedowany już w najbliższym czasie. Co istotne, vacatio legis ustawy określono na zaledwie jeden rok.

Hodowla zwierząt futerkowych zagrożona

Kolejny raz osią projektu okazała się głośna sprawa hodowli zwierząt futerkowych, którą wnioskodawcy chcieliby zdelegalizować. Trudno doszukiwać się logicznych argumentów ekonomicznych delegalizacji branży działającej w oparciu o i tak restrykcyjne przepisy prawa, dodatkowo rozszerzone przez samych hodowców, którzy dobrowolnie poddali się systemowi międzynarodowej certyfikacji gospodarstw. Dodatkowym problemem jest tu pandemia koronawirusa, która sparaliżowała światowe rolnictwo i odcisnęła swoje wyraźne piętno na kondycji finansowej gospodarstw – także w Polsce. Dziś dramat rolników zyskać ma barwy ustawy autorstwa obozu rządzącego.

Hodowla zwierząt futerkowych w Polsce to – jak utrzymują organizacje branżowe – kilka tysięcy miejsc pracy bezpośrednio na fermach i kilkanaście tysięcy osób ściśle kooperujących z fermami. Polska zajmuje drugie miejsce w Europie i trzecie na świecie pod względem skali produkcji i pierwsze, kiedy za kryterium przyjmiemy jej jakość. To właśnie ten komponent jest tu kluczowy – im wyższy standard hodowli, tym wyższy zysk gospodarstwa.

Jako dział specjalny produkcji rolnej fermy futrzarskie podlegają ścisłej kontroli Inspekcji Weterynaryjnej. O ile gospodarstwa zajmujące się hodowlą zwierząt na mięso, mleko czy jaj kontrolowane są w odsetku nie przekraczającym 3 proc. w skali roku, o tyle hodowle zwierząt futerkowych muszą mierzyć się z kontrolami obejmującymi 97 proc. gospodarstw rocznie. Branża, co ważne, w niemal 100 proc. oparta jest na polskim kapitale, a od roku 2010 nie powstała w Polsce żadna ferma futrzarska, w której przeważający nie byłby polski kapitał. Same gospodarstwa powstają zaś zazwyczaj na terenach byłych PGR-ów, czyli na obszarach o wysokim bezrobociu strukturalnym.

Eksport artykułów futrzarskich z Polski to niemal 100 proc. produkcji, a według ostatnich danych z roku 2018 przekroczył on 1,5 mld złotych. Nie jest to jednak jedyna korzyść jaką Polska odnosi dzięki fermom zwierząt futerkowych.

Aspekt utylizacyjny hodowli zwierząt futerkowych

Jedną z najważniejszych zalet hodowli jest funkcja, jaką pełnią one w procesie utylizacji produktów pochodzenia zwierzęcego (UPPZ). Jest to niezwykle korzystnie wpływające na środowisko wykorzystanie zwierząt mięsożernych, jakimi są np. norki amerykańskie. Hodowla zwierząt futerkowych jest najbardziej ekologiczną formą zagospodarowania ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego. Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie w Katedrze Hodowli Zwierząt Futerkowych wykazały, że sprawność utylizacyjna ferm wynosi od 77 do 95 proc. Znaczy to, że zwierzęta utylizują kilkakrotnie więcej odpadów mięsnych niż same ważą.

Warto przyjrzeć się w tym kontekście kwestii umiejscowienia hodowli zwierząt na futra w łańcuchu produkcji rolnej. Istotnym czynnikiem jest wspomniana wartość utylizacyjna norek amerykańskich (ponad 98 proc. rodzimej produkcji okrywy włosowej zapewnia ten właśnie gatunek), które żywią się ubocznymi produktami pochodzenia zwierzęcego kat. II i III, czyli – mówiąc obrazowo – tym, co nie nadaje się do spożycia przez człowieka, a co stanowi pozostałość po produkcji drobiu czy przetwórstwie rybnym.

Jak informowała dwa lata temu ówczesna wiceminister rolnictwa Ewa Lech, zwierzęta futerkowe utylizują w formie paszy ponad 700 tys. ton ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego, co przekłada się na zysk dla producentów drobiu i ryb w wysokości około 1 mld zł rocznie.

Dziś strumień pieniędzy płynie od hodowców zwierząt na futra do drobiarzy i przedstawicieli branży rybnej, którzy sprzedają fermom futrzarskim swoje pozostałości poprodukcyjne. Gdyby hodowle norek amerykańskich zniknęły z rolniczej mapy Polski, odpady musiałyby zostać zutylizowane w sposób konwencjonalny, czyli po prostu spalone. Spalone zresztą ze szkodą dla środowiska naturalnego.

Firmy utylizacyjną uzyskają monopol?

Obecnie około 95 proc. rynku utylizacyjnego należy do firm o obcym kapitale: Remondis International GMBH (Niemcy, kapitał zakładowy w Polsce: 66 319 000 zł), Sonac Brunen GMBH (Niemcy, kapitał zakładowy: 8 200 000 zł), Sanrec GMBH (Niemcy, kapitał zakładowy w Polsce: 12 200 000 zł), Darling Igredients Holding B.V. (Holandia, kapitał zakładowy w Polsce: 1 580 000 zł), APC Europe S.L. (Hiszpania, kapitał zakładowy w Polsce: 20 000 000 zł), Saria International GMBH (Niemcy, kapitał zakładowy w Polsce: 34 282 000 zł).

Większość z wymienionych firm funkcjonuje jako spółki-córki Rethmann (kapitał niemiecki). Szczególną rolę odgrywa firma Saria International GMBH. W państwach, w których likwidowane są hodowle zwierząt na futra, w niedługim czasie obserwowana jest ekspansja firm utylizacyjnych, co doprowadza do częściowej monopolizacji tych rynków. Tak stało się w Holandii, gdzie w 2012 roku Saria powiększyła swoje wpływy, zdobywając większościowy pakiet akcji firmy Teeuwissen, znacząco wzmacniając swoją pozycję na rynku utylizacyjnym w tym kraju. W 2012 roku rząd Holandii wprowadził zakaz hodowli zwierząt na futra. Zaraz po wejście w życie nowego prawa Saria połączyła się z Van Hessen, istotnie zwiększając swoje udziały w rynku i stając się największym zakładem utylizacyjnym w kraju. Saria działa także w Austrii, w Niemczech (zakaz hodowli zwierząt futerkowych wprowadzono tam w 2017 roku) oraz w Czechach (zakaz hodowli zwierząt futerkowych wprowadzono tam w 2017 roku). Wejście Sarii na te rynki zbiegło się w czasie z wprowadzeniem w tych krajach zakazu hodowli zwierząt futerkowych, czyli największego konkurenta spalarni odpadów pozwierzęcych. Od kilku lat Saria obecna jest także na polskim rynku.

Mało tego – wyraźnie widoczne są działania firm utylizacyjnych, które próbują (poprzez NGO i think-thanki) wpływać na proces prawodawstwa w Polsce w sposób, który jest korzystny dla prowadzonych przez nie interesów. Takie działania noszą znamiona wojny hybrydowej i gospodarczej. W filmie opublikowanym w 2014 r. liderka Stowarzyszenia Otwarte Klatki, Dobrosława Gogłoza przyznała, że jej organizacja obrała sobie za cel zniszczenie polskiego przemysłu futrzarskiego, a cały proces ma się dokonać we współpracy ze spółką Saria, której nazwa wprost pada w nagraniu pt. Przychodzi utylizator do ekologa.

W październiku 2017 r. Saria złożyła do UOKiK wniosek o przejęcie wyłącznej kontroli nad spółkami zajmującymi się przetwarzaniem ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego: Struga S.A., Kemos Sp. z o.o., Eko-Stok Sp. z.o.o.. UOKiK pozytywnie rozpatrzył wspomniany wniosek. Eliminacja polskiej branży futerkowej doprowadzi do monopolizacji rynku utylizacyjnego w Polsce.

Monopolizacja może skutkować dyktowaniem cen żywności na całym rynku oraz windowaniem ich poprzez narzucanie wysokich stawek za utylizację. Saria może posiadać dziś około 50 proc. udział na polskim rynku utylizacyjnym, a udział obcego kapitału może wynieść tu nawet 95 proc. Doprowadzić to może do zmniejszenia konkurencyjności, a nawet do bankructwa szeregu rodzimych hodowli drobiu, bydła mięsnego oraz mlecznego, trzody chlewnej czy przemysłu przetwórstwa rybnego.

Likwidacja hodowli zwierząt futerkowych doprowadzić może do monopolizacji polskiego rynku odpadów poubojowych i do groźnego uzależnienia cen żywności w Polsce od decyzji jednego podmiotu gospodarczego. Sytuacja ta jest więc wyraźnie niebezpieczna z punktu widzenia interesu gospodarczego państwa.

Ubój rytualny także do likwidacji?

Innym zagrożeniem, które niesie nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt jest likwidacja komercyjnej produkcji mięsa w systemach halal i koszer, a zatem tego, które przeznaczone jest na potrzeby wspólnot religijnych. To zresztą kolejny atak wymierzony w tę branżę. Atak, który w 2014 decyzją Trybunału Konstytucyjnego uznany został za niezgodny z ustawą zasadniczą.

Krajowa Rada Drobiarska – Izba Gospodarcza szacuje, że w ramach uboju rytualnego pozyskuje się 1/5 mięsa drobiowego w Polsce. Mięso halal i koszer stanowi także aż 40 proc. eksportu mięsa drobiowego z Polski (Polska jest największym eksporterem drobiu w UE). Straty w eksporcie mogą wynieść tu około 6 mld złotych w skali roku. Także eksport wołowiny ucierpi na zakazie produkcji mięsa pozyskiwanego na potrzeby wspólnot religijnych i przeznaczonego na eksport. Ponowne wprowadzenie do polskiego prawa zakazu uderzy przede wszystkim w małe gospodarstwa rolne hodujące bydło, gdyż to od nich pochodzi eksportowany żywiec. W przypadku sektora bydła mięsnego eksport halal i koszer wyceniany jest dziś na około 1,5 mld złotych. Sam tylko ubój rytualny – w przypadku likwidacji możliwości eksportu w obu branżach – spowodowałby wyrwę w handlu międzynarodowym na poziomie 7,5 mld złotych – to 1/3 wartości rocznej programu Rodzina 500+.

Ekolodzy staną się jeszcze bardziej potężni?

Ustawa rozszerzyć ma także uprawnienia organizacji ekologicznych, które – gdy tylko zapis o ochronie zwierząt widnieć będzie w ich statucie – już w miesiąc po podpisaniu ustawy przez prezydenta będą mogły wejść na teren dowolnego gospodarstwa, podwórka, mieszkania czy domu i – wedle własnego uznania – odebrać w asyście policji zwierzęta właścicielowi. Jedynym warunkiem jest uznanie przez aktywistów – nie mających przecież żadnego merytorycznego przeszkolenia – że zwierzęta utrzymywane są w niewłaściwych warunkach.

W tej sprawie głos wielokrotnie zabierały związki kynologiczne, które niejednokrotnie okradane były – wówczas jeszcze bezprawnie – przez aktywistów z rasowych zwierząt o znacznej wartości. Skala absurdów była tu ogromna. Jak twierdzą eksperci, niejednokrotnie dochodziło bowiem do zaborów zwierząt w sytuacji, gdy ich naturalną budowę ciała uznawano za przejaw znęcania się nad zwierzętami – jak choćby w przypadku chartów.

Niestabilność prawa

Zarówno Biuro Legislacyjne jak i Biuro Analiz Sejmowych przed dwoma laty uznało zapisy delegalizujące hodowlę zwierząt futerkowych i możliwość prowadzenia uboju rytualnego za zapisy niezgodne z ustawą zasadniczą. Zdaniem prawników miały one naruszać zasadę swobody prowadzenia działalności gospodarczej oraz uderzać w wolność związków wyznaniowych.

Co ważne – niestabilność prawa może stawiać pod znakiem zapytania atrakcyjność naszego kraju jako kierunku lokowania nowych inwestycji. Jaką pewność będą mieć bowiem firmy, że lata ich starań nie zostaną zniweczone przez jedną ustawę? Na niekorzyść Polski działa także fakt nadmiernej aktywności pseudoekologów, którzy sprawili, że w naszym kraju – od czasu wejścia do Unii Europejskiej – zablokowano powstanie największej liczby inwestycji rolnych w całej Wspólnocie.

Wszystkie liczące się dziś związki, zrzeszenia, stowarzyszenia, spółdzielnie, federacje czy izby rolnicze mówią jednym głosem i frontalnie krytykują planowane zmiany w prawie, które zachwiać mogą stabilnością rodzimego sektora rolnego w sposób dokładnie zaplanowany przez zielonych lewicowych aktywistów. Rolnicy nie wykluczają także rekordowych protestów mających powstrzymać wejście w życie nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt.

  • autor jest Dyrektorem Instytutu Gospodarki Rolnej