Walka klasowa wymaga wskazania nieubłaganym palcem wroga klasowego i skoro już została ona przeniesiona na płaszczyznę medyczną, to wróg klasowy pojawił się natychmiast w postaci obywateli niezaszczepionych – pisze w swoim najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Zgodnie ze spiżowym spostrzeżeniem klasyka demokracji Józefa Stalina, w miarę postępów socjalizmu nasila się walka klasowa. Socjalizm u nas rozwija się w postępie geometrycznym, czego dowodem jest „Polski Ład”, zmierzający do ekonomicznego uzależnienia obywateli od rządu, bo coraz większa część ich dochodów nie będzie pochodziła z pracy tylko z rządowych zasiłków. Trudno by w tej sytuacji nie zaostrzała się walka klasowa – no i rzeczywiście się zaostrza, z tym że z płaszczyzny ekonomicznej została przeniesiona na płaszczyznę medyczną. Nietrudno to zrozumieć, skoro stare kiejkuty, czyli bezpieczniacy, nakradli się na etapie uwłaszczania nomenklatury, a Umiłowani Przywódcy robią to samo w ramach transformacji ustrojowej, to trudno by jedni i drudzy ostrze klasowej nienawiści kierowali na płaszczyznę ekonomiczną. Ale walka klasowa wymaga wskazania nieubłaganym palcem wroga klasowego i skoro już została ona przeniesiona na płaszczyznę medyczną, to wróg klasowy pojawił się natychmiast w postaci obywateli niezaszczepionych.

Nie tylko rząd, nie tylko opozycja, nie tylko rosnące rzesze ormowców: „aktywistów” i „sygnalistów”, ale również niezależne media głównego nurtu włączyły się w obmyślanie coraz to bardziej wyrafinowanych sposobów demaskowania i prześladowania wroga klasowego. Właśnie zyskaliśmy dowód w postaci protestu przeciwko nałożonego na media podatku, nazwanego „składką z tytułu reklamy”. Sygnatariusze protestu piszą m.in., że przecież „wspierają Polaków, jak i rząd w walce z epidemią, zarówno informacyjnie, jak i przeznaczając na ten cel zasoby warte setki milionów złotych”. Znaczy – zwalczają wroga klasowego, a tu taka czarna niewdzięczność. Ten żałośliwy argument przypomina retoryczne pytanie skierowane przez Mołotowa do niemieckiego ambasadora Schulenburga, który 22 czerwca 1941 roku wręczył mu wypowiedzenie wojny: „chyba na to nie zasłużyliśmy?”.

Ale – jak zauważył Aleksander de Tocqueville – nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niesprawiedliwości, jakich nie dopuściłby się rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy. Toteż nie tylko „składki” i „opłaty” mnożą się jak króliki, ale pojawiają się też racjonalizatorskie pomysły na zaostrzenie walki klasowej. Oto Wielce Czcigodna europosłanka PO Elżbieta Łukacijewska z okazji kolejnego, trzeciego już zaszprycowania swojego organizmu zaproponowała, by obywatele, którzy nie chcą się zaszczepić, płacili za leczenie z własnej kieszeni. I tak dobrze, że – w odróżnieniu od niektórych innych – jeszcze dopuszcza, iż w ogóle będą leczeni, ale przypuszczam, że to dlatego, iż Wielce Czcigodna w walce klasowej jeszcze nie zdążyła nabrać eksperiencji. No bo gdzie miała jej nabrać? Przecież nie w rzeszowskiej wyższej szkole gotowania na gazie, gdzie pilnie studiowała „marketing” i „zarządzanie” ani jako księgowa w wiejskiej szkole, ani jako wójt, chociaż tutaj już mogła się zapoznać z podstawami marksizmu-leninizmu. Prawdziwą edukację mogła jednak rozpocząć w Platformie Obywatelskiej, dzięki której jednym susem powiększyła grono Umiłowanych Przywódców w Sejmie – ale co z tego, kiedy w tak młodym wieku, bo zaledwie 55 lat, została zesłana na emeryturę do Parlamentu Europejskiego, stanowiącego, jak wiadomo, gabinet osobliwości „byłych ludzi”, czyli rodzaj Parku Jurajskiego?

Nawiasem mówiąc, w propozycji Wielce Czcigodnej jest racjonalne jądro, to znaczy – byłoby – gdyby jednocześnie zaproponowała zniesienie przymusu ubezpieczeń społecznych. Wtedy każdy, od kogo rząd nie zdarłby podatku zwanego „składką na ubezpieczenie społeczne” lub „zdrowotne”, płaciłby za leczenie, ale – chwała Bogu – miałby z czego. Kiedy jednak Wielce Czcigodna nawet nie zająknęła się na ten temat, to jej propozycja nosi znamiona przestępstwa publicznego nawoływania do kradzieży zuchwałej, a w tej sytuacji ma szczęście, że przed skutkami własnej głupoty chroni ją immunitet.

Bo też przymusowe ubezpieczenia społeczne same w sobie noszą znamiona kradzieży zuchwałej. Państwo pod przymusem ściąga od obywatela połowę dochodu, obiecując mu, że „kiedyś coś mu da”. „Kiedyś” – bo przecież Sejm całkiem niedawno dwukrotnie zmienił wiek emerytalny, więc – „kiedyś”. No i „coś” – bo Sejm w każdej chwili może zmienić sposób naliczania emerytury lub renty, więc – „coś”. W tej sytuacji, gdyby nie było przymusu, żaden przytomny człowiek takiej umowy by nie podpisał i dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe. Ale taka sytuacja wypełnia znamiona co najmniej dwóch przestępstw: Po pierwsze – zmuszanie kogoś przemocą do niekorzystnego rozporządzenia swoim mieniem – czyli do zapłacenia „składki”. Po drugie – grożenie użyciem przemocy w postaci przymusu państwowego, to znaczy – niezawisłego sądu i komornika, nadaje ściąganiu wspomnianej „składki” postać kradzieży zuchwałej.

Nie jest to, mówiąc nawiasem, jedyna forma kradzieży zuchwałej. Kiedy w lipcu 1992 roku odbywała się w Sejmie debata nad zawartością przyszłej konstytucji, poseł Korwin-Mikke zaproponował, by wpisać tam normę zakazującą uchwalania budżetu z deficytem, a każdą próbę obejścia tego zakazu ścigać właśnie jako kradzież zuchwałą. Odpowiedzią był wybuch śmiechu, bo większość zasiadających tam Wielce Czcigodnych idiotów uznała to za dowcip. Minęło jednak niecałe 30 lat i okazało się, że państwo ma dług publiczny, którego roczne koszty obsługi sięgają 50 mld złotych! Skąd on się wziął? Ano z kumulacji corocznych deficytów budżetowych, w następstwie czego obywatele wpychani są w coraz głębszą niewolę u lichwiarskiej międzynarodówki. To pokazuje, jak małą mądrością rządzony jest nasz nieszczęśliwy kraj.

Ale przymusowe ubezpieczenia społeczne mają jeszcze jeden złowrogi rys. W interesie obywateli leży bowiem to, by żyli możliwie jak najdłużej, choćby po to, żeby pieniądze zrabowane pod pozorem ubezpieczenia przynajmniej częściowo odzyskać. Tymczasem interes państwa jest dokładnie odwrotny – żeby obywatele żyli jak najkrócej, bo wtedy albo w ogóle nie dożyją wieku emerytalnego, albo – nawet jeśli dożyją, to pożyją kilka lat i po krzyku. W 2020 roku średnia długość życia mężczyzn wynosiła 74 lata, a więc zaledwie 9 lat dłużej niż wynosi wiek emerytalny. Tymczasem „składka” wynosząca około 50 proc. dochodu jest pobierana co miesiąc przez 30 lat – bo taki „staż” jest wymagany do uzyskania uprawnień emerytalnych. Mamy zatem do czynienia z ewidentną postacią kradzieży zuchwałej, a w tej sytuacji propozycja Wielce Czcigodnej Elżbiety Łukacijewskiej z brukselskiego Parku Jurajskiego wpisuje się w zaostrzającą się walkę klasową, która – jak to w socjalizmie – stanowi pretekst do eksterminacji „wroga klasowego”.

Stanisław Michalkiewicz 

Poprzedni artykułSkazany za wyłudzenie 50 milionów dotacji na zieloną energię
Następny artykułOto priorytety biznesu dla Unii Europejskiej