Najwyraźniej bywa tak, że system publicznej ochrony zdrowia jest bardziej nieludzki niż jego krytycy – pisze w kolejnym felietonie Michał Góra.

Państwa europejskie próbowały różnych środków, aby przekonać ludność do przestrzegania zaostrzonych rygorów sanitarnych. Dzisiaj już prawie wszystkie sięgnęły do standardowego repertuaru – sporej dawki przymusu, stosowanego zresztą nierzadko na wątpliwych podstawach prawnych. Za pomocą zabiegów retorycznych, udało się przekonać część ludzi, że ci, którzy zauważają pewien problem z takim obchodzeniem się z otwartym społeczeństwem, są zupełnie niewartymi uwagi defetystami. Obok środków przymusowych rządy stosują jednak również „miękkie” metody w postaci różnego rodzaju kampanii edukacyjnych i informacyjnych.

Polacy w kilku kwestiach postanowili skopiować kiepskie wzorce, mianowicie brytyjskie. Pomijając to, że zaimportowaliśmy „brytyjską odmianę wirusa” – o której wiemy już, że może być bardziej zaraźliwa i wpłynąć na niższy wiek osób ciężko przechodzących chorobę – przejęliśmy także akcję „klaskania dla medyków”. W Wielkiej Brytanii odbywała się ona pod szyldem „clapping for the NHS”. Niektórzy złośliwie nazwali takie zachowania „rytuałami”. Najbardziej mimo wszystko popularnym hasłem, na tle którego prezentuje się angielski premier i jego ministrowie, stało się „Stay Home – Protect the NHS – Save Lives”. Abstrahując już od tego, że niektórych w tym domu spotkała niestety wzmożona przemoc i nadużycia, to przeniesienie podobnego hasła do Polski skończyłoby się zapewne fiaskiem.

Wyobrażacie sobie Państwo slogan: „Zostań w domu – chroń NFZ”? Wprawdzie National Health Service nie jest dosłownym odpowiednikiem Narodowego Funduszu Zdrowia, ale jest to najbliższe tłumaczenie kontekstowe. W 2012 r. Wprost relacjonował wyniki badania CBOS, z którego wynikało, że aż „85 proc. ankietowanych źle ocenia działalność Narodowego Funduszu Zdrowia”. Gdyby Polacy usłyszeli, że mają „chronić NFZ”, to prawdopodobnie zachowywaliby się dokładnie odwrotnie, niż chciał tego rząd. Co w sumie mogłoby im wyjść na dobre. Wydaje się bowiem, że lepiej niż na blankietowym „zostań w domu” wyszli Japończycy ze swoją racjonalną regułą trzech C (od angielskiego „closed” – zamknięty, bliski). Rekomendowano unikanie zamkniętych pomieszczeń, zatłoczonych przestrzeni oraz bliskiego kontaktu. Rzecz w tym, że utrwaliło się chyba w nauce i społeczeństwie przekonanie o nieskuteczności takich „miękkich” metod działania. Szkoda. Może za kilka lat będzie to przedmiotem bezstronnych badań z zakresu psychologii, behawiorystki i socjologii. Kilku „marginalnych” myśliciel pochyli się z kolei nad tym, jaki wpływ na funkcjonowanie wolnych, demokratycznych społeczeństw ma upowszechnione przekonanie, że skutek można osiągnąć tylko za pomocą dużej dawki przymusu i „pedagogiki strachu”.

Na koniec wróćmy jeszcze do wspomnianego NFZ. Kiedy zaczął się cały bałagan z epidemią, niektórzy mówili, że życie trzeba ratować za wszelką cenę. Z moralnego punktu widzenia mają rację, ale jedno jest pewne – dotychczas tak systemowo nie postępowaliśmy. Wprawdzie w ustępie pierwszym art. 68 Konstytucji RP przewidziano, że „każdy ma prawo do ochrony zdrowia”, jednakże kruczek tkwi w ustępie drugim tego przepisu: „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa”. Co też w praktyce oznacza wspomniane „określenie w ustawie”? Choćby to, że w moim regionie trzeba było zorganizować prywatną zbiórkę pieniędzy na leczenie ciężko chorej osoby, ponieważ potrzebny jej lek „nie jest refundowany”. Zadecydował o tym arbitralnie jakiś urzędnik. I właściwie dlaczego miałbym nie wspominać o tym, że ze względu na rzadkość zasobów takie sytuacje zdarzały się i będą zdarzać w przyszłości? Najwyraźniej bywa tak, że system publicznej ochrony zdrowia jest bardziej nieludzki niż jego krytycy.