Każdy interwencjonizm państwa na rynku powoduje konieczność kolejnego interwencjonizmu, a ten następnego. Aż do totalnego zapętlenia się, uprzywilejowania jednych wobec drugich i całkowitej niesprawiedliwości. Wszelka ingerencja państwa powinna zostać przecięta jak węzeł gordyjski.

Tomasz Cukiernik

Ustawa o ochronie praw lokatorów z 2001 r. to typowy przykład socjalistycznego prawa, które miało chronić najemców, a zwróciło się przeciwko nim, dodatkowo uderzając też w wynajmujących. Przepisy ustawy uniemożliwiają wyrzucenie na bruk najemców, którzy nie mają w dyspozycji lokalu zastępczego. Jeżeli sąd zdecyduje, że eksmitowanemu przysługuje lokal socjalny, to komornik musi zaczekać, aż gmina przydzieli odpowiednie lokum, co może trwać bardzo długo. Jeśli nie ma innej opcji, to nawet wynajmujący (!) ma zapewnić wyrzucanemu najemcy (który np. uporczywie nie płaci czynszu) lokal zastępczy. Prawo do lokalu socjalnego bezwzględnie przysługuje kobietom w ciąży, osobom małoletnim, niepełnosprawnym, ubezwłasnowolnionym, emerytom i rencistom czy bezrobotnym. Od 2019 r. na pomieszczenie tymczasowe trzeba czekać… bezterminowo. Przestał bowiem obowiązywać zapis pozwalający na usunięcie dłużnika do noclegowni lub innej podobnej palcówki. Oznacza to, że eksmisja takiego najemcy może potrwać kilka miesięcy, a może i lat. Jakby tego było mało, między 1 listopada a 31 marca jeśli eksmitowany nie ma innego lokalu do zamieszkania, to komornik nie może usunąć takiej osoby z lokalu.

Omawiana ustawa to radykalne uderzenie w prawo własności prywatnej, czyli fundamentalną instytucję gospodarki rynkowej i jednocześnie cywilizacji zachodniej. Jej przepisy powodują, że właściciel nie może rozporządzać swoją własnością tak, jakby chciał, a musi robić to, co każe ustawodawca. Nie ma się co dziwić, że w takiej sytuacji ludzie zwyczajnie obawiali się wynajmować swoje lokale mieszkalne i czerpać z nich korzyści. To oczywiście odbijało się również na najemcach, którzy mieli z tego powodu znacznie mniejszą ofertę rynkową dostępnych lokali. Jednym słowem, socjalistyczna retoryka i sposób rozumowania spowodował, że prawo uderzyło zarówno we właścicieli lokali do wynajęcia, jak i w potencjalnych najemców. Tak wygląda sprawiedliwość społeczna.

W końcu ktoś poszedł po rozum do głowy. Nie zlikwidowano jednak szkodliwej ustawy, tylko bardziej ją skomplikowano. Zaproponowano nową interwencję państwa w odpowiedzi na wcześniejszą bardzo szkodliwą w postaci ochrony lokatorów. Mianowicie wprowadzono do systemu prawnego nowy rodzaj umowy – najem okazjonalny. Od 2010 r. najem okazjonalny jest rozwiązaniem, które pozwala zabezpieczyć się przed nieuczciwymi praktykami najemców, co umożliwiły im przepisy ustawy o ochronie lokatorów, które prawo własności prywatnej – jak to w socjalizmie – mają za nic. W ramach umowy najmu okazjonalnego najemca rezygnuje z ustawowej ochrony praw lokatorów. Natomiast konieczna jest dodatkowa papirologia, co generuje koszty i powoduje stratę czasu. Otóż najemca deklaruje u notariusza, że „dobrowolnie podda się egzekucji”. Właściciel innego lokalu musi też oświadczyć, że przyjmie takiego najemcę pod swój dach. To oczywiście jest dodatkową trudnością. Praktycznie nie do przejścia dla większości uchodźców z Ukrainy.

W związku z tymi regulacyjnymi problemami wynikającymi z interwencjonizmu państwowego w umowie najmu okazjonalnego wprowadzono nowy wyjątek dla Ukraińców, którzy uciekli przed wojną. Otóż tzw. ukraińska specustawa wyłącza obowiązek wskazania w umowie najmu okazjonalnego adresu, pod który najemca zostałby wyeksmitowany. No bo skąd by ci biedni uchodźcy wzięli lokal zastępczy w Polsce? Bardzo słusznie, ale oznacza to jednocześnie uprzywilejowanie uciekających przed wojną Ukraińców nie tylko wobec Polaków, ale i wobec Ukraińców, którzy przyjechali do Polski przed wybuchem wojny na Ukrainie. Dlaczego Polakom nadal utrudnia się wynajmowanie mieszkań?

Podobnie podczas pandemii koronawirusa od 31 marca 2021 r. do 15 kwietnia 2022 r. nie wolno było wykonywać eksmisji. Właściciele nieruchomości skarżyli się, że nie otrzymują czynszów i nie mogą usunąć najemców z własnych mieszkań. – Wobec konieczności zapewnienia zakwaterowania uchodźcom wydaje się, że dalsze utrzymywanie zakazu nie tylko stanowi barierę dla zwiększenia podaży mieszkań, ale także zniechęca właścicieli mieszkań do wynajmowania wolnych lokali – zwracał uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek. Słusznie kombinuje pan rzecznik, ale problem nie pojawił się wraz z przyjazdem Ukraińców, tylko wraz z ustawą o ochronie praw lokatorów. Dlaczego rzecznik Wiącek nie domaga się jej usunięcia, tak by można było wynajmować mieszkania na zasadach ogólnych wynikających z kodeksu cywilnego? Wszyscy by na tym skorzystali. Wtedy właściciele nie obawialiby się wynajmować, więc mogliby bez problemów zarabiać na udostępnianiu swoich nieruchomości potrzebującym. Z drugiej strony większa podaż mieszkań oznaczałaby łatwiejsze znalezienie lokalu i niższe ceny dla najemców. Nikogo nie interesowałaby generująca koszty i zbędną papirologię instytucja najmu okazjonalnego (która też zostałaby usunięta).

Wolny rynek w sposób optymalny łączyłby właścicieli mieszkań z najemcami. Niestety w stosunki pomiędzy wynajmującym a lokatorem z całą swoją destrukcyjną siłą wtrąca się socjalistyczne państwo, które demoluje zdroworozsądkowe zasady wynajmu (najem jest w końcu umową dobrowolną), właścicielowi nie pozwala w sposób optymalny wykorzystywać swojej własności, a najemcy jak najtaniej wynająć lokal.

Interwencjonizm państwowy jest destrukcyjną siłą w każdej branży gospodarki. To z powodu politycznej decyzji brakuje w Polsce gazu i węgla. Gdyby z dnia na dzień nie zakazano importu surowców z Rosji, to by ich nie zabrakło. W przypadku węgla sprawa jest jeszcze bardziej bulwersująca. Przez ponad trzy dekady po tzw. transformacji ustrojowej nie tylko górnictwo nie zostało sprywatyzowane, aby normalnie funkcjonowało, ale władze państwowe blokowały i uniemożliwiały inwestycje w górnictwo podmiotom prywatnym zarówno polskim, jak i zagranicznym, a samo też nie inwestowało na pożądanym poziomie. Australijska spółka GreenX Metals domaga się od Skarbu Państwa 4 mld zł odszkodowania za zablokowanie przez rząd możliwości wydobycia węgla m.in. w kopalni „Dębieńsko” w Czerwionce-Leszczynach. Samo zaś państwo doprowadziło do zamknięcia większości branży, a odnośnie pozostałych jeszcze działających kopalni już zapadła decyzja o ich likwidacji.

Oczywiście problem interwencjonizmu to nie tylko problem Polski. To chleb powszedni w Unii Europejskiej. Niektórzy komentatorzy zauważają, że również za braki cukru w Polsce odpowiada ingerencja Brukseli. Otóż być może aktualnych braków na rynku cukru by nie było, gdyby w 2008 r. nie doszło do likwidacji trzech bardzo dużych cukrowni w Łapach, Brześciu Kujawskim i Lublinie. Zamknięcie tych zakładów było decyzją polityczną rządu PO-PSL, który w ten sposób realizował unijną Wspólną Politykę Rolną, mającą na celu zmniejszenie produkcji cukru w UE. W efekcie tych działań produkcja cukru w Polsce została ograniczona o ponad 360 tysięcy ton.

W dużej mierze Bruksela winna jest także brakom na rynku drewna oraz papieru i rosnącym ich cenom. A to dopiero przygrywka. Regulacje, które wdraża Unia Europejska, doprowadzą polskie branże związane z drewnem do katastrofy. Edward Siarka, wiceminister klimatu i środowiska, ostrzega w tygodniku „Do Rzeczy”, że UE dąży do objęcia ochroną ścisłą blisko 1/3 powierzchni leśnej w Unii, co spowoduje, że w Polsce produkcja surowca zmniejszy się aż o 40-50 proc. W efekcie zbankrutuje nawet 90 proc. niewielkich rodzinnych przedsiębiorstw przetwarzających surowiec drzewny. A przecież drewno to najbardziej ekologiczny surowiec, bo całkowicie odnawialny, więc będąc w zgodzie ze swoją polityką ekologiczną, Bruksela powinna wręcz zachęcać do wykorzystywania drewna, a nie je blokować.

Interwencjonizm państwa jest problemem nawet w USA. Z powodu absurdalnych przepisów państwa na półkach sklepowych w Ameryce zabrakło wołowiny. Jak opisuje znany amerykański komentator John Stossel, pod pretekstem bezpieczeństwa żywnościowego już w 1906 r. Kongres zdecydował, że ​​każde sprzedane mięso musi mieć aprobatę Departamentu Rolnictwa. Federalni inspektorzy wbijali małe kolce w tusze, a następnie wąchali je. Jeśli wyczuli coś zepsutego, kazali mięso wyrzucić. Inspektorzy wielokrotnie używali tych samych kolców, wbijając je w wiele zwierząt, co wraz z wąchaniem czasami pogarszało sytuację, rozprzestrzeniając chorobę z jednej tuszy na drugą. Dziś inspektorzy Departamentu Rolnictwa testują bakterie. Niestety proces inspekcji jest tak uciążliwy i kosztowny, że wiele małych firm nie może sobie na to pozwolić. W rezultacie doszło do zbyt dużej koncentracji rynku: „Cztery duże korporacje kontrolują ponad połowę rynków wołowiny, wieprzowiny i drobiu!”. Na początku pandemii to właśnie ta koncentracja na rynku spowodowała niedobory mięsa, gdy kilka dużych zakładów przetwórstwa mięsnego zostało zamkniętych z powodu infekcji COVID-19.

Jak napisał Ludwig von Mises w książce Interwencjonizm, „interwencja powoduje, że ludzie swoją wiedzę i kompetencje, swoje wysiłki, swoje materialne zasoby wykorzystują w sposób dużo mniej wydajny. Te środki niewątpliwie zubożają ludność”. Podkreślił, że gdy rząd wkracza w porządek rynkowy „po to, by wymusić na ludziach inny, niż oni sami by chcieli, sposób użycia środków produkcyjnych, nie przynosi to żadnego pożytku, a przeważnie powoduje szkody”. Byłoby niegrzeczne twierdzić, że wiedział to Mises ponad 80 lat temu, a nie wiedzą aktualnie rządzący.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułNBP: Uchodźcy z Ukrainy nie zostaną w Polsce
Następny artykułLOT liderem w lotniczym cargo