Konfiskata majątków rosyjskich oligarchów może być początkiem likwidacji własności prywatnej jako fundamentalnego prawa, na jakim opiera się nasze społeczeństwo i gospodarka.

Tomasz Cukiernik

Na podstawie oficjalnych danych dotyczących wydatków publicznych, podawanych przez Ministerstwo Finansów, co roku można było wyliczyć, w jakim tempie państwo wydaje pieniądze podatników. W 2021 r. sektor publiczny wydawał 34 408 zł na sekundę, 123 869 829 zł na godzinę i 2 972 875 890 zł dziennie. W tym roku po raz pierwszy okazało się, że taka kalkulacja nie jest możliwa. Otóż jak poinformował mnie resort finansów, „aktualne przepisy prawa nie nakazują opracowywania prognozy wydatków sektora finansów publicznych na etapie projektu ustawy budżetowej. Tym samym na rok 2022 nie została opracowana oficjalna prognoza wydatków sektora finansów publicznych”. W rezultacie, aby to wyliczyć, konieczne jest długotrwałe przekopywanie się przez dokumenty rządowe, a i tak rezultat tych wyliczeń nie byłby pewny.

Ministerstwo Finansów wyjaśnia tylko, że „projekt ustawy budżetowej zawiera wiele informacji odnośnie do planowanych wydatków znacznej części sektora GG. Są to dane jednostkowe. Projekt ustawy budżetowej określa bowiem: łączną kwotę planowanych wydatków budżetu państwa, kwotę planowanych wydatków, obliczoną zgodnie z art. 112aa ust. 1 albo art. 112d ust. 3 ustawy o finansach publicznych, oraz kwotę planowanego limitu wydatków, o którym mowa w art. 112aa ust. 3 ustawy o finansach publicznych, łączną kwotę planowanych wydatków budżetu środków europejskich. Natomiast w formie załączników do projektu ustawy budżetowej zamieszcza się projekty planów finansowych: agencji wykonawczych, instytucji gospodarki budżetowej, państwowych funduszy celowych, państwowych osób prawnych, o których mowa w art. 9 pkt 14 ustawy o finansach publicznych. Reasumując, w projekcie ustawy budżetowej zawarte są informacje pozwalające na określenie trendów w zakresie wydatków”.

Czy w ten sposób resort finansów próbuje ukryć rzeczywisty poziom wydatków publicznych z obawy o to, by ekonomiści i opinia publiczna nie dowiedziała się o nadmiernej skali ich wzrostu? Bo to, że w ostatnim okresie rosną zbyt szybko, jest sprawą oczywistą i ewidentną. A nie jest to korzystny kierunek ani dla gospodarki, ani dla Polaków, ani dla kondycji samych finansów publicznych.

Władze szacują, że do końca 2022 r. pomoc dla uchodźców z Ukrainy będzie kosztowała Polskę nawet 2,2 mld euro. Przy aktualnym kursie euro to ponad 10 mld zł (Grzegorz Puda, minister funduszy i polityki regionalnej, miał nawet powiedzieć, że integracja uchodźców, zapewnienie dla nich dostępu do systemu świadczeń socjalnych, usług publicznych i rynku pracy oznacza konieczność poniesienia przez budżet państwa w 2022 r. dodatkowych wydatków w wysokości 24 mld zł, ale tweet o tej treści został przez resort usunięty). Dodatkowo w związku z wojną na Ukrainie zdecydowano, że w 2023 r. w porównaniu do roku 2021 wydatki na polską armię wzrosną aż o 50 proc. – z 2 do 3 proc. PKB. Ten 1 proc. PKB różnicy to nie są drobne, ale suma ok. 27 mld zł. Co więcej, w tym samym czasie decyzje o międzynarodowych sankcjach na Rosję spowodują ubytek w naszym PKB. Analitycy ING oceniają, że w tym roku PKB będzie mniejszy o 1,3 pkt proc. w porównaniu z wcześniejszymi szacunkami. To strata dla gospodarki na poziomie ok. 35 mld zł tylko w tym jednym roku, co z kolei przełoży się również na mniejsze wpływy sektora finansów publicznych.

Do tego dochodzi jeszcze jeden problem: blokada należnych Polsce funduszy przez Unię Europejską – zarówno jeśli chodzi o zwykłe dotacje unijne, jak i pieniądze z tzw. Funduszu Odbudowy. Oczywiście srebrniki z Brukseli to nic dobrego, ale w takiej sytuacji należałoby zrezygnować z projektów, które miały być za nie współfinansowane. Tymczasem nie słychać, by rząd zamierzał zaniechać realizacji Krajowego Planu Odbudowy, nie słychać też, by planował wycofać się z unijnego Funduszu Odbudowy, który nie tylko nakłada na nas nowe podatki oraz zachęca do zadłużania, ale i powoduje, że Polska jest odpowiedzialna za długi innych krajów członkowskich.

Jakie będą skutki tych wszystkich elementów układanki? Nie tylko konieczne będzie powiększenie fiskalizmu, ale i dojdzie do lawinowego wzrostu zadłużenia publicznego, które i tak już jest zbyt wysokie. Na dodatek z powodu wzrostu rentowności polskich obligacji obsługa długu publicznego Polski jest coraz droższa. I nie są to sprawy groszowe. Rząd tę niekorzystną tendencję chce ukrywać także poprzez wyłączenie finansowania armii z progów zadłużenia. Do tego potrzebna jest zmiana konstytucji. To kolejny krok w kierunku dewastacji i nadmiernego, niekontrolowanego wzrostu wydatków publicznych.

Ale rząd planuje zmienić konstytucję także w innym, bardzo niebezpiecznym zakresie. Otóż pod pretekstem możliwości konfiskaty majątków rosyjskich oligarchów dobiera się do fundamentalnego dla gospodarki rynkowej i wolności obywatelskich prawa własności, które gwarantuje konstytucja. Zaczyna od rosyjskich oligarchów. Ale jak ich określi i zdefiniuje? Skoro będzie można konfiskować ich majątek, to dlaczego później nie konfiskować majątku innych dowolnie wybranych grup, jak drobnych przedsiębiorców, ludzi nadmiernie szybko wzbogaconych, może homoseksualistów i feministek, a po zmianie rządu – katolickich tradycjonalistów albo osób z nazwiskiem zaczynającym się na literę M czy O? Wyobraźnia polityków może być bardzo kreatywna. A realizacja ich szkodliwych pomysłów będzie możliwa po otwarciu tej puszki Pandory w postaci zlikwidowania konstytucyjnej gwarancji prawa własności (art. 21).

„Bolszewicka likwidacja konstytucyjnego poszanowania własności pod pretekstem upaństwowienia majątków Rosjan w Polsce. Nie zamrożenia, jak na Zachodzie, ale przejęcia. Czyli w przyszłości wojewoda będzie mógł zwykłą uznaniową decyzją upaństwowić grunty, domy i samochody wszystkim… Brawo! Przyjdzie lewica i upaństwowi kościelne, wille posłów PiS, a nawet Obajtka. Jak zabawa, to zabawa! Byle za cudze” – trafnie skomentował internauta Mariusz Janowski.

W tej sytuacji konieczna jest nie zmiana konstytucji, aby rabować prywatne mienie, co raczej głęboka reforma finansów publicznych w zakresie, jaki dopuszcza obecna ustawa zasadnicza – radykalne zmniejszenie wydatków publicznych oraz jednocześnie ograniczenie fiskalizmu i uproszczenie systemu podatkowego, który powinien zostać napisany od nowa, a nie łatany i nowelizowany, jak to zrobiono za pomocą Polskiego Ładu.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułDEBATA WIDEO „ESG – czyli jak planować i raportować zrównoważony rozwój”
Następny artykułNBP zawarł ważną umowę z EBC