Od początku naszego członkostwa w Unii Europejskiej mówi się głównie o tym, ile pieniędzy dostaniemy ze wspólnotowych funduszy. Temat ożywa szczególnie wtedy, gdy do końca zbliża się 7-letnia perspektywa budżetowa UE. Wtedy przywódcy Unii spotykają się na wielogodzinne negocjacje, których celem jest podział środków na kolejny cykl. Pamiętają Państwo słynne już okrzyki „yes, yes, yes”, celebrujące wynegocjowane miliardy.

Fot. Pixabay

Pytanie jest następujące, czy nie przykładamy do tego zbyt dużej uwagi. Oczywiście rozumiem, że sumy, jakie funkcjonują w tym kontekście, robić mogą wrażenie, szczególnie kiedy przeliczy się je z euro na złote. Nie jest też tak, że są to środki, które pominąć można wzruszeniem ramion. Pytanie, jakie powinno nas nurtować, jest jednak takie: co za pomocą pieniędzy z Unii chcemy osiągnąć? Uważam, że naszym celem jest stabilny i oparty o inwestycje i innowacje wzrost polskiej gospodarki. Powinniśmy zatem dążyć do tego, aby nasi przedsiębiorcy byli coraz bardziej konkurencyjni zarówno w wymiarze krajowym, jak i międzynarodowym. Pisząc „nasi przedsiębiorcy”, mam na myśli te podmioty, w  których wiodącą rolę odgrywa polski kapitał, ze szczególnym naciskiem na ten prywatny.

Potrzebujemy zatem eksplozji przedsiębiorczości, której owocem będą nakłady na innowacje i wykorzystanie nowych technologii. Takiej, o jakiej pisał swego czasu Joseph Schumpeter. To ona daje impuls rozwojowi gospodarczemu, wpływając na wzrost dobrobytu całego społeczeństwa. Schumpetersowski przedsiębiorca – innowator, który wprowadza na rynek coś nowego (produkt, metodę produkcji czy inną formę innowacji usprawniającej działanie przedsiębiorstwa i będącej źródłem trwałej przewagi konkurencyjnej), ustala na nim nowe warunki gry. To powinna być miara sukcesu polityki gospodarczej. Powód tego jest prosty, im więcej takich firm, tym mamy do czynienia ze zdrowszymi fundamentami makroekonomicznymi.

Polska gospodarka po kryzysie wrócić powinna nie tyle do swojego potencjału sprzed wybuchu pandemii, ile szukać powinna narzędzi, aby podnieść ten potencjał. Temu służyć powinny środki z Unii Europejskiej oraz zasoby krajowe. Tym jednak, co potrzebne jest najbardziej, są daleko idące reformy o charakterze legislacyjnym. Szczególnie podatkowym. Piszę o tym kolejny raz, ponieważ podobnych komentarzy nigdy za wiele. Inspiracji szukać daleko nie trzeba. Bliska nam geograficznie Estonia dwie dekady temu zdecydowała się na odważny krok, jakim była właśnie głęboka reforma systemu podatkowego. I efekty były oszałamiające. Powie ktoś, że mały kraj to i miał łatwiej. Nie, nie miał. W 2000 r., jeśli chodzi o PKB per capita wg PPP (parytet siły nabywczej, ang. purchasing power parity), to Estonia musiała gonić Polskę. Byliśmy wtedy od tego nadbałtyckiego kraju wyraźnie bogatsi. Potem jednak role się odwróciły. Obecnie (na wykresie podaję dane za 2019 rok, tych za 2020 jeszcze na stronach Eurostatu nie ma) to mieszkaniec Estonii jest znacznie bogatszy od statystycznego Polaka. Podobnie jest, jeśli chodzi o tak ważne dla gospodarki inwestycje. Stopa inwestycji u Bałtów po prostu eksplodowała (szczegóły na wykresie), kiedy zreformowali podatki. Ten estoński cud gospodarczy jest do powtórzenia także u nas. Wymaga jednak jasnego określenia priorytetów i skierowanie zasobów państwa (urzędników, ekspertów) na tory prowadzące do prawdziwych reform. Pisałem w jednym z moich wcześniejszych tekstów, że prochu wymyślać nie trzeba. Zrobili to już Estończycy. Korzystajmy zatem!