Przyszedł czas na pierwszego i zarazem ostatniego (gdyby żył mój śp. Dziadek, z pewnością zażartowałby, że w takim razie było ich dwóch) prezydenta Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. W wieku 91 lat zmarł Michaił Gorbaczow. Czas zatem włączyć playlistę muzyczną pod tytułem Soviet Nostalgia, posłuchać choćby Wiktora Coja z kultowego zespołu Kino i przez chwilę oddać się marzeniom sennym i rozważaniom, czy „za komuny było lepiej”.

Ucinając w tym miejscu ordynarne żarty, należy zauważyć, że media skupiły się najwyraźniej na przypomnieniu tylko jednego aspektu działalności, który najczęściej i poniekąd intuicyjnie kojarzy się z osobą ostatniego przywódcy Kraju Rad. Chodzi o tzw. Pieriestrojkę, a więc wdrażany od połowy lat 80. XX wieku system liberalnych przemian społeczno-gospodarczych, które ostatecznie zakończyły się demontażem eurazjatyckiego państwa opartego na ideologii marksizmu-leninizmu.

Zwrócono więc uwagę na te dokonania Gorbaczowa, które wychwalał Andrzej Rosiewicz w piosence „Wieje wiosna ze Wschodu”. Nie jestem pewien, czy polski artysta wstydzi się dzisiaj faktu napisania i wykonywania tego utworu, skoro śpiewał w nim: „Michaił, Michaił, eta piesnia dlia tiebia, Sztoby nowyje rjeformy tak dawioł ty da kańca. Michaił, Michaił, ty pastroisz nowyj mir, Nie anglijskij, nie francuskij, no ty ruskij bohatyr.”. Rewolucyjnie nastawieni opozycjoniści z pewnością mogli mieć Rosiewiczowi za złe, że ten zadowalał się pochwałą umiarkowanych, wewnętrznych reform samego komunizmu. Przedstawiciela zaś socjalistycznej awangardy piosenkarz nadal uważał za „rosyjskiego bohatera”. Zdarza się jednak, że takie ambiwalentne postaci jak Gorbaczow rzeczywiście okazują się potrzebne, aby ostatecznie dokonały się istotne zmiany prowadzące do poprawy jakości życia ludzkości.

Chciałbym w tym miejscu mimo wszystko zwrócić uwagę na inny aspekt historii związany z osobą Michaiła Gorbaczowa. Być może ktoś już omówił tę analogię przy okazji jego śmierci, ale nie spotkałem się z szerszym jej omówieniem po wybuchu wojny ukraińsko-rosyjskiej. Niewykluczone, że dlatego, iż jest to swego rodzaju „podejrzany” sposób rozumowania. W pierwszej kolejności jestem zatem zmuszony poczynić pewne zastrzeżenie. Otóż taki sposób ujmowania historii, jaki tu zaprezentuję, Karl Popper być może określiłby jednoznacznie, że to „Nędza historycyzmu”. Uważał najwyraźniej, że historia się w prosty sposób nie powtarza i nie rządzą nią deterministycznie ujmowane prawa. W to miejsce Popper i jego współcześni naśladowcy chcieliby może zaproponować próbę rozwiązywania wszelkich problemów, w tym wojny, poprzez ścisłe przestrzegania rygorów metody naukowej. Pisałem już jednak we wcześniejszym felietonie o tym, że: Całe to planowanie oparte na modelowaniu komputerowym jest w ogóle bardzo ciekawą sprawą. Okazuje się, że trudno jest trafnie prognozować pogodę w okresie miesięcznym i zorganizować sobie prawidłowo urlop. Już istotne decyzje dotyczące klimatu, energetyki i przyzwyczajeń obywateli się jednak da. Rzecz w tym, że czasami te modele naprawdę zawodzą. Polska Agencja Prasowa opublikowała ostatnio choćby taką notkę: „Gen. Kukuła: wojna na Ukrainie pokazała jak błędne było bezgraniczne zaufanie matematycznym modelom”. Tak samo jak covidowe czy klimatyczne modele nie są w stanie przewidzieć, jak zachowują się i co sobie cenią jeszcze wolni ludzie, tak samo nie były w stanie najwyraźniej przewidzieć woli walki albo splotu różnych przypadków na korzyść Ukraińców. Metoda naukowa jest więc być może równie niedoskonałym narzędziem przewidywania przyszłych wydarzeń, jak ten napiętnowany przez Poppera historyzm. Nieco uspokojeni tymi zastrzeżeniami, oddajmy się więc na chwilę takim „nędznym” spekulacjom historycznym.

Zacznijmy od omówienia bardzo podstawowych kwestii. Chodzi o to, że gdy w 2022 roku zaczął się gorący konflikt ukraińsko-rosyjski, media zachodnie przedstawiały powszechnie dość nawiną propozycję rozwiązania problemu. Może tylko ja odniosłem takie wrażenie, ale najwyraźniej proponowano, aby wprowadzone zostały gwałtowne i wyniszczające sankcje, przy jednoczesnym dozbrojeniu Ukraińców. Jednak nie to było naiwne per se, lecz przedstawianie całej sprawy w taki sposób, jakby po dwóch tygodniach, może miesiącu, na Kremlu miało nagle dojść do przewrotu pałacowego i odsunięcia Putina od władzy. Minęło pół roku i nie jest ku temu nawet blisko. Każdy przytomny obserwator wiedział, że w krótkim terminie takie wizje należały raczej do świata fantastyki niż realnej polityki.

Wojnę na Ukrainie można jednak sprowadzić do bardzo prostego modelu: osłabiona Rosja po raz kolejny przestraszyła się możliwości utraty wpływów w buforowym państwie i zdecydowała się na radykalny krok, przy którego planowaniu i realizacji się najprawdopodobniej przeliczyła. I tutaj istotna okazuje się właśnie osoba Gorbaczowa. Na wstępie przypomnieliśmy już, że kwestię upadku ZSRR wiąże się często z problemami gospodarczymi i owymi liberalnymi reformami w postaci Pieriestrojki. Co jednak równie istotne, Związek Radziecki prowadził wówczas ostatnią fazę – jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – „specjalnej operacji militarnej” w Afganistanie. Geneza interwencji była podobna, buforowy status zaatakowanego państwa również, a z wojny, która miała trwać kilka miesięcy, zrobił się dziesięcioletni konflikt, który spowodował również napięcia społeczne wewnątrz sowieckiej Rosji. W filmach dokumentalnych często przejawia się motyw radzieckich żołnierzy tłumaczących, że nie wiedzą, o co tak naprawdę walczą z Afgańczykami. Pokrewne było również to, że państwa zachodnie – przede wszystkim USA – zdecydowały się wówczas przyjąć taktykę „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Uzbroiły więc różne, niekiedy radykalne ugrupowania islamistyczne, i nastawiły opinię publiczną przeciw Sowietom. Wtedy również dokonywano różnych zabiegów erystycznych, aby to wszystko usprawiedliwić, na przykład mówiono o potrzebie obrony prawa Afgańczyków do uczestniczenia w praktykach religijnych, co ateistyczni Sowieci chcieli im podobno brutalnie odebrać. Dzisiaj brzmi to zabawnie, skoro wiemy, że niewiele lat później w USA rozgorzały postawy radykalnie islamofobiczne.

Z analogii afgańskiej płyną jednak dla współczesnych liderów przestrogi, których nie powinni oni zbywać wyłącznie jako myślenie typu spiskowego. Po pierwsze, sankcje gospodarcze, dozbrajanie partyzantów i w ogóle prowadzenie wojny zastępczej to często raczej maraton niż bieg na sto metrów i – ze względu na straty w ludziach – kwestia ambiwalentna moralnie. Koszty te być może należy ze względów strategicznych ponieść, ale wypada je także uczciwie przedstawić opinii publicznej i pozwolić o nich swobodnie dyskutować, bez ryzyka oskarżenia o agenturalność. Po drugie, nie zawsze okazuje się to strategią tak skuteczną w długim terminie, jakby tego oczekiwano. Co nam bowiem z tego, że prolongowanym konfliktem afgańskim osłabiono i ostatecznie doprowadzono do upadku ZSRR, skoro teraz niemal identyczny problem mamy z jego następcą prawnym i duchowym w postaci Federacji Rosyjskiej? Po trzecie i po szybkim przeskoczeniu kilku faktów, szerzej ujmowana sytuacja na Bliskim Wschodzie pokazuje, że takie interwencje czasem rodzą nieprzewidziane konsekwencje. Można przecież stwierdzić, że wszystko to skończyło się dopiero ostatnio wycofaniem wojsk amerykańskich z Afganistanu, ale także pozostawianiem Afgańczyków znowu na pastwę islamskich radykałów. Najszerzej już sprawę ujmując, zachodnia zabawa w policjanta nigdy nie doprowadziła ostatecznie ani do rozwiązania problemu rosyjsko-sowieckiego, ani afgańsko-bliskowschodniego. Smutny to obraz rzeczywistości, ale czy naprawdę nazbyt uproszczony?

Michał Góra

Poprzedni artykułNa czym oszczędzają Polacy?
Następny artykułPolskiemu wojsku zabraknie mundurów?