Wzrastające wydatki państwa, pandemia oraz słaba sytuacja makroekonomiczna spowodowały, że polski rząd znowu sięga do kieszeni przedsiębiorców i podatników. Tym razem nie mówimy o popularnym Polskim Ładzie, ale o akcyzie, która dotknie wszystkich lub prawie wszystkich, bo w Polsce alkohol spożywa znaczna większość społeczeństwa.

Procedowane ustawy zakładają podwyżkę akcyzy na alkohol o 10 proc. w 2022 roku oraz o 5 proc. rocznie w latach 2023–2027. Na początku zaznaczmy, że wprowadzana mapa akcyzowa przedstawiająca planowane zmiany opłat w kolejnych latach jest słusznym rozwiązaniem. Pozwala na konstruowanie strategii w firmach na okres dłuższy niż rok. Taka wiedza daje stabilność, która jest szczególnie ważna przy niekorzystnych warunkach dla branży. Dodatkowo pozytywnym aspektem jest wyłączenie z podwyżki cła cydru i perry, które, jak na Polskie warunki, są mało rozpowszechnione.

Niestety, mówiąc o zaletach, tutaj należy postawić kropkę. Ogromne kwoty pieniężne (103,7 mld zł do 2031 roku, uwzględniając akcyzę na wyroby tytoniowe), które mają wpłynąć do budżetu państwa i z pewnością pomogą realizować cele polityku społecznej obecnego rządu, są przeprowadzane bardzo nierozsądnie. Potwierdzić to może chwiejność komunikatów Ministerstwa Finansów, które jeszcze miesiąc temu rozwiewało wątpliwości na Twitterze, informując, że nie prowadzone są żadne prace w tym kierunku.

Projekt w aktualnej wersji zdaje się być pobieżny. Jednakowa podwyżka wobec wszystkich alkoholi nie uwzględnia ani specyfiki branży, ani zmian, jakie zachodziły w wysokości akcyzy w poprzednich latach. Najbardziej dotknięta zostanie branża piwowarska. Podwyżka rozłożona na lata 2021–2027 wzrośnie o ponad 40 proc. Jak wskazują browarnicy, jest to bliskie wzrostom podatku w latach 2000–2020. Trzykrotnie krótszy okres zmian jeszcze bardziej uderzy w sektor, który i tak nie zdążył się jeszcze otrząsnąć po ciosie, jakim była nie tylko pandemia, ale także 10-proc. wzrost podatku w 2020 roku. Ta zmiana przyniosła jedynie 5 proc. zwiększenie przychodów z tego tytułu, a konsumpcja piwa była najniższa od 10 lat.

Wyliczenia resortu finansów starają się uspokoić konsumentów. W komunikacie zostało wyjaśnione, iż cena półlitrowej puszki piwa wzrośnie w kolejnym roku jedynie o około 6, a w 2027 o mniej niż 30 groszy. Takie obliczenia jednak nie oddają skali zmian. Galopująca inflacja, podwyżki cen produktów i paliw spowodują zmianę w cenie, która będzie dużo bardziej odczuwalna dla konsumentów. Dodatkowo cały projekt spotęguje efekt, pomagając utrzymać trend tracącego na wartości złotego. Eksperci z PKO Banku Polskiego wyliczyli, że wprowadzenie proponowanych rozwiązań będzie oznaczało wzrost inflacji 0,25 CPI w 2022 roku. Nie jest to jednostkowa opinia, podobne szacunki uzyskali ekonomiści z Santandera.

Bardziej widoczne zmiany można zauważyć, śledząc oczekiwane ceny mocnych alkoholi. Komentarz Ministerstwa Finansów mówi o wzroście w wysokości 1,5 złotego w 2022 roku, a dalej o ponad 6,2 złotych do roku 2027. Jednak sama branża spirytusowa podchodzi do tego dużo mniej optymistycznie. Przedsiębiorcy mówią o 30, a nawet 50 złotych w tym okresie. Sektor najmocniejszych alkoholi twierdzi, że jest on gorzej traktowany, argumentując to 3 razy wyższą akcyzą na ich produkty niż na wyroby słodowe. Z tego powodu od lat postulują ujednolicenie stawki, aby nie była ona zależna od rodzaju alkoholu. Bazują oni na danych mówiących o wielkości wpływów z akcyzy do budżetu państwa, gdzie aktualnie 68 proc. pochodzi z branży spirytusowej, a jedynie 28 proc. z sektora piwowarskiego, mimo iż Polacy alkohol konsumują w 53,5 proc. w piwie.

Stosunek opodatkowania argumentowany jest celem, jaki spełniać ma akcyza poza reperowaniem stanu budżetu państwa. Oczywiście mowa tu o walce z alkoholizmem, który oprócz złego wpływu na społeczeństwo, obciąża nasze kieszenie w formie składek na Narodowy Fundusz Zdrowia. Z tego powodu mocny alkohol jest bardziej niebezpieczny, jednak należy postawić tu zasadnicze pytanie, czy planowany wzrost akcyzy i cen napojów wyskokowych realnie zmniejszy problem alkoholowy Polaków?

Walka z problemem alkoholowym jest popularnym tematem w naszej części Europy. Bolączka ta w dużej mierze wynika z naszej historii. Jednym z krajów najbardziej dotkniętych przez tę używkę jest Litwa, która przez wiele lat plasowała się na pierwszym miejscu pod względem ilości spożycia litrów czystego alkoholu na mieszkańca na świecie. Nasz sąsiad stale walcząc z tym społecznym problemem, prowadzi politykę obejmującą regularne podwyższanie akcyzy, ograniczenie sprzedaży napoi wyskokowych w godzinach 10–20, a w niedzielę 10–15. Co więcej, trunki mogą nabyć jedynie osoby po ukończeniu 20. roku życia. Poza tymi prawnymi regulacjami prowadzone są szeroko zakrojone kampanie społeczne, mające na celu edukację społeczeństwa. Pokazywane w nich są szkodliwe skutki etanolu oraz co najważniejsze promowany jest zdrowy – bezalkoholowy sposób spędzania wolnego czasu.

Nawet taka wieloletnia i rozbudowana walka z nałogiem nie przynosi wśród Litwinów oczekiwanych rezultatów. Jednak działa na poziomie zadawalającym i jest kontynuowana. Bazując na tym doświadczeniu, nie pomoże tu zwykła podwyżka cen, a na pierwszym miejscu powinniśmy stawiać edukacje oraz zmienianie zbiorowych i kulturowych trendów. Wszystkie nowe regulacje będzie dało się przy mniejszym lub większym wysiłku obejść, jeśli nie zmieni się sam popyt na produkt, który jest bardzo sztywny. Polski rząd powinien zauważyć to już na podstawie wprowadzonego podatku cukrowego. Jego celem miało być między innymi ograniczenie konsumpcji tzw. małpek, czyli małych butelek alkoholu do 300 ml, poprzez nałożenie dodatkowej opłaty. Rynek zareagował błyskawicznie i już od wielu miesięcy w większości sklepów spotkamy się z objętością 350 ml. Jest to tylko jedna z wielu nieskutecznych reform, w efekcie służących jedynie zwiększeniu wpływów do budżetu.

Niektórzy mogą stwierdzić, że powyższy przykład nie jest adekwatny, dlatego warto zadać sobie pytanie, jak tym razem zareagują Polacy posiadający na razie sztywne preferencje? Z pewnością wiele gospodarstw odkurzy długo nieużywaną aparaturę bimbrowniczą. Znaczna część handlu przeniesie się także do szarej strefy, co w dużej mierze spowoduje brak oczekiwanych zysków. Widać to po naszych sąsiadach, którzy właśnie z tego powodu stale debatują nad obniżką akcyzy. Szara strefa nie przynosi ani wpływów do budżetu, ani nie pomaga w walce z szkodliwymi procentami.

Przedsiębiorcy i państwo mogą stracić jeszcze więcej na imporcie (i przemycie) trunków od naszych sąsiadów. Komunikat resortu finansów zapewnia o bardzo niskich cenach alkoholu w Polsce na tle Unii Europejskiej, ale mówiąc o walce z używkami. Nie powinniśmy skupiać się jednak na przywoływanych średnich cenach, ponieważ jednostki mające problem i tak poradzą sobie, sięgając po produkty z niższej półki. Dlatego nie trzeba szukać daleko, aby zauważyć, że treść komunikatu jest manipulacją, ponieważ gdy porównamy kategorie tańszych alkoholi, wypadamy podobnie jak dużo bogatsze Niemcy. W największym europejskim dyskoncie (LIDL) u naszych zachodnich sąsiadów butelka wódki w przeliczeniu na pół litra zaczyna się już od 21 złotych (4,64 euro).

Nie ma co się dziwić, że państwo szukając pieniędzy, ponownie zwróciło uwagę na akcyzę. Jednak mimo „szczytnego” celu tego podatku, jego zmiany muszą być szczególnie rozważne. Walka z alkoholizmem powinna być dużo bardziej kompleksowa i skupiać się bardziej na edukacji. Ponadto sektor ten ma ogromny potencjał na rozwój przemytu i szarej strefy, która nie tylko jest wrogiem tej walki, ale także może obniżyć zyski z akcyzy, co finalnie skończy się w pełni odwrotnymi skutkami niż zamierzone w projekcie podwyżek.