„Województwo królewieckie”, czyli Kaliningrad dla Polski do wzięcia, to wymysł stworzony na potrzeby ukraińskiej wojny informacyjnej i powinien być widziany w tym kontekście. Żadnych rozbiorów nie będzie. Kaliningrad może nam być zresztą bardziej potrzebny jako koń trojański niż w jakiejkolwiek innej roli.

Obwód kaliningradzki to teren zabrany Niemcom przez Związek Sowiecki. Józef Stalin argumentował za przejęciem części terenu wroga ze względów nie tylko praktycznych, przesuwanie kraju na zachód, ale też symbolicznych, chodziło o włączenie kawałka niemieckiej ziemi do Sowietów. Jedynym obszarem, jaki się do tego nadawał bez robienia dziwacznych korytarzy, był właśnie dzisiejszy Kaliningrad wraz z przyległościami. Zachód na to przystał.

Oderwanie się krajów bałtyckich od ZSRR oraz przemiany w Polsce uczyniły Kaliningrad eksklawą, którą Rosja wykorzystuje przede wszystkim jako straszak dla NATO, bazę wojskową oraz, w dużo mniejszym stopniu, okno na cywilizowany świat. Kaliningrad jest rosyjski, choć nietypowo położony. Wciśnięty między państwa naszego sojuszu i to w dodatku od zawsze realistycznie patrzące na to, czym w stosunkach międzynarodowych jest Rosja.

Polska, jeden z tych krajów, już lata temu była zapraszana do rozbioru, tyle że Ukrainy. Zgodnie z relacją Radosława Sikorskiego, Władimir Putin miał to zaproponować Donaldowi Tuskowi w 2014 roku. Tusk oczywiście odmówił. Polaków na okoliczność takich pomysłów sondował też jednak Dmitrij Rogozin oraz, najbardziej hałaśliwie, Władymir Żyrinowski. Jego zaproszenie odbiło się echem w polskich mediach. To właśnie polityczni harcownicy Kremla bardzo często mówili to, o czym Putinowi w pewnym momencie jeszcze nie wypadało.

Teraz sytuacja się odwraca i w wojnie informacyjnej, jaką prowadzi Ukraina z Rosją, pojawia się wątek kaliningradzki. Ołeksyj Daniłow, ukraiński sekretarz Narodowej Rady Bezpieczeństwa i Obrony, myśląc na głos o przyszłości, wieszczył Rosji rozpad po wojnie. Wówczas to obwód kaliningradzki miałby być dla Polaków do wzięcia. Polska jednak nie tylko nie zgłasza żadnych roszczeń do Kaliningradu, ten teren nawet nie został jej odebrany. Najwyraźniej włączenie Niemiec w ukraińską narrację na temat obwodu z jakichś przyczyn nie było wskazane.

Granice państwowe oczywiście nie są wieczne, ale z punktu widzenia średniej wielkości państwa, ze średnią gospodarką, taką sobie dyplomacją i armią, a takim jest Polska, opłaca się je jako takie przedstawiać, choćby ze względów praktycznych i choćby swoje własne. Właśnie dlatego oficjalne polskie władze powinny w mediach przeciwstawiać się takim ukraińskim rewelacjom. Kaliningrad jednak może przysłużyć się sprawie zachodu i to wcale nie jako kolejne polskie województwo, którym najpewniej nigdy nie będzie. Może być za to coraz bardziej prozachodnią i przez to niewygodną dla Kremla częścią Rosji.

Eksklawa jest zdecydowanie bardziej wystawiona na zachód niż reszta kraju. Bardziej przedsiębiorcza, co widać po liczbie małych i średnich przedsiębiorstw, zdecydowanie zawyżających rosyjską średnią. Mieszkańcy tego regionu, choćby z uwagi na mały ruch graniczny, częściej podróżują do krajów zachodu, w tym do Polski. Naocznie mogą zobaczyć, jakie są różnice między „ruskim mirem” a „zgniłym zachodem”. Porównanie jakości dróg, dostępnych towarów, ubiorów mieszkańców, samochodów, zabudowy miast, to wszystko nie wymaga zresztą doktoratu z ekonomii i wizyta w Gdańsku albo Kłajpedzie mają i miały swoje znaczenie, tworzyły wyrwę w rosyjskiej propagandzie, pokazującej nas jako z jednej strony oszalałych rusofobów, z drugiej, jako kraje upadłe, zniszczone przez obecność w zachodnich strukturach. To piramidalna nieprawda, ale prędzej w nią uwierzy Rosjanin mieszkający w Moskwie niż Rosjanin z Bałtijska spędzający z żoną weekend w Sopocie.

Bo wojna kiedyś się skończy, ale Rosja wraz z jej zakończeniem nie zniknie, nie znikną też Rosjanie i dlatego już dziś trzeba myśleć o tym, jak będziemy z nimi żyli. Ponowne przemyślenie relacji z Rosją, ale również Rosjanami, musi obejmować także wskazanie furtek, dzięki którym niektórzy z nich będą mogli okcydentalizować swój kraj, bo przecież jest w Rosji mniejszość, której nie podobają się obecne porządki. Obwód kaliningradzki w takim układzie niekoniecznie musi być rosyjskim niezatapialnym lotniskowcem wstawionym między kraje NATO i UE, może być też czymś przeciwnym, może stać się jeszcze szerszym rosyjskim oknem na zachód i to z zyskiem dla zachodu, ale nie dla Kremla. Drzwi obrotowe kiedy się kręcą, to przecież pozwalają poruszać się w obie strony. Możemy Rosjanom mieszkającym w obwodzie pokazywać się w taki sposób, jakiego właśnie nie chce dopuścić rosyjska propaganda i tworzyć ferment, wyłom w kremlowskiej narracji. I dzięki temu pozwolić Kaliningradczykom na wybór przyszłości. Może nie będą chcieli dzielić jej z Rosją Putina i pomogą zaproponować jakąś inną Rosję? Z drugiej strony: czy jakieś inne potencjalne Rosje nie byłyby groźniejsze dla Polski niż wyraźnie nieudolna wschodnia satrapia, jaką dzięki wojnie na Ukrainie okazała się być ta Rosja, z którą już graniczymy?

Marcin Chmielowski

* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułDrastyczny wzrost cen energii elektrycznej
Następny artykułKonfederacja ma plan na suwerenność energetyczną