Fot. Pixabay

Ciekawe dane przed czwartkową telekonferencją przywódców UE podał instytut Tecne. Wynika z nich, że 49 proc. ankietowanych chce, aby Włochy wyszły z UE. To o 20 punktów procentowych więcej niż pod koniec 2018 r. Jeszcze więcej, 67 proc., uważa, że członkostwo w Unii jest dla kraju niekorzystne, choć niekoniecznie trzeba od razu ze Wspólnotą zrywać.

To wynik reakcji Brukseli na apele Rzymu o pomoc najpierw w sprawie sprzętu medycznego, a teraz wsparcia finansowego. Od kilku tygodni premier Giuseppe Conte walczy o euroobligacje – emisję przez kraje strefy euro instrumentów dłużnych, które sfinansują wsparcie dla najbardziej potrzebujących państw.

Berlin taki scenariusz jednak odrzucił, proponując w zamian wykorzystanie Europejskiego Mechanizmu Stabilizacji (ESM) – utworzonej w czasie kryzysu finansowego instytucji dla udzielenia pożyczek, jednak za przeprowadzenie reform strukturalnych. Do dyspozycji byłoby tu 240 mld euro, ale każdy kraj mógłby wykorzystać kwotę do 2 proc. swojego PKB (w przypadku Włoch to 37 mld euro). Włosi jednak to przeliczyli: na zaciągnięciu zobowiązań z ESM, a nie na rynkach finansowych zyskaliby 700 mln euro, ledwie 0,5 proc. kosztów, jakie pociągnie w tym roku kryzys.

Na porażkę Conte tylko czeka lider Ligi Matteo Salvini, który oskarża premiera o „zdradę” w Brukseli. Jego partia w koalicji z ugrupowaniem Braci Włochów być może mogłaby mieć większość we włoskim parlamencie. Salvini już dwa lata temu, gdy wszedł do rządu z Ruchem Pięciu Gwiazd, wpisał do programu wyjście ze strefy euro. Później jednak z tego zrezygnował.

A co z wyjściem kraju z Unii? Zdaniem wiceprezesa Teneo Wolfgango Piccoli, to wciąż mało realny scenariusz z powodów prawnych i finansowych. – Przeprowadzenie w tej sprawie referendum wymagałoby zmiany konstytucji, a więc bezwględnej większości w obu izbach parlamentu. Bez tego głosowanie nie jest możliwe – mówi Piccoli w rozmowie z "Rzeczpospolitą". Przede wszystkim jednak gdyby sprawa stanęła na poważnie, Włosi zaczęliby od pytania, co w takim przypadku stanie się z ich oszczędnościami.

– To jest naród rentierów, który zgromadził w bankach 9 bilionów euro. Gdyby okazało się, że te pieniądze mogą radykalnie stracić na wartości w razie powrotu do włoskiego lira, poparcie dla italexitu gwałtownie by się załamało – uważa Piccoli.

Sytuacja pozostaje jednak bardzo dynamiczna. Organizacja włoskiego biznesu Confindustria ostrzega, że każdy tydzień blokady, która trwa od 9 marca, zubaża dochód narodowy kraju o 0,75 punktów procentowych.

Unicredit już przewiduje, że gospodarka kraju załamie się w tym roku o 15 proc., rzecz niespotykana w powojennej historii kraju.

Choć oszczędności Włochów wielokrotnie przewyższają dług państwa (2,5 biliona euro), to jednak pozostaje on relatywnie (136 proc. PKB) najwyższy w Unii po Grecji. Conte ograniczył więc na razie wsparcie dla gospodarki, aby nie prowokować paniki na rynkach finansowych. W tle pozostaje kwestia italexitu. – To jest ciągłe zagrożenie. Nie jestem pewien, czy przejdziemy suchą stopą przez ten kryzys – przyznaje w „Financial Times” Carlo Calenda, były ambasador Włoch przy UE.

Źródło: rp.pl