Podobieństwa pomiędzy komunizmem a klimatyzmem są tak wielkie, że aż szokujące. Wyznawcy obu ideologii niestety prowadzą swoje kraje do nieuchronnej katastrofy gospodarczej.

Tomasz Cukiernik

Czytając książkę Andrzeja Krajewskiego pt. Rzemieślnicy, badylarze, cinkciarze. Jak przedsiębiorczy Polacy przechytrzyli komunę, przeżywałem swoiste déjà vu. Choć wbrew tytułowi książka w niewielkim stopniu opowiada o przedsiębiorczych Polakach, a głównie o zmieniającej się sytuacji polityczno-gospodarczej Polski Ludowej, to traktuje o tych samych co teraz przejściowych trudnościach, drożyźnie i problemach, które były i są wywoływane oficjalnym światopoglądem. Wtedy obowiązującą ideologią był komunizm, a teraz klimatyzm w połączeniu w kowidianizmem.

Po II wojnie światowej mieliśmy do czynienia z sowietyzacją polskiej gospodarki, a od lat 90. XX w. – z jej europeizacją. Jak przypomina Krajewski, w 1947 r. minister przemysłu i handlu Hilary Minc sformułował „projekt reform, których celem było upodobnienie polskiej gospodarki do sowieckiej”. Z kolei w czasach współczesnych Polska najpierw musiała się dostosować do unijnego prawa (podnoszenie akcyzy na paliwa i papierosy, złomowanie kutrów, zamykanie stoczni, kopalni i hut), aby móc przystąpić do Unii Europejskiej, a od 2004 r. na bieżąco wdraża wszystkie – mniej lub bardziej absurdalne i szkodliwe – unijne regulacje (np. biopaliwo, politykę energetyczno-klimatyczną). A będą kolejne, jak pomysły, by zakazać samochodów spalinowych czy wewnątrzkrajowych lotów.

Polska Ludowa jako państwo satelickie ZSRR musiała realizować rozkazy płynące z Moskwy, co zdemolowało całą gospodarkę. Teraz jako kolonia Zachodu (głównie Niemiec) III RP musi wykonywać dyrektywy Brukseli. Po to zresztą jest ciągła unijna nagonka na nas i kary finansowe TSUE, bo PiS próbuje nie godzić się na budowę państwa europejskiego. – Trybunał Niesprawiedliwości Unii Europejskiej zachowuje się jak dyktatura z Korei Północnej – mówił jeden ze związkowców „Solidarności” podczas wiecu w Luksemburgu w związku z bezprecedensową decyzją o zamknięciu kopalni węgla w Turowie.

Komuniści dążyli do nacjonalizacji prywatnych przedsiębiorstw, kolektywizacji wsi i wykonywania wszelkich innych instrukcji z Moskwy. „Bitwa o handel” i zwalczanie rzemieślników doprowadziło do permanentnych braków wszelkich towarów i usług. Pretekstem było zwalczanie drożyzny i spekulacji, a narzędziem – domiary podatkowe oraz przymusowy wykup przez państwo i spółdzielnie maszyn i urządzeń z prywatnych warsztatów. Teraz pretekstem zwalczania małych i średnich przedsiębiorstw jest pandemia koronawirusa, a narzędziem lockdown. Za komuny prywatną inicjatywę można było niszczyć wyrokiem sądowym, a też i bez wyroku sądu, tak jak w czasach kowidowych sanepid może nakładać na drobnych przedsiębiorców (fryzjerzy, kosmetyczki, właściciele restauracji) gigantyczne grzywny w wysokości 30 tys. zł za złamanie nielegalnych i antywolnościowych zakazów prowadzenia działalności.

Katastrofą zakończył się plan sześcioletni, jak i pozostałe PRL-owskie plany gospodarcze. Teraz mamy unijny Fundusz Odbudowy i Zielony Ład oraz Polski Ład. To nic innego, jak zakrojone na wielką skalę centralne sterowanie gospodarką i ingerencja państwa w procesy rynkowe. Doświadczenie z USA pokazuje, że działania stymulacyjne uderzają w małe biznesy, a korzystne są dla wielkich koncernów. Natomiast Zielony Ład prowadzi do destrukcji przede wszystkim polskiej gospodarki, której energetyka oparta jest o paliwa kopalne. Polska musi kupować coraz droższe uprawnienia do emisji dwutlenku węgla. To doprowadzi do zniszczenia energetyki i przerzucenia kosztów na całą gospodarkę oraz gospodarstwa domowe. W efekcie nie tylko będzie brakowało energii elektrycznej, ale dojdzie do utraty konkurencyjności polskiej gospodarki wobec innych. Tak jak ręczne sterowanie gospodarką przez komunistów przyniosło zapaść gospodarczą, tak samo ręczne sterowanie energetyką przez Unię Europejską doprowadzi do kryzysu w branży i rosnących cen energii elektrycznej. Nowe unijne, a także te zaplanowane w Polskim Ładzie podatki, dokończą dzieła destrukcji.

Tuż po wojnie – jak pisze Krajewski – z ZSRR wysyłano komisje inżynierów, aby rozkradać i przewozić do ZSRR całe fabryki. Można się tylko domyślać, że jak to w komunistycznej gospodarce, pewnie większość z nich została po drodze rozkradziona albo rdzewiała gdzieś w rowie. Starty Polski sięgały 22 mld współczesnych dolarów. Potem przez dekadę Polacy za 10 proc. wartości wysyłali do ZSRR dostawy węgla. Teraz jesteśmy eksploatowani przez Niemcy, Francję i inne kraje Europy Zachodniej, które zainwestowały w Polsce i korzystając z ulg podatkowych oraz niskiej ceny wykształconej siły roboczej, zarabiają krocie. Zamiast płacenia w Polsce podatków dochodowych, tak jak firmy polskie, wolą realizować transfery kapitału do spółek marek.

Krajewski opowiada o niepotrzebnych wielkich budowach socjalizmu, jak wybudowana cztery razy drożej, niż planowano, Huta Katowice, która nie miała gdzie sprzedawać swoich wyrobów. ZSRR odbierał je po nieopłacalnej cenie. Podobnie teraz za unijne dotacje realizowane są kosztujące drożej niż cena rynkowa, a jednocześnie niepotrzebne „inwestycje” samorządowe, które nie tylko nie przyniosą nigdy zysku, ale na dodatek po wsze czasy trzeba je będzie utrzymywać i do nich dopłacać. Na dodatek balansujące na styku finansów publicznych i firm prywatnych dotacje unijne napędzają korupcję, tak jak łapówkarstwo w PRL było efektem nieżyciowych przepisów w każdej dziedzinie życia, nie tylko gospodarczego.

Edward Gierek zaciągał kredyty od zagranicznych banków, efektem czego był wzrastający dług publiczny (który został spłacony dopiero kilka lat temu), a przede wszystkim uzależnienie od kredytodawców. Najpierw dodatkowe wydatki państwa związane z lockdownem spowodowały gwałtowny wzrost zadłużenia publicznego. Teraz Unia Europejska prowadzi identyczną politykę. W ramach Funduszu Odbudowy Bruksela w imieniu państw członkowskich ma zaciągać gigantyczne kredyty, które będą spłacać te kraje m.in. nowymi podatkami nałożonymi na własnych obywateli. Tzw. uwspólnotowienie długów spowoduje na dodatek, że wyjście z Unii Europejskiej stanie się niemożliwe. Tak jak wspólny kredyt bardziej spaja małżeństwo niż cokolwiek innego.

Krajewski opisuje kwitnący przemyt w PRL-owskiej rzeczywistości. Było to spowodowane z jednej strony biedą, a z drugiej – różnicami cen. Aby tego uniknąć w ramach bloku, Unia Europejska wprowadziła minimalne stawki akcyzy od paliw czy papierosów. Jednak efektem jest to, że ceny tych produktów są niższe poza blokiem, szczególnie na wschód od Polski. W rezultacie kwitnie przemyt z Ukrainy, Rosji czy Białorusi. Kontrabanda rozrośnie się także w związku z planowanymi przez rząd PiS podwyżkami podatków na alkohol.

Zaskakujące jest to, że widać znacznie więcej podobieństw pomiędzy peerelowsko-sowiecką a polsko-unijną rzeczywistością. Wtedy wychowywano człowieka sowieckiego. Teraz formuje się Europejczyków. Historia kołem się toczy. PiS radykalnie podnosi wysokość mandatów, podobnie jak w latach 70. „zmniejszanie dochodów obywateli rozpoczęto od podwyżki wysokości wlepianych kierowcom mandatów – średnio o 500 proc.”. W PRL rozrastała się partyjna nomenklatura, a teraz – państwowa i samorządowa biurokracja. Wtedy szalała oficjalna cenzura, teraz cenzorami stały się wielkie międzynarodowe koncerny, które blokują niewygodne (np. antykowidowe) treści w mediach społecznościowych.

Wtedy wprowadzano absurdalne regulacje, takie jak „bezmięsne poniedziałki”, a w czasie kowidowej histerii zakazano wchodzić do lasu i nakazano nakładać maseczki na wolnym powietrzu. W stanie wojennym trzeba było mieć przepustki, by udać się do innego miasta, co na rogatkach miast sprawdzały patrole, a w 2020 roku w ogóle zakazano przejazdów do dalszych miejscowości. W PRL osoby przyłapane na nielegalnym uboju świni czy krowy i handlu mięsem były automatycznie skazywane na co najmniej półroczny pobyt w obozie pracy, a teraz planuje się zakazać hodowli zwierząt futerkowych czy w ramach przypodobania się zagranicznym centrom handlowym wysokiej grzywny i konfiskaty towaru może się spodziewać zwykły handlarz uliczny.

Komuniści chcieli, by gospodarkę przejęło państwo, teraz chodzi o to, by wyeliminować małe biznesy na rzecz koncernów. Taki też efekt ma Zielony Ład w rolnictwie. Jak pisze w „Do Rzeczy” Jakub Woziński, „bezwiedne podążanie za ekofanatyzmnem (i czerpiącym z niego krociowe zyski ekobiznesem) może jednak doprowadzić ostatecznie do ogromnych szkód zadanych własnemu narodowi oraz własnemu bezpieczeństwu, gdyż ekonomiczne wyniszczenie rodzimych producentów może nas skazać na przejęcie znacznej części produkcji rolniczej przez wielki, międzynarodowy kapitał”.

PRL zakończył swój żywot olbrzymią inflacją i zubożeniem całego społeczeństwa, z czym teraz też zaczynamy mieć do czynienia. Różnica jest tylko taka, że wtedy w rezultacie prowadzenia księżycowej ekonomii brakowało wszystkich towarów, a teraz nie brakuje, ponieważ na szczęście jeszcze produkcją i handlem zajmują się podmioty prywatne. Braki mogą wystąpić dopiero, jak wzrosty cen dwutlenku węgla doprowadzą do upadku kolejne firmy i całe branże. Zielony Ład spowoduje pogorszenie się poziomu życia we wszystkich państwach Unii Europejskiej, a w Polsce w szczególności. Plany eurokratów nie mogą się udać, bo zarówno komunizm, jak i klimatyzm są ideologiami działającymi wbrew zdrowemu rozsądkowi i na przekór zasadom wolnego rynku.

Chichotem historii jest to, że partnerem i sponsorem książki została instytucja, która robi dokładnie to samo co komunistyczne państwo. Mianowicie zajmuje się inwestowaniem publicznych pieniędzy w przedsięwzięcia gospodarcze. Należący do Skarbu Państwa Polski Fundusz Rozwoju – tak jak Edward Gierek – finansuje inwestycje, które mają przynieść „zrównoważony rozwój społeczny i gospodarczy kraju”. Ten eksperyment – jak czytamy nie tylko w książce Krajewskiego – był całkowicie nieudany i zakończył się katastrofą. Niestety, PFR dysponuje sporą sumą pieniędzy z kredytów i od podatników (szczególnie w związku z pandemią), przez co przede wszystkim może zakłócać zdrowe mechanizmy rynkowe oraz przesuwać ciężar inwestycji z sektora prywatnego do publicznego. Jak wiele musi się zmienić, żeby się nic nie zmieniło!

Tomasz Cukiernik