Po przewidywanych skutkach nowych przepisów możemy się tylko domyślać, że za pomysłem regulowania płacy minimalnej na poziomie unijnym stoją potężne grupy interesu, których celem jest uderzenie, za pomocą interwencji Brukseli, w konkurencję z krajów tzw. nowej Unii.

Nawet w czasie koronawirusowego kryzysu Unia Europejska nie zwalnia tempa. Cała masa biurokratów musi się wykazać. 28 października br. Komisja Europejska przedstawiła projekt dyrektywy o płacy minimalnej. Nie idzie on aż tak daleko, jak wcześniej zapowiadano – że pensja minimalna za pracę ma stanowić 50 proc. średniego wynagrodzenia czy też 60 proc. mediany wynagrodzeń, ale i tak budzi wiele wątpliwości.

Jak wyjaśniał socjalista Nicolas Schmit, unijny komisarz ds. pracy i praw socjalnych, płaca minimalna ma być „adekwatna” i każdemu pracownikowi ma zapewnić życie na przyzwoitym poziomie. Wydaje się, że to nic złego.

– Wniosek dotyczący odpowiednich minimalnych wynagrodzeń jest ważnym sygnałem, że nawet w czasach kryzysu nie należy zapominać o godnej pracy. Jest dla nas jasne, że dla zbyt wielu osób praca nie jest już opłacalna. Pracownicy powinni otrzymywać odpowiednie minimalne wynagrodzenie i prowadzić życie na godnym poziomie – powiedziała z kolei Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, która już na początku swojej kadencji zobowiązała się do przedstawienia instrumentu prawnego zapewniającego unijnym pracownikom sprawiedliwą płacę minimalną.

Sprawiedliwa płaca?

Jak ma to zostać osiągnięte? Zajmujący się polityką unijną portal Euractiv tłumaczy, że KE proponuje, by kraje członkowskie „ustaliły reguły pozwalające na uaktualnianie poziomu płac minimalnych i negocjowanie ich przez związki zawodowe i innych partnerów społecznych. Chodzi o ustawowe umocowanie takich wskaźników, jak siła nabywcza płacy minimalnej w danym kraju, średnie tempo wzrostu płac, ich ogólny średni poziom oraz zmiany w średniej wydajności pracy. Dzięki tym kryteriom krajowe przepisy wymuszałyby wzrost płacy minimalnej nadążający m.in. za zmianami w produktywności gospodarki oraz za ogólnym wzrostem płac”.
Projekt dyrektywy przewiduje, że państwa Unii, w których pokrycie zbiorowymi układami pracy jest poniżej 70 proc. (np. Polska), będą musiały przygotować plany działań w kierunku zwiększenia roli tych układów. Oznacza to usztywnienie relacji pomiędzy pracownikiem a pracodawcą. Eurokraci twierdzą, że projekt dyrektywy oparty jest na Traktacie o funkcjonowaniu UE w punkcie dotyczącym warunków pracy. Ale zdaniem polskich pracodawców Unia w ogóle nie ma kompetencji do regulowania kwestii wynagrodzeń, w tym także ustalania wiążących zasad jej kształtowania.

– Kompetencje koordynacyjne Unii nie obejmują płacy minimalnej, choć zaproponowane w projekcie kryteria ustanawiania wynagrodzenia minimalnego mają słuszny cel, jakim jest zapewnienie adekwatności wynagrodzeń – uważa Katarzyna Siemienkiewicz, ekspert Pracodawców RP ds. prawa pracy. – Ponadto postanowienia dyrektywy stoją w sprzeczności z autonomią partnerów społecznych, a konieczność określania przez rządy państw ram negocjacji zbiorowych narusza swobodę partnerów społecznych, która wynika właśnie z zasady ich autonomii – podkreśla.

Co więcej, według oświadczenia Konfederacji Lewiatan „nowe przepisy w praktyce przyznałyby Trybunałowi Sprawiedliwości UE uprawnienie do rozstrzygania w przyszłości kwestii, czy minimalne wynagrodzenie jest ustalone na odpowiednim poziomie”.

O co tak naprawdę chodzi unijnym decydentom? Mieliśmy na forum unijnym burzę, kiedy przygotowywano pakiet mobilny i regulacje dotyczące delegowania pracowników, co było odejściem od unijnej – i tak nie do końca obowiązującej – zasady swobody świadczenia usług na jednolitym rynku. Aktualnie pakiet mobilny został zaskarżony do Trybunału Sprawiedliwości UE. Celem tych działań było uderzenie w firmy z krajów tzw. nowej Unii, w tym przede wszystkim z Polski, które zbyt dobrze zaczęły sobie radzić na zachodnioeuropejskim rynku, przejmując coraz większy kawałek tortu w różnych branżach, w tym przede wszystkim w transporcie.

Pomysł jeszcze gorszy

Omawiana propozycja Komisji Europejskiej ma… dokładnie ten sam cel! Wyższe płace w Polsce oznaczają, że polskie firmy stają się mniej konkurencyjne wobec firm z zachodu Europy. Równocześnie wzrost kosztów pracowniczych to mniej pieniędzy na inwestycje, a tym samym na rozwój przedsiębiorstw i całego kraju. Jednym słowem, w nowej unijnej regulacji chodzi o ograniczenie przewagi konkurencyjnej, jaką jeszcze teraz cieszą się polskie firmy w różnych branżach na wspólnym rynku, m.in. dzięki wykorzystywaniu tańszej siły roboczej.

Ingerencja krajowego biurokraty w relacje pomiędzy pracownikiem a pracodawcą jest złym rozwiązaniem. Ingerencja biurokraty unijnego w te stosunki będzie posunięciem jeszcze gorszym. Jeśli natomiast zdamy sobie sprawę z tego, że ingerencja eurokraty ma swoje drugie dno – i bynajmniej nie takie, by poprawić los źle wynagradzanego pracownika, bo tłumaczenie takie jest tylko dymną zasłoną – to widzimy, na czym polega problem.

Wiemy o tym nie od dziś. Warto sięgnąć do klasyków. Jak pisze Ludwig von Mises: „autorytarna regulacja wynagrodzeń powoduje stałe bezrobocie poważnej części siły roboczej”, a „podnoszenie wynagrodzeń ponad poziom ustalony przez rynek musi prowadzić do redukcji zatrudnienia”. A to dlatego, że płace również są zjawiskiem rynkowym. Co gorsza, wymuszanie na przedsiębiorcach, by na siłę płacili pracownikom więcej niż to wynika ze stawek rynkowych, spowoduje zmniejszenie inwestycji, a nawet może doprowadzić do konsumpcji kapitału, z negatywnym wpływem na przyszły rozwój.

Przedwojenny polski ekonomista ze szkoły krakowskiej, prof. Adam Heydel wyjaśnia wprost, że „ustawowe minimum płac – które musi być oczywiście wyższe od płacy, jaka się ustaliła w sposób naturalny – prowadzi do zmniejszenia rentowności, ograniczenia produkcji i raz jeszcze zwiększenia bezrobocia”. Czy o to chodzi konkurentom polskich firm, którzy nakłonili KE do przedłożenia tej dyrektywy?

Bo gdyby pogrzebać głębiej i dotrzeć do tego, kto stoi za nową regulacją unijną, to z dużym prawdopodobieństwem okazałoby się, że jest to lobby przemysłowe z Niemiec i Francji. Jeśli nie potrafi się uczciwie konkurować na wspólnym rynku, to najprościej jest zniszczyć konkurencję za pomocą nowych przepisów. A światu powiedzieć, że to dla dobra uciskanych pracowników. Podobnie jak w przypadku unijnego pakietu energetyczno-klimatycznego nie chodzi o żaden klimat, a tym bardziej nie o ochronę środowiska. To są bajki dla publiczności. Bo dlaczego Bruksela tak chętnie zgadza się na pakiet mobilności, którego jednym ze skutków będzie ZWIĘKSZENIE emisji CO2 do atmosfery, ponieważ w pewnych sytuacjach ciężarówki będą zmuszane do pustych przebiegów?

Twarda walka na śmierć i życie

Musimy sobie w końcu uświadomić i przyjąć do wiadomości, że unijne forum to nie święty Mikołaj z worem pełnym dotacji do rozdawania na lewo i prawo, a twarda walka na śmierć i życie o wielkie pieniądze, jakie można – mniej czy bardziej legalnie i mniej czy bardziej uczciwie – zarobić na wspólnym rynku. Jeśli Niemcom i Francuzom bardziej opłaci się otworzyć rynek – zrobią to, a jeśli zamknąć – też nie zawahają się przed podjęciem takiej decyzji; jednocześnie za każdym razem opowiadając bajki, że na tym polega wspólny rynek.